Rafał Kosik's Blog, page 98

June 7, 2011

Sigg, czyli z czym po wodę

Bidony i manierkiCo można napisać o bidonach, tudzież manierkach, czyli pojemnikach do osobistego transportu wody? No temat raczej banalny w sumie. A dokładniej banalny dla ludzi, którzy nie zwykli liczyć na siebie i w razie katastrofy pierwsze, o czym myślą, jest zatrudnienie dobrego adwokata. Bidon to rzecz jest raczej mało przydatna w mieście, chyba że dla rowerzystów. Za to podczas pieszych wycieczek z dala od cywilizacji np. w górach, czy w lesie albo podczas wypraw samochodowych zwykły bidon może decydować o przetrwaniu.


Bidony i manierkiPodczas expedycji dalszej niż do kina watro mieć przy sobie kilka rzeczy, a zbiornik nawet z małą ilością wody powinien być wśród nich. Jest znanych wiele przykładów ludzi, którzy w sposób nagły zostali wypluci poza bezpieczny bąbel cywilizacji. Wydarzało się to zwykle w sytuacjach najmniej oczekiwanych, z których dwudniowe koczowanie w zepsutej windzie nie było najgorszą. Wystarczy kilkugodzinny korek w upalne popołudnie na autostradzie, by każdy uwierzył, że warto mieć ze sobą wodę. Moja filozofia życiowa mówi mi, że warto pomyśleć o problemie, zanim ten się pojawi. I tę mądrość pragnę Wam dziś przekazać.


Plastikowa butelka Najprostszym rozwiązaniem wydaje się wzięcie ze sobą wody w opakowaniu, w jakim jest ona sprzedawana, czyli w plastikowej butelce. Argumentem za jest darmowość tegoż opakowania, czy bardziej to, że i tak za nie płacimy. Dobra butelka nie jest zła, dopóki nie przytrzemy nią o skałę lub mur, lub przypadkiem nie przedziurawimy plączącym się po plecaku długopisem. W normalnych warunkach skończy się to tylko zamoczeniem plecaka, w warunkach wyjątkowych - brakiem wody pitnej.


Plastikowy bidonWyższa forma cywilizacyjna to tani plastikowy bidon. Do jego produkcji zwykle używanie jest tworzywo, które przez pierwsze kilka użyć bidonu nadaje wodzie nieco chemiczny smak. Czy to jest szkodliwe, nie wiem, ale wiem, że stary plastikowy bidon jest lepszy od nowego. Plastikowy bidonTakich bidonów są setki odmian i tysiące modeli. Ich przydatność w surwiwalu pozamiejskim jest wysoka, do czasu, gdy ktoś na takim bidonie niechcący nie usiądzie, lub gdy bidon nie pęknie w wyniku zużycia materiału. Wówczas bidon przestanie istnieć i w trybie natychmiastowym pozbędzie się wody. Jednak wygodną cechą większości egzemplarzy może być szeroki otwór do napełniana, przez który można wrzucić np. kostki lodu.


Manierka armii amerykańskiej LC2Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest manierka wojskowa. Opiszę takową na przykładzie kultowej litrowej manierki armii amerykańskiej LC2. Model to na tyle udany i na tyle kultowy, że jest kopiowany w niezliczonych ilościach. Można kupić oryginał, lub dobrą kopię. Istnieje prawdopodobieństwo, że w przypadku kopii szczelność wylotu trzeba będzie osobiście poprawić papierem ściernym. Nie zmienia to faktu, że to naprawdę dobra, mocna i wygodna manierka, którą trudno uszkodzić. Podobnych manierek jest chyba tyle, ile armii świata. Bear Grylls używa również całkiem niezłej manierki brytyjskiej. Nie używałem brytyjskiej, więc nie będę o niej pisał, natomiast amerykańską znam całkiem dobrze. Może być używana sama w komplecie z kubkiem i pokrowcem termicznym. Pokrowiec ten w wersji udające autentyk jest obszyty wewnątrz futerkiem, które zresztą całkiem nieźle spisuje się w roli izolatora i nawet w upalne dni utrzymuje niską temperaturę napoju przez kilka godzin. Podobnie zresztą dzieje się z ciepłym napojem w zimne dni, choć wrzątku do LC2 wlewać nie należy. Na wierzchu pokrowca dodano małą kieszonkę na tabletki do oczyszczania wody (można tam nosić gumę do żucia). I manierka i pokrowiec są bardzo wygodne w użyciu.

LC2 w komplecie z pokrowcem i kubkiem Kubek mieści się we wnętrzu pokrowca LC2 zgrabnie zapięta Mój pokrowiec posiada system mocowania alice (pamiętający chyba II wojnę światową), ale można kupić wiele modeli pokrowców molle Manierka i kubek Kubek kontraktowy (oryginalny) i tandetna podróbka, która przecieka na nitach LC2 bez kubka i pokrowca mieści się na wcisk w kieszeniach na bidony toreb i plecaków Maxpedition

Porównanie wielkości LC2 i butelki Sigg tej samej pojemności


Możliwych rozwiązań transportu wody jest wiele, a do najlepszych należą butelki Nalgene i zbiorniki Camelbak. Te drugie tworzą całość z odpowiednim plecakiem i umożliwiają picie przez rurkę nawet podczas jazdy rowerem. Wystarczy pójść do porządnego sklepu turystycznego, by poznać naprawdę wiele rodzajów bidonów. Natomiast to, o czym chciałem dziś napisać, to są butelki szwajcarskiej firmy Sigg, które mi osobiście odpowiadają najbardziej.


Sigg 0.5l Pierwszą butelkę Sigg kupiłem dziesięć lat lat temu i używam jej do dziś. To prosty półlitrowy model, który przeszedł naprawdę wiele. Ma liczne wgniecenia i przytarcia, które nie wpływają na jego przydatność do użytku, a jedynie zwiększają manitou. Plastikowy bidon na jego miejscu przestałby istnieć już wiele razy. A ten działa, z tym samym korkiem i tą samą uszczelką, bez jakiegokolwiek brzydkiego zapachu lub posmaku.


Sigg 0.5lKonstrukcja standardowego bidonu Sigg jest prosta: to aluminiowa butelka z wewnętrznym gwintem u wylotu. Wewnątrz jest pokrywana specjalnym bezwonnym tworzywem, z zewnątrz lakierem bardziej ozdobnym niż ochronnym. Wystarczy odwiedzić stronę producenta, by przekonać się, ile jest dostępnych wzorów malowania i akcesoriów. Zasada jest prosta: wszystkie (z wyjątkiem specjalnych edycji) butelki Sigg łączy identyczny gwint z identycznym obłym rantem, co umożliwia dołączanie wielu różnych końcówek i akcesoriów dodatkowych.


O ile same butelki wykonywane są w Szwajcarii, tyle akcesoria od pewnego czasu pochodzą, jak nie trudno się domyśleć, z państwa żółtego środka, co oczywiście determinuje jakość. I tak np. plastikowa pętelka na korek (by się nie zgubił po odkręceniu) pękła sama z siebie po miesiącu istnienia, jeszcze przed pierwszym użyciem.


Sigg 0.5l z karabińczykiem na nakrętce Sigg 0.75l z gwintem wide mouth przez który można wrzucać np. kostki lodu Sigg 0.75l z gwintem wide mouth przez który można wrzucać np. kostki lodu Przykładowe końcówki Neoprenowe pokrowce termiczne Neoprenowe pokrowce termiczne Neoprenowe pokrowce termiczne Sigg 0.5l z kubkiem Sigg 0.5l z różnymi końcówkami Sigg 0.5l z różnymi końcówkami Sigg 0.5l z różnymi końcówkami Sigg 0.5l z różnymi końcówkami Standardowy gwint wewnętrzny Zewnętrzny gwint końcówki wide mouth Sigg 0.5l w kieszeni na manierkę torby Maxpedition Jumbo Sigg 0.75l w kieszeni na manierkę torby Maxpedition Jumbo


Sigg wypuścił specjalną serię butelek ze stali - Steel Works. Miało być ekskluzywnie i solidnie, a skończyło się w sumie nijako. Butelki nie są ani mocniejsze, ani ładniejsze od zwykłych, kubki nie są wykonane ze stali nierdzewnej tylko z czegoś lakierowanego na mat, a w miejscu skórzanych elementów pojawia się tandetny syntetyk. Chociaż sama butelka nadal trzyma jakość.

Sigg 0.6l Steel Works Sigg 0.6l Steel Works Uszkodzenia butelki aluminiowej Uszkodzenia butelki aluminiowej


Piersiówki Do przenoszenia małej ilości wody nadaje się również zwyczajna, choć kojarzona z inną zawartością, blaszana piersiówka.


Cóż mogę powiedzieć więcej? Poza domem zwykle warto mieć ze sobą nawet odrobinę wody.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on June 07, 2011 19:21

June 1, 2011

Wyniki konkursu na postać

Gdyby ktoś przeoczył, to są już wyniki konkursu. Zwycięzcom gratuluję.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on June 01, 2011 13:05

May 30, 2011

Spotkanie w Cork

Tym razem nawiedzę Irlandię. W niedzielę 5 czerwca, w mieście Cork odbędą się dwa spotkania z moją skromną osobą. Do wyboru: godz. 10.00 lub 13.00. Organizatorem jest Polska Szkoła w Cork przy St.Patrick's Boys National School, Gardiner's Hill, Cork City. Serdecznie zapraszam.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 30, 2011 16:14

May 29, 2011

Świat jest za mały

Świat jest za mały

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 29, 2011 16:16

May 28, 2011

DRM, czyli rzecz o zabezpieczaniu e-booków

Powergraph wkrótce udostępni wszystkie swoje książki w formie cyfrowej na platformie Woblink. Platforma nie jest na razie doskonała, ale wciąż się rozwija. Najwięcej wątpliwości budzi pomysł zabezpieczania plików e-booków kodami DRM, które utrudniają życie użytkownikom. No właśnie, po co uprzykrzać komuś życie, stosując takie zabezpieczenie?


Odpowiedź jest prosta: to tak samo jak z rowerem, który zostawiasz pod sklepem. Większość ludzi te rowery przypina mocnym łańcuchem. Czemu to robią, skoro w ten sposób sami sobie utrudniają życie? Rowerów nie wolno przecież kraść. Ty byś go nie ukradł, prawda?


Uczciwemu użytkownikowi/czytelnikowi trudno zrozumieć takie postępowanie wydawców. Przecież on, uczciwy czytelnik, kupuje te książki i nie ma zamiaru ich nikomu udostępnić. Cóż, Ty, czytelniku, nie zamierzasz nikomu pozwolić skopiować e-booka, ale dziesięciu, stu innych to zrobi. Świat jest pełen złych ludzi. Dlatego wymyślono zamki w drzwiach (trzeba nosić niewygodne klucze), PIN-y do kart kredytowych (trzeba nadwyrężać pamięć) i wiele innych niefajnych zabezpieczeń. Jednym z nich są kody DRM.


DRM powstał, ponieważ świat jest pełen złych ludzi. I ludzi zbyt ograniczonych, by nie widzieć, że skopiowanie wartości intelektualnej należy do tej samej kategorii czynów, co kradzież samochodu.


Sam też nie lubię DRM, ale statystyka jest jednoznaczna: niezabezpieczone pliki są kopiowane po wielokroć. To, co wychodzi w UK, czy w Niemczech z niezabezpieczonymi plikami, nie daje się w prostej linii przełożyć na nasz rynek. Polska moralność wygląda tak, że ukraść niepilnowane, to nie grzech. Czy apelowanie o niekopiowanie coś da? Niech przykład Kazika posłuży za odpowiedź.


Zresztą ja nie wymyśliłem DRM, który przecież wydawcy również poważnie utrudnia życie. On został stworzony przez większe wydawnictwa, które mają dobrych specjalistów od bezpieczeństwa wartości intelektualnej. Poza tym, to jest pierwszy krok w kierunku cyfryzacji książek Powergraphu, więc jeszcze chwilę nie narzekajcie. My coś próbujemy zrobić, podczas gdy wielu nie robi w tym kierunku absolutnie niczego.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 28, 2011 16:59

May 20, 2011

Chamski marketing

Norauto jest naprawdę przydatne, o ile w samochodzie zepsuje Ci się coś elementarnie prostego i jeśli stanie się to w godzinach ich pracy. Niczego bardziej skomplikowanego niż wykręcenie gotowego elementu i wkręcenie w jego miejsce zastępnika tam nie załatwisz. Nie zastawisz też nic, jeśli ktoś musiałby zostać minutę po godzinie wypisanej na drzwiach. No ale nie o tym chciałem, taka ich specyfika, mają prawo to robić. Chciałem napisać o czymś, czego nie mają prawa robić, ale i tak robią.


Zwykle, gdy zostawiam samochód na prostym przeglądzie z wymianą oleju, daję panu Zdzisiowi (imię fikcyjne) mój numer komórki, by zadzwonił w razie dodatkowych pytań, lub gdy samochód będzie do odbioru. Pan Zdzisio zapisuje numer w wymiętoszonym zeszycie i dzwoni, kiedy skończy. Rzadko kiedy ma jakiekolwiek wątpliwości. I tu kontakt się urywa. A przynajmniej powinien się urwać.


Jakiś czas temu nie wyciszyłem telefonu na noc, bo musiałem być dostępny w razie sytuacji awaryjnej. I sytuacja awaryjna nastąpiła. W dzień wolny od pracy o 7:30 obudził mnie SMS z alarmująca wieścią, że Norauto chce mi sprzedać komplet alufelg z 10% rabatem. Ke? Po jaką babcię mi ta oferta? Skąd pomysł, że ja akurat tego dnia o 7:30 rano mogę chcieć wymieniać alufelgi? Tym bardziej, że skończyłem pracę po 4:00 i właśnie od trzech godzin smacznie spałem.


Pan Zdzisio zapewne dostał przykaz z góry, żeby telefony klientów ze swojego zeszytu wklepać do bazy danych. Jest to oczywiście bezprawne, bo nie zgadzałem się na żadne przetwarzanie moich danych z zeszytu pana Zdzisia w celach marketingowych. Telefon miał służyć tylko i wyłącznie poinformowaniu mnie, kiedy skończą wymieniać olej. Układ był prosty i układ został złamany.


Podaję przykład Norauto, bo jest świeży, ale chamski marketing jest stosowany przez wiele firm. Tego typu niespodzianki robią swoim klientom najczęściej banki i sieci komórkowe. Oczywiście również bezprawnie. Bazują na tym, że nikomu przyjdzie do głowy skarżyć Citibank lub Polską Telefonię Komórkową (Era GSM) za jeden telefon w miesiącu z „niesamowitą i wyjątkową" ofertą. Konsultanci Ery dzwonią do mnie regularnie, proponując mi coraz to bardziej korzystny abonament. To zwykli naciągacze są, bo mają stałą gadkę, że wydzwaniam tyle (tu podana wartość wyssana z palca), iż naprawdę bardziej opłaca mi się (tu dowolna ściema, za którą zapłacę ze 30 zeta miesięcznie). Przestałem z nimi rozmawiać, gdy po raz kolejny próbowali mi wmówić, że przekraczam abonament na numerze, którego karta SIM nieużywana leży od roku w szufladzie.


Co jakiś czas również odbieram telefon od któregoś banku, z sugestią, że może powinienem zaciągnąć u nich kredyt. Kiedy pytam, na co konkretnie powinienem zaciągnąć ten kredyt, szybko kończą rozmowę. Kiedy jakiś czas temu załatwiałem coś osobiście w PKO BP, rozczuliła mnie korpulentna pani ściskająca w dłoniach teczkę z napisem „zagajenia". Rzeczywiście to, co próbowała robić, spełniało definicję zagajenia. Prawie wrzuciłem jej do tej teczki dwa złote jałmużny.


Problem pojawia się tak naprawdę wtedy, kiedy takich cwaniaczących firm robi się więcej. Wówczas masz kilka telefonów lub SMS-ów dziennie. Zdarzają się również naciągacze, którzy wysyłają przesyłką pocztową lub kurierską niezamówiony towar od razu z fakturą. Co jakiś czas trafi im się łoś, który z braku lepszego pomysłu zapłaci. I biznes się kręci.


Równie napastliwy marketing to np. wyjeżdżające reklamy, które zasłaniają treść strony internetowej, ale z tym łatwiej sobie poradzić, stosując np. AdBlockera. O spamie mailowym szkoda nawet pisać, bo to oczywiste. Chyba najgorszą formą są jedna telemarketerzy i domokrążcy. W dawnych dobrych czasach domokrążców szczuło się psami. Podejrzewam, że dziś nie wolno tego robić, a i psy nie mają już takiej kondycji ani motywacji. Jednak jeśli do drzwi dzwoni sprzedawca nawozu ogrodniczego/ ziemniaków/ fluskaków czy czegokolwiek, naturalną reakcją powinno być wezwanie straży miejskiej, bądź odpędzenie go silnym strumieniem wody z węża ogrodowego. Po kilku razach może uzna, że jego praca jest zbyt stresująca i niebezpieczna, więc może lepiej zająć się czymś uczciwym. Jeśli chodzi o telemarketerów, to chyba najlepiej umawiać się na proponowane przez nich spotkania i zgadzać się na wysłanie towaru, który proponują. A potem oczywiście nie należy ani przychodzić na spotkania, ani odbierać towarów. Gdyby ludzie solidarnie tak robili, biznes przestałby być opłacalny.


Reklama jest oczywiście jak najbardziej pożądana jako element gry rynkowej, ale dzwonienie do kogoś z informacją, że np. może kupić komplet pościeli to już chamówa. Jak będę chciał kupić pościel, to pojadę do sklepu z pościelą. Proste. W marketingu, jak wszędzie, obowiązują pewne normy. Oczywiście zwyczaje i normy są płynne i zmieniają się stale. Wiedz więc, że jeżeli kupujesz coś od domokrążcy albo pod wpływem namowy telemarketera, to przyczyniasz się do takiej małej modyfikacji tej normy w stronę, w której sprzedawcy staną się jeszcze bardziej bezczelni. Pozwalasz na traktowanie siebie, ale i innych, jak bezmyślnej masy, na której można żerować. Innymi słowy, z drapieżnika idącego na zakupy i kupującego, co chce, zmieniasz się w zwierzynę łowną, która daje sobie wciskać dokładnie to, co chcą jej sprzedać inni.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 20, 2011 18:20

May 18, 2011

Fotorelacja z Targów Książki w Warszawie

Oto kilka zdjęć i mało ciekawy filmik z tegorocznych Targów Książki w Warszawie. Na stoisku firmy księgarskiej Olesiejuk podpisywałem książki przez ponad dwie godziny. W pewnym momencie uformowały się nawet dwie niezależne kolejki, które na szczęście współpracowały ze sobą. Tylko ja niestety byłem w składzie jednoosobowym.


Fotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w Warszawie Fotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w WarszawieFotorelacja z Targów Książki w Warszawie

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 18, 2011 16:20

May 16, 2011

Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn - recenzja na efantastyka.pl

Felix Net i Nika oraz Bunt Maszyn - okładkaZ recenzji mogłoby wynikać, iż Kosik opisuje dorosłych jako jednoznacznie złych, ale tak nie jest. Autor nakreśla różne konflikty, pokazując jednoznacznie, która ze stron jest tą pokrzywdzoną, opisuje mechanizmy manipulacji, ale oprócz kontrprzykładów postępowania wskazuje też na osoby, na których warto się wzorować. Pozytywnymi wzorcami są przede wszystkim rodziny głównych bohaterów. Nie znaczy to jednak, że pozostali są jednowymiarowi: nawet u postaci - zdawałoby się - negatywnych, główni bohaterowie dostrzegą przejawy ludzkiego zachowania. (więcej na efantastyka.pl…)

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 16, 2011 11:19

May 13, 2011

Ropucha w jamie

Ropucha w jamieTode in the hole do danie szanowanej i poważanej na świecie kuchni brytyjskiej. Oczywiście żartuję - to po prostu danie kuchni brytyjskiej. Tak naprawdę jest to moja wariacja na temat tego dania, więc można by je nazwać np. żaba w błocie (frog in the mud). Nie ukrywam, że będzie z tym trochę roboty, a potem trochę trawienia. Dietetyczne to to nie jest.





Składniki:
100-200ml mleka (ostatecznie może być i woda)
indywidualnie dobrana ilość mąki pszennej
0.75kg dobrej jakości kiełbasy (mogą być różne gatunki, ale konieczna jest biała)
2-3 cebule

Ropucha w jamie


trochę czosnku
100g wędzonego boczku
kapka oliwy
łyżeczka cukru
drożdże w ilości odpowiedniej do mąki
ewentualnie jedno jajko

Przyprawy: majeranek (lub, jak kto woli rozmaryn), sól, pieprz


Czas przygotowania: 2 godziny, z czego połowa na pieczenie






Ropucha w jamie Zaczynamy od pokrojenia boczku.




Ropucha w jamie Wytapiamy boczek na patelni; na małym gazie, mieszając, żeby się nie przypalił.




Ropucha w jamie Mamy czas, żeby pokroić niezbyt drobno kiełbasę (z wyjątkiem białej), cebulę i czosnek.




Ropucha w jamie Białej kiełbasy nie kroimy. W oryginalnym przepisie kiełbasa w ogóle nie jest krojona aż do końca. No ale mój przepis jest przecież lepszy.




Ropucha w jamie Doprowadzamy boczek do stanu, w którym nie ma na nim prawie tłuszczu, a jeszcze nie robią się spyrki.




Ropucha w jamie Boczek wraz z wytopionym tłuszczem ląduje w naczyniu żaroodpornym.




Ropucha w jamie Ląduje w nim również kiełbasa (biała nadal niepokrojona), cebula i czosnek. To wszystko razem nie powinno zajmować więcej niż połowę objętości naczynia.




Ropucha w jamie Merdamy zawartością przy użyciu drewnianej łyżki (lub wygodniej dwóch), żeby tłuszcz z boczku pokrył większą część zawartości i ścianki naczynia. Jeżeli tłuszczu jest za mało, można dodać łyżkę oliwy.




Ropucha w jamie Odpalamy piekarnik na coś koło 220 st. C i pieczemy, aż biała kiełbasa się podrumieni, co nastąpi po jakimś kwadransie. Można to ze dwa razy przemieszać w trakcie.

Hint: gorący piekarnik jest gorący. Jak go dotkniesz, będzie bolało.






Ropucha w jamie Naczynie żaroodporne z kiełbaskami odstawiamy do lekkiego przestygnięcia.




Ropucha w jamie Przystępujemy do przygotowania ciasta. Na tę ilość kiełbasy IMHO optymalna jest niepełna szklanka mleka, ale proporcje ciasta do kiełbasy każdy powinien dobrać wedle własnego gustu.

To typowe ciasto na chleb drożdżowy, więc: mleko (lub woda), mąka, łyżeczka cukru, łyżka oliwy, łyżeczka soli i drożdże. Ewentualnie jajko. Drożdże przygotowujemy według instrukcji na opanowaniu. Te w proszku wystarczy dosypać, te w kostce jeszcze „wystartować", czyli pokruszyć i moczyć w mleku z cukrem. W oryginalnym przepisie nie ma drożdży.


Temperatura wszystkich składników powinna być pokojowa. Ja do tego ciasta dodaję jeszcze czubatą łyżkę majeranku. Ogólnie procedura jest prosta: Do mleka stopniowo dodajemy mąkę i mieszamy mixerem do czasu, aż ciasto przyjmie właściwą gęstość i stanie się jednolite. Zajmie to jakieś 5-10 minut.






Ropucha w jamie ciasto jest gotowe, jeśli ma konsystencję plasteliny i odlepia się od ścianek naczynia. Według oryginalnego przepisu powinno się lać jak ciasto na naleśniki.




Ropucha w jamie Białą kiełbasę kroimy.




Ropucha w jamie Dodajemy przyprawy, czyli pieprz, majeranek i ewentualnie 1ct soli (ct to skrót od ciuteczki). Całość jeszcze raz mieszamy




Ropucha w jamie Ciasto ląduje na wierzchu. Powinno go być tyle, żeby przykryło kiełbasę cienką warstwą. Choć, jak już wspomniałem, ilość ciasta to sprawa indywidualna. Lepiej jednak nadmiar wyrzucić, niż zepsuć potrawę.




Ropucha w jamie Do rozsmarowania można użyć dwóch lekko natłuszczonych łyżek.




Ropucha w jamie Jakoś tak to powinno wyglądać.




Ropucha w jamie Wersja oryginalna zakłada, że ciasto jest rzadkie - w takim przypadku wystarczy nim polać kiełbasę. Wszelkie pośrednie stany skupienia też są dopuszczalne.




Ropucha w jamie Nakrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Zajmie do 30-90 minut. Wersji bez drożdży nie trzeba odstawiać, bo i tak przecież nie wyrośnie; od razu można przejść do pieczenia.




Ropucha w jamie Gdy ciasto co najmniej podwoi swoją objętość, możemy je nazwać wyrośniętym.




Ropucha w jamie Piekarnik znów powinien mieć 200-220 stopni. Wstawiamy do niego naczynie. Dla ułatwienia nastawiamy timer na 20 minut. Czas na zabawę w podgrupach.




Ropucha w jamie Po dwudziestu minutach zaglądamy do ciasta. Jeśli wygląda, jak na początku, trzeba jeszcze poczekać, jeśli robi się złote - jest dobrze, jeśli czarne - jest źle. Można je teraz posmarować cienką warstwą oliwy, lub rozbełtanego jajka, by skórka stała się bardziej chrupiąca, jednak nie jest to konieczne.




Ropucha w jamie Tak wygląda gotowe danie. Dla bezpieczeństwa należy je pozostawić do przestygnięcia. Ciasto drożdżowe prosto z pieca źle robi na żołądek.




Ropucha w jamie Ropucha w jamie. Yummy! Podajemy z musztardą. Danie to doskonale pasuje do piwa.

Niestety nie jest zbyt fotogeniczne.



Uproszczona wersja tego dania polega na położeniu usmażonej kiełbasy na kromce chleba;)


Przepis oryginalny, zaszyty między wierszami mojego przepisu, jest właściwie programowym zakalcem. Dla przypomnienia jednak, gdyby ktoś chciał oba porównać, oryginał różni się następującymi elementami:

1. nie kroimy kiełbasy;

2. nie używamy drożdży;

3. ciasto jest lejące a nie zwarte;

4. pomijamy etap wyrastania ciasta.

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 13, 2011 16:33

May 12, 2011

Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn - recenzja na ksiazka.net.pl

Felix Net i Nika oraz Bunt Maszyn - okładkaW erze cyfryzacji prawie każdego elementu codziennego życia w tomie Felix, Net i Nika oraz Bunt Maszyn, Rafał Kosik zatrzymuje się […] na dłuższy moment na kwestii sztucznej inteligencji. Jakkolwiek rozważania na ów temat toczyły się tu i tam; w literaturze i filmie, tak myślę, że spostrzeżenia zawarte w tekście i kierunek, w jakim zmierza buntownik z wyboru, imć Konpopoz może zaskoczyć niejednego wielbiciela serii "Matrix" i "Terminator". Kosik rezygnuje z natychmiastowego i oczywistego konfliktu człowiek – maszyna, zastępując go czymś sprytniejszym… (więcej na ksiazka.net.pl…)

 •  0 comments  •  flag
Share on Twitter
Published on May 12, 2011 14:26

Rafał Kosik's Blog

Rafał Kosik
Rafał Kosik isn't a Goodreads Author (yet), but they do have a blog, so here are some recent posts imported from their feed.
Follow Rafał Kosik's blog with rss.