Nie wiem czy jestem bardziej zła, czy jest mi po prostu przykro, gdy zauważam jak popkultura odarła historię Frankensteina z całej głębi, pozostawiając jedynie straszną opowiastkę o złym i przerażającym potworze. Gdy po raz pierwszy powiedziałam tacie, że jestem w trakcie lektury ,,Frankensteina", zaśmiał się, jakbym mówiła o czymś niepoważnym/niegodnym uwagi. Po obejrzeniu ekranizacji z 1931 wcale mu się nie dziwię, skoro ta uproszczona wersja historii była jego jedynym skojarzeniem.
Książka autorstwa Mary Shelly to jednak całkiem inna sprawa. Autorka w swoim dziele zawarła wiele tematów, które wciąż są aktualne. Momentami czułam, że słowa bohaterów odnoszą się do życia mojego lub moich bliskich, co świadczy o ponadczasowości książki. Wydaje mi się również, że jej treść szczególnie mocno trafi w dusze wrażliwe, romantyczne, częściowo także naiwne.
Jednym z smutniejszych, ale i prawdziwych wniosków, który wysówa się po skończeniu lektury, jest fakt, że człowiek z natury jest stworzeniem dobrym i to właśnie społeczeństwo sprawia, że pojawia się w nim agresja/rozpacz/zawiść. U autorki nie ma jednak postaci jednoznacznie złych lub dobrych, są za to bohaterowie pełni szarości i własnych wewnętrznych dylematów. Motywacje wszystkich postaci rozumiemy, są one ludzkie i prawdziwe (mimo wszystko nie umiałam jednak współczuć Wiktorowi).
Rozdzierająca serce, mówiąca o samotności, braku odpowiedzialności, okrucieństwie człowieka. Uderzyła we mnie szczególnie mocno, była niesamowita, przepełniona wieloma formami rozpaczy (żałoba, odrzucenie, samotność, zemsta).