The fever is spreading. Seizing the men and women of Black River. Plaguing them with night chills. Driving them to violent acts of rape and murder.
The fever is spreading. Designed by top scientists, and unleashed in a monstrous conspiracy - its deadly spell can unlock the most frightening potential of the human mind.
The fever is spreading. The nightmare is real. And death is the only cure.
Acknowledged as "America's most popular suspense novelist" (Rolling Stone) and as one of today's most celebrated and successful writers, Dean Ray Koontz has earned the devotion of millions of readers around the world and the praise of critics everywhere for tales of character, mystery, and adventure that strike to the core of what it means to be human.
Dean, the author of many #1 New York Times bestsellers, lives in Southern California with his wife, Gerda, their golden retriever, Elsa, and the enduring spirit of their goldens, Trixie and Anna.
Sięgając po “Nocne Dreszcze” nastawiałam się na horror łączący w swojej fabule wątki tajemniczej epidemii, kontroli umysłu i szalonego eksperymentu naukowego. Dostałam za to chore fantazje i wyczyny opętanego żądzą gwałtu naukowca. „Nocne Dreszcze” zaczęły się jak typowa powieść Koontza - a więc mamy i modelowe amerykańskie miasteczko i samotnego rodzica wychowującego nad wyraz inteligentne dziecko (w tym przypadku dwójkę) i jego nowo poznaną miłość. I jak to u Koontza - wszyscy oni nagle znajdują się w samym epicentrum zagadkowych i śmiercionośnych wydarzeń. Akcja “Dreszczy” toczy się na dwóch różnych płaszczyznach czasowych, z czego jedna - dziejąca się w przeszłości i opisująca przygotowania mistrzów zua do wdrożenia planu przejęcia kontroli nad światem poprzez kontrolę umysłów ludzkości dłużyła mi się niemiłosiernie. Pełno tu naukowego żargonu i rozwlekłych drobiazgowych opisów technik manipulacji. Nudy na pudy. Część teraźniejsza wypada zdecydowanie lepiej, ale tylko do pewnego momentu - dopóki na scenę nie wkracza psychopatyczny naukowiec, który posiadaną umiejętność hipnozy wykorzystuje do gwałcenia kobiet. Od tego momentu “Dreszcze” z horroru stają się pamiętniczkiem osiągnięć seksualnych - wspomnijmy, że opisanych z najmniejszymi szczegółami. A, że obleśny naukowiec napala się na widok każdej - dosłownie KAŻDEJ! - kobiety w opanowanym epidemią nocnych dreszczy miasteczku, to na brak “materiału” do pamiętnika nie może narzekać. Niesmaczne bardzo, niefajne bardzo. Z książkami Koontza jest jak z pudełkiem czekoladek - nigdy nie wiesz, na co trafisz. Koontz to chyba jedyny pisarz, spod którego pióra potrafi potrafi wyjść zarówno znakomity autentycznie przerażający horror jak i grafomański idiotyczny paździerz, od którego lektury aż oczy krwawią. Niestety, “Nocne Dreszcze” pomimo paru momentów - przebłysków “dobrego”, sprawnego literacko Koontza, którego to właśnie uwielbiamy, należą do tej drugiej pażdzierzowej kategorii. Za mną, chwilami wymęczone, ⅔ ksiązki, do końca zostało mi jeszcze 100 stron, ale jest tyle innych ciekawszych i lepiej napisanych pozycji - zarówno Koontza jak i innych autorów, że bez większego żalu “Dreszcze” porzucam!
Sięgając po “Nocne Dreszcze” nastawiałam się na horror łączący w swojej fabule wątki tajemniczej epidemii, kontroli umysłu i szalonego eksperymentu naukowego. Dostałam za to chore fantazje i wyczyny opętanego żądzą gwałtu naukowca. „Nocne Dreszcze” zaczęły się jak typowa powieść Koontza - a więc mamy i modelowe amerykańskie miasteczko i samotnego rodzica wychowującego nad wyraz inteligentne dziecko (w tym przypadku dwójkę) i jego nowo poznaną miłość. I jak to u Koontza - wszyscy oni nagle znajdują się w samym epicentrum zagadkowych i śmiercionośnych wydarzeń. Akcja “Dreszczy” toczy się na dwóch różnych płaszczyznach czasowych, z czego jedna - dziejąca się w przeszłości i opisująca przygotowania mistrzów zua do wdrożenia planu przejęcia kontroli nad światem poprzez kontrolę umysłów ludzkości dłużyła mi się niemiłosiernie. Pełno tu naukowego żargonu i rozwlekłych drobiazgowych opisów technik manipulacji. Nudy na pudy. Część teraźniejsza wypada zdecydowanie lepiej, ale tylko do pewnego momentu - dopóki na scenę nie wkracza psychopatyczny naukowiec, który posiadaną umiejętność hipnozy wykorzystuje do gwałcenia kobiet. Od tego momentu “Dreszcze” z horroru stają się pamiętniczkiem osiągnięć seksualnych - wspomnijmy, że opisanych z najmniejszymi szczegółami. A, że obleśny naukowiec napala się na widok każdej - dosłownie KAŻDEJ! - kobiety w opanowanym epidemią nocnych dreszczy miasteczku, to na brak “materiału” do pamiętnika nie może narzekać. Niesmaczne bardzo, niefajne bardzo. Z książkami Koontza jest jak z pudełkiem czekoladek - nigdy nie wiesz, na co trafisz. Koontz to chyba jedyny pisarz, spod którego pióra potrafi potrafi wyjść zarówno znakomity autentycznie przerażający horror jak i grafomański idiotyczny paździerz, od którego lektury aż oczy krwawią. Niestety, “Nocne Dreszcze” pomimo paru momentów - przebłysków “dobrego”, sprawnego literacko Koontza, którego to właśnie uwielbiamy, należą do tej drugiej pażdzierzowej kategorii. Za mną, chwilami wymęczone, ⅔ ksiązki, do końca zostało mi jeszcze 100 stron, ale jest tyle innych ciekawszych i lepiej napisanych pozycji - zarówno Koontza jak i innych autorów, że bez większego żalu “Dreszcze” porzucam!