Pierwszy tom Anihilacji jako wydarzenia, które zachwieje posadami Marvelowego wszechświata stanowił dobrą zapowiedź na niezły rozgardiasz. Kiedy w starciu z robakopodobnym Anihilusem zginął Quasar i poczwara weszła w posiadanie jego obręczy, już było wiadomo, że uporanie się z wrogiem będzie stanowiło nieco większe wyzwanie. Dlatego też chciało by się rzec: People, it's time to team up. Avengers Asse..., chwila. To nie ta bajka.
Dlatego, że na Ziemi mamy pokłosie innego ważnego wydarzenia dla Marvel Universe, a konkretniej chodzi o Civil War, dlatego też stawienie czoła fali Anihilacji zostanie powierzone garstce mało eksploatowanych herosów. Na pierwszy plan w trzech większych opowieściach wyłonią się nieco inne postacie: Silver Surfer, Super Skrull, Ronan Oskarżyciel. Każdy z nich ma wystarczająco miejsca, aby pokazać co potrafi i na co jest ich stać. A stawka rośnie. Wraz z upadkiem Kyln na świat wydostały się dwa potężne byty, stanowiące zagrożenie dla samego Galactusa... Ten niewiele myśląc wzywa z wygnania starego herolda. Gdzieś tam na uboczy szansę dla własnych celów zauważa sam Thanos, który postanawia na jakiś czas sprzymierzyć się z robaczym władcą. Stawka zaczyna rosnąć niebotycznie. Zaczyna się polowanie na heroldów Galactusa, aby uzyskać ich moce...
Tak się zaczyna historia Srebrnego Serfera, który łączy siły z pozostałymi przy życiu, trzema innymi heroldami i stawia czoło armii Anihilusa, którą dowodzi niejaki Ravenous. Totalnie bezpłciowa postać, która ma stanowić tylko kontrapunkt dla bohaterów i doprowadzić do kilku epickich batalii. Ładnie to wygląda, ale nijak nie pogłębia charakteru jakiejkolwiek postaci. Również Surfer jest totalnie bezpłciowy. Te jego rozterki na temat, czy służyć Galactusowi w obliczu takiego zagrożenia i czy to nie będzie aby na pewno hipokryzją... Może i zamierzona sztuczka, ale... Nie ma w tym głębi. Choć jeżeli ktoś nastawił się na akcję, to dostanie jej tutaj wiele. I to efektywnie wyglądającej. Chyba najładniej wyglądająca mini-seria z całej trylogii jaką mam.
Druga historia dotyczy losów zhańbionego super Skrulla, o jakże swojskim imieniu Kl'rt. Posiada on moce wszystkich członków Fantastycznej Czwórki i autor pokazuje nam w całkiem niezły sposób metody korzystania z nich. Jego determinacja doprowadzi go aż do Strefy Negatywnej, gdzie podąży wraz jakimś mniejszym przydupasem, którego twarz aż prosi się o zachowanie "Zaufaj mi, przy pierwszej okazji się zwinę". Na miejscu uda mu się zebrać drużynę złożoną z kilku dość fajnie wyglądających postaci, choć na dłuższą metę do kanonu wejdzie tylko ta kobieta robot, kumulująca czystą energię. Celem drużyny było zdobycie wirusa, który będzie w stanie zniszczyć superbroń robali, a która wygląda jak przerośnięty ul. (seriously!?) To akurat najlepsza mini-seria drugiego tomu, gdyż pokazuje pewien kontrast. Złoczyńca musi stać się bohaterem, aby ratować to co kocha, a co nim gardzi... No i rysunki są zrobione w punkt. Takie kreskówkowe.
Trzeci fragment tomiszcza poświęcono Ronanowi i wizualnie była to najsłabsza część tego zbioru. Oskarżyciel popadł w niełaskę, w wyniku spisku wysokiego rodu Kree. Żądny zemsty podąża za jednym ze świadków, który skłamał na procesie, aby "przekonać" krzywoprzysiężce do zmiany zdania. Na miejscu wbrew własnej woli wplącze się w lokalny konflikt. Z samą Gamorrą i Nebulą. A wszystko za sprawą postaci, która trzyma się na uboczu i ma własne plany co do planety na której dzieje się akcja komiksu. Wszystkie te historie mają na celu rozstawić odpowiednio pionki na szachownicy przed finalnym starciem połączonych sił różnych kosmicznych stronnictw, w szykującym się finalnym starciem z falą Anihilacji.
Są to po części zapchaj dziury i to czuć. Dobrze przynajmniej, że całość wygląda bardzo ładnie i tym się cały tom broni. Postacie nie mają tutaj zbyt wiele miejsca na rozwój osobisty, bo fabuła gna na złamanie karku, serwując nam co nieraz jakieś zwroty akcji, aczkolwiek nie ma w tym jakichś większych emocji. Swoista przystawka przed głównym daniem.