Ta króciutka powieść ma sporo minusów, które jednak po chwili namysłu przekształcają się w całkiem duży plus. Ale może po kolei.
"Tunel..." jest czymś w rodzaju historii alternatywnej, leciutko moczonej w steampunku. Są tu atomowe, złocone ciuchcie, jakieś sześciany ciągnące konne bryczki, parowe luksusowe limuzyny oraz meloniki, mediumizm i agenci Pinkertona. Niestety, komuś, kto nie zna dobrze historii USA, Anglii czy nawet dziejów walk o Półwysep Iberyjski, umknie 2/3 zabawy w przerabianie naszego świata na ten drugi, będący w pewien sposób odbiciem naszego. A bez tego, i bez autorskich gierek z różnymi kanonicznymi dla Anglosasów nazwiskami, książka pozostają nudnawą, błahą nowelką niemalże romansową. Co więcej, czyta się ją jak starą, przedwojenną, zauważalnie już trącącą myszką fantastykę, w której dużo miejsca poświęcono na konwenanse, zachwyt nad przebrzmiałą techniką i wtrącono zupełnie nie pasujący do całości wątek miłosny. Ale o to właśnie chodzi!
Ta książka właśnie dlatego, że tak antycznie wygląda i dziwnie się czyta, świetnie świadczy o umiejętnościach pisarskich Harrisona, notabene lichego wyrobnika, który potrafił rewelacyjnie podszyć się pod styl rozmaitych klasyków sprzed stulecia. Owszem, książka ma marniutką fabułkę i natychmiast uciekającego z pamięci bohatera, ale czyta się intrygująco właśnie ze względu na styl.