Upadnij jako legenda albo żyj tak długo aż staniesz się kapitalistyczną korporacją.....
Zawsze miałem Blizzard w sercu. Tak, to ja. Posiadałem każdą grę, którą wypuścili do 2016 roku, i patrzyłem z nadzieją, że każda nowa produkcja to będzie kolejna perełka. I wtedy, boom! Przychodzi ten książkowy cios, który przypomniał mi, że Blizzard to teraz coś jak Excalibur, tylko trochę pokryte rdzą i leżące na ziemi obok jakiegoś korpo-czarodzieja, który je odrzucił, bo to nie przynosiło dostatecznie dużych zysków.
Ale zanim ta książka przerobiła mnie na zbolałego fana, Jason Schreier zabiera nas na wstępie do czasów, kiedy Blizzard faktycznie miał jakąś tożsamość. I wiecie co? Czułem się jak typowy nostalgiowy gracz w tym rozdziale. Uśmiech na twarzy i smutek w sercu. Ach, „Warcraft III”! Pamiętam, jak z kolegą robiliśmy to w sieci LAN, i myślałem, że to będzie trwało wiecznie. Tak, te czasy minęły. Teraz mamy tylko wypłatę Koticka i wrażenie, że każda decyzja w Blizzardzie to wynik kalkulacji Excela.
Każda historia ma swojego villana, a oto Bobby Kotick”
Nie wiem, czy to moje prywatne żale, ale cały fragment Upadek trafia mnie prosto w serce. Blizzard był dla mnie czymś więcej niż firmą to było miejsce, w którym rodziły się legendy. „Diablo II”, „Warcraft III” „WoW” czy „Overwatch”. Kiedy ten cały proces twórczy był jeszcze magiczny, a nie nastawiony na to, jak sprzedać skórki do postaci, to... był to najpiękniejszy czas. A potem... Zaczynają się te mroczne dni.
Słuchajcie, jeżeli Bobby Kotick miałby swoją własną historię, to byłby to taki klasyczny film o złym szefie, który zamiast złych planów próbuje jeszcze zarobić na tych złych planach. Wiecie, typowy „villan”, który wchodzi na scenę, patrzy na wszystkich bohaterów i mówi: „Hej, a może byśmy z tego wszystkiego zrobili po prostu kasę?”. I to nie jest nawet taśmowo napisany tekst. To jest to, co zrobił z Blizzardem. Jeżeli mam być szczery, to zanim przeczytałem tę książkę, Bobby Kotick był dla mnie tylko nazwiskiem na liście „ci goście, którzy zniszczyli mój ulubiony rozwój gier”. W książce jednak przeistoczył się w postać z prawdziwego koszmaru. Ten człowiek to zrealizowana definicja korporacyjnego zła. Jak to powiedział Schreier: Kotick miał „dar” do psucia rzeczy. Tak, dar.
Cała ta historia o Koticku to jak wejście na scenę czarnego charakteru w najlepszym wydaniu. On nie robi niczego z ukrycia. Nie, nie. On wchodzi, zdejmuje płaszcz, siada na stołku i zaczyna liczyć pieniądze na oczach wszystkich. To człowiek, który potrafił zamienić najbardziej twórczą firmę na świecie w korporacyjny mechanizm, gdzie zysk jest zawsze priorytetem, a pasja... cóż, pasja jest tylko dodatkową opcją w umowie. Pamiętam, jak Schreier opisał, jak Kotick chwalił się swoimi zdolnościami w prowadzeniu „biznesu”. No cóż, dla niego biznes to tylko sposób na wyciąganie z graczy kolejnych dolarów, a nie troska o ich doświadczenie. Cały rozdział to była dla mnie jedna wielka lekcja o tym, jak Kotick przejął kontrolę nad Blizzardem i jak początkowo zrujnował wszystko, co było w tej firmie magiczne.
Jest coś w tym wszystkim po prostu przerażającego: Kotick nie tylko zmienił Blizzard w maszynkę do robienia pieniędzy, ale jeszcze na dodatek wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby skupić się na minimalizacji kosztów, niezależnie od tego, jak bardzo cierpiała na tym jakość produktów. I to było dla mnie najgorsze: nie chodziło o to, żeby zrobić grę, która stanie się częścią historii. Chodziło tylko o to, żeby wycisnąć jak najwięcej z każdego tytułu. Nie było już miejsca na „serce w grze”, były tylko kolejne „operacje finansowe”.
A więc tak, Kotick to nie tylko villan on był tym, który popchnął Blizzard na drogę, która teraz prowadzi prosto do niepewnego miejsca. I tak naprawdę wszystko to zaczęło się od tego gościa, który przyszedł z teczką i wyciągnął marzenia graczy prosto z ich kieszeni. Dzięki, Bobby, naprawdę dziękuję za to, co zrobiłeś z moim ukochanym Blizzardem.
Jeff Kaplan Ostatni Sprawiedliwy
No i tu się zaczyna cała zabawa. Jeśli ktoś miałby powiedzieć, kto w tej całej korpo-zawierusze w Blizzardzie starał się jeszcze trzymać resztki godności i ducha tej firmy, to byłby to Jeff Kaplan. Mówię wam, to była postać, która mogła prowadzić wycieczki po Blizzardzie, opowiadając o tym, jak robi się gry dla graczy, nie dla shareholderów. Ale co on dostał? Kopa w tyłek, bo nie chciał przystać na tą całą wyścigową machinę. Jeżeli kiedyś będzie książka „Ostatni Sprawiedliwy Blizzardu” to całą stronę poświęcę temu facetowi. Jeff miał w sobie coś, co nie występuje w większości dzisiejszych korporacyjnych liderów: serce. I tak, w tej książce czułem się, jakbym czytał historię rycerza, który zginął, bo nie chciał walczyć z wiatrem zmian. I nie wiem, czy to smutne, czy raczej podniosłe, ale w końcu… po prostu się poddał. Ostatni sprawiedliwy był też pierwszym sprawiedliwym gdyż to on zaczął dopiero dbać o komfort pracy pracownic blizzarda. Kiedy przeczytałem o jego odejściu, poczułem w sobie wielki żal, bo to był moment, kiedy mogłem poczuć, że Blizzard naprawdę stracił ostatnią część siebie, która jeszcze mogła coś zmienić.
Smutna konkluzja
„Play Nice or Don’t” to książka, która zostaje z tobą na dłużej. Kiedy kończysz ją czytać, nie czujesz się szczęśliwy. Czujesz smutek. Bo to nie jest opowieść o rozwoju firmy, o sukcesie. To opowieść o tym, jak coś, co kiedyś było czymś absolutnie wyjątkowym, może zostać zniszczone przez korporacyjne kalkulacje. To nie jest tylko książka o Blizzardzie, to książka o marzeniach, które są tak łatwe do zniszczenia, gdy ktoś tylko spojrzy na nie przez pryzmat pieniędzy. Jason Schreier zrobił świetną robotę, pokazując nie tylko brutalną prawdę, ale i pozostawiając nadzieję na to, że może jednak nie wszystko stracone.