Czasami się zastanawiał, czy mam wszystko po kolei z głową, że takie tytuły jak Punisher tak bardzo mi podchodzą, ale... to było świetne. Czytałem to ze wstrzymanym tchem, oczekując finalnego starcia pomiędzy tym totalnym popaprańcem z celownikiem na czole, a mścicielem z czachą na klacie.
Tytułowy Bullseye jest jednym z najlepiej zarysowanych antagonistów every w moich dotychczasowych kontaktach z komiksami, co sprawia, że z jednej strony jest mi tak głupio, bo palant morduje tutaj tyle osób i nie ma znaczenia, czy są one winne czy niewinne, a z drugiej jest tak cholernie fascynujący, bo jego tok rozumowania prowadzi go w sfery nie dostępne dla normalnych osób.
Czytasz i patrzysz na to co robi. A robi naprawdę wiele wielu osobom. Nie ma znaczenia czy to kobiety, dzieci czy mężczyźni. Jest cel i metoda, aby go uzyskać. To stawia Bullseye jako nieprzewidywalnego, z pozoru chorego psychopatę, który jednak ma to coś w sobie. Plus jest diabelnie efektowny. Nie wiesz, co się kryje w jego głowie, choć był moment gdzie autor dał zajrzeć mu w myśli (tyle, że nie mam pewności że przy takim umyśle to zwyczajny wytwór wyobraźni).
Fenomenalnie oddaje to scena rozmowy sadysty z Vanessą Fisk. Ten odległy wzrok, opowiadanie o stadium zatracenia się w byciu złym. O traceniu czucia. A mimo to drań potrafi się nawet "pomodlić" do Boga. Jednocześnie to tak nieobliczalny typ, że obawy co do degenerata żywi sam Wilson Fisk, który "wynajął" mordercę do sprzątnięcia Punishera.
Pierwsze podejście, które jest nieudane, sprawia iż Bullseye'a ogarnia niezdrowa fascynacja Frankiem. Do tego stopnia, że próbuje ona na różne sposoby wejść w skórę Castle'a, po to tylko aby znaleźć tą "głębię" Punishera. Bullseye podziwia swojego przeciwnika, oddaje mu prawie nabożną cześć. Podziwia "dzieła" Castle'a, który sam zaczyna robić rzeczy, które do tej pory były mu obce.
Całość czyta się wyśmienicie. Ta chora rywalizacja, dążenie do zagięcia parolu na przeciwniku, dialogi, próba postawienia się na miejscu innej osoby. Końcowa kulminacja to takie małe "wow", bo jednak nie tego się spodziewałem. Jedno zdanie wywraca tu dosłownie wszystko, za czym stoi cała vendetta Castle'a.
I rysunki. Ponownie Dillon. I ponownie ta jego miejscami dość pokraczna kreska, tak brudna i idealna w obrazowaniu przemocy, nagości i jatki. To pozycja przesiąknięta gwałtem i nieco bardziej wrażliwy czytelnik może się tutaj nieźle zaszokować. Bo Aaron nie bierze jeńców, tylko wali z całej siły obuchem, zostawiając Nas z pytaniem. Ale twarz Franka jest też odpowiedzią. Są tu jakieś drobne błędy i całość zasługuje bardziej na 4.5/5, ale... Dajcie się ponieść temu co widzicie.