Nie spodziewalibyście się po powieści historycznej takiej maestrii...
II połowa XV wieku, Brabant, miasto Arras. Schyłek średniowiecza. Tytułowe miasto zostaje nawiedzone klęską zarazy i głodu. Po krótkim, bo zaledwie trzyletnim okresie od tych wydarzeń, ulega psychozie i staje się sceną prześladowań Żydów, polowań na czarownice, areną oskarżeń, mordów i stosów. Dla Szczypiorskiego wydarzenia te stanowiły tylko pretekst do zbudowania narracji o Polsce jemu ówczesnej. I niestety, o Polsce współczesnej. Dlaczego? Zaraz wyjaśniam.
Jego powieść jest moralitetem, traktatem o ludzkiej naturze, którego sens bynajmniej nie odnosi się wyłącznie do XV wieku. Stawiając pod utworem daty "wrzesień 1968 - listopad 1970", jego autor chciał zwrócić uwagę na historyczny kontekst tego utworu. Zaczął go pisać parę miesięcy po wydarzeniach marcowych, kończył zaś tuż przed wydarzeniami na wybrzeżu z grudnia 1970 roku. Zastosowany przez Szczypiorskiego filtr do snucia opowieści o ówczesnej sytuacji w kraju - niewygaszonego, powojennego antysemityzmu jako celu do pozbycia się ówczesnych przeciwników politycznych i spacyfikowania narastającego społecznego niezadowolenia - jest bardzo czytelny i aż dziw, że komunistyczna cenzura, tak czujna, nie zdołała tego wychwycić. Po publikacji powieści kto chciał, mógł sobie pod Brugię podstawiać Zachód, zwłaszcza zachodnią Europę, pod Arras zaś - gomułkowską Polskę Ludową. Dziś Brugia może pełnić symbol miasta położonego nieopodal, a mianowicie Brukseli, czy szerzej - Unii Europejskiej, stojącej ością w gardle "prawdziwym patriotom", politykom "prawdziwie miłującym ojczyznę", będących "strażnikami i obrońcami polskiej racji stanu", która wreszcie, po tylu latach "wstaje z kolan", stanowiąc żywe świadectwo "dobrej zmiany", jaka przetacza się przez polskie ziemie. Współcześnie Arras to symbol dzisiejszej Polski, dzisiejszej Turcji, dzisiejszych Węgier - ksenofobicznych, pełnych tendencji autorytarnych i frazesów o konieczności budowania państw narodowych. Wielebny Albert to dzisiejszy Kaczyński, Erdogan, Orbán. Oddajmy zresztą głos samemu Szczypiorskiemu: "Ludzie! Kogo słuchacie? Spójrzcie na tego starca u szczytu stołu. Powiadacie o nim ojciec wielebny, a ja wam mówię, że to śmierdzący cap, któremu życie obrzydło, a z nim cały rodzaj ludzki. Czego on pragnie? Gdy my cieszymy się słońcem i deszczem, kwiatem i liściem - on myśli o smole i widłach diabelskich. Zanim przyszła do nas zaraza, miasto wiele odeń wycierpiało. Mogło tu zabraknąć ziarna ale nigdy nie brakło kadzidła. Mogło tu zabraknąć konopi, ale nigdy nie brakło ornatów. Wszelki głos ludzki zamarł w tym mieście. I tylko modlitwy biły pod niebo". Na nic zdają się nawoływania w stronę wielebnego Alberta: "I zostaw naszych umarłych w spokoju. Nie handluj nimi, jako zwykłeś czynić, by tym silniej omotać żywych swymi naukami o zbawieniu wiecznym. Umarli już się ciebie, zacny ojcze pozbyli, śpią krzepko w mogiłach, tańcują z robactwem, a ich dusze przyjął Pan Bóg i On nad nimi sprawuje pieczę". Lecz religia smoleńska zbyt silnym ogniwem spajającym w wyznawcami, aby dać posłuch tym nawoływaniom, nieprawdaż?
Na zakończenie znów pozwólmy Szczypiorskiemu przemówić: "[...] w roku zarazy wszyscy obywatele zrozumieli, że to sam Bóg albo diabeł zesłał na nich ciężki los. Zaraza nie była naszym dziełem, gdy natomiast ostatnie zdarzenia, których ofiarą padło tak wielu najzacniejszych ziomków, sobie samym musimy przypisać. Wprawdzie podnosiły się tu i ówdzie głosy, że to nie może być, że niezawodnie jakaś straszna choroba padła na Arras i pomieszała rozumy mieszkańców, lecz większość nie chciała tego słuchać. Dość już mamy szukania przyczyn naszych nieszczęść i zła, które toczyło miasto. Raz była to zaraza, kiedy indziej wyroki boskie albo figiel diabelski lub znowu tajemnicza choroba. Czujemy się znużeni tym wszystkim i skłonniśmy sądzić, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, a więc ułomni i głupi, dający się nabrać na słodycz pustych słów i okrucieństwo chytrych podstępów''. Zaiste, dajemy się nabrać. Dajemy się nabrać przeokrutnie. Znowu.