Mamy rok 1914. Lars Tobiasson-Svartman, który jest z zawodu inżynierem marynarki wojennej, w swojej pracy dokonuje pomiarów głębokości wód i wskazuje, którędy okręty mogą pływać, by nie trafić na mieliznę. To co od razu dowiadujemy się o głównym bohaterze to fakt, że lubi liczby, porządek, jest głodny wiedzy oraz w życiu prywatnym ma żonę Kristinę. Fabuła powieści rozkręca się w momencie, kiedy podczas pomiarów mężczyzna trafia na pewną wyspę, która jest zamieszkana przez jedną, jedyną kobietę - Sarę. Okazało się, że zawróciła mu ona w głowie, pomimo całkowicie odmiennych charakterów, a mężczyzna nie może przestać o niej myśleć.
Zacznę może od tego, że twórczość Mankella do mnie jakoś niespecjalnie przemawia. Przez całą lekturę miałam wrażenie, że czegoś mi brakowało i ta powieść nie zyskała mojej sympatii. Początek książki dłużył się niemiłosiernie, a przynajmniej dla mnie był ciężkostrawny. Kiedy mężczyzna już trafia na tę wyspę i spotyka Sarę to było już lepiej, ale nadal wszystko rozwija się bardzo wolno, bo otrzymujemy całą masę wstawek dotyczących pomiarów głębokości wód oraz rozmów z przełożonymi.
Zauważyłam, że ostatnio trafiam na książki bardziej psychologiczne, pomimo, że nie jest to zamierzone. Tym razem czytelnik ma okazję obserwować jak zmienia się główny bohater pod wpływem zadurzenia się, ale ta zmiana nie jest na lepsze tylko na gorsze. Pojawia się zazdrość, agresja, kłamstwo, knucie. Główny bohater staje się zaborczy i nie przyjmuje do wiadomości, że Sara może być nim niezainteresowana. Potem akcja rozkręca się jeszcze bardziej i przybiera dosyć zaskakujący obrót.
Zostawiam 1,5 gwiazdki. To nie była zła książka, ale nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, miała sporo nudnych fragmentów i nie dostałam nawet szansy, żeby przywiązać się do głównego bohatera lub mu nawet współczuć.