Żeby w pełni przypomnieć sobie losy rodziny Borejków zanim zaczęłam czytać "Sprężynę" przeczytałam dwie poprzednie powieści tj. "Żabę" i "Czarną polewkę". Muszę stwierdzić, że seria ostatnio bardzo się popsuła. W czterech ostatnich ksiązkach, zaczynając od "Języka Trolii" kończąc na "Sprężynie" rzeczywistość opisywana jest przez pryzmat najmłodszych bohaterów. Osobiście uważam, że kolejne części sagi są coraz bardziej naciągane, wydumane i oderwane od rzeczywistości. Dobrym pomysłem (niezrealizowanym niestety) było zakończenie "Jeżycjady" na tomie "Kalamburka". To co śmieszyło w pierwszych tomach, niekoniecznie bawi w ostatnich. Ignacy Borejko- senior rodu- uchodzący do tej pory za wykształconego, oczytanego myśliciela, staje się zrzędliwym, nieporadnym snobem, który sam nie wie czego chce (zwłaszcza widoczne jest to w "Czarnej polewce"). Dzieci, występujące w powieściach tego cyklu, w ogóle nie mają dzieciństwa, nie używają komputera (oprócz sporadycznych przypadków i tylko w "słusznej sprawie"), nie bawią się w typowe dziecięce zabawy (wyjątek stanowi Józinek, który gra w piłkę nożną). Co zatem robią te wyjątkowe dzieci? Chodzą z rodzicami do kina, ale nie na komedie romantyczne tylko na filmy z wysokiej półki stanowiące klasykę w swoim gatunku. Uczą się łacińskich sentencji, piszą wiersze a zwłaszcza sonety (10-letnie dzieci), czytają słowniki Kopalińskiego i klasykę kryminału (po czym zamieniają się w Sherlocka Holmesa, ale są tak nieudolne, że ich niewinna zabawa kończy się na policji). Ponadto grają w scrabble i toczą, za pomocą zdań wielokrotnie złożonych i naszpikowanych trudnymi wyrazami, dyskusje ze swoim autorytatywnym i przemądrzałym dziadkiem. Uprzejmie informuję, że nie ma takich dzieci. Poza tym wszyscy główni bohaterowie są po maturze, po studiach lub w ich trakcie, a małe dzieci już myślą o tym kim będą w przyszłości - nie zapominając przy tym oczywiście o obowiązkowych studiach. Niemowlęta zawsze mają mądre, przenikliwe i stateczne spojrzenie, a w prezencie otrzymują portrety Marka Aureliusza, na poczet przyszłej inteligencji obdarowanego i przyszłych osiągnięć naukowych. Aż mi żal tych dzieci. Poza tym młode licealistki i przyszłe studentki nie mają żadnych przyjaciół, z którymi chodziłyby do kina, kawiarni lub na zakupy, a pierwszy wolny mężczyzna niespokrewniony z rodziną z miejsca staje się ich absztyfikantem, bez pamięci w nich zakochanym. Poza tym pojawiają się w powieściach osoby, które kompletnie nic nie wnoszą. Nagłe i niespodziewane pojawienie się Janusza Pyziaka, który oprócz tego, że denerwuje swoją osobą teścia i podobno przyjechał po przebaczenie, równie szybko jak się zjawił, równie szybko znika. Niestety trudno powiedzieć czy uzyskał to, po co przybył. Drugi przykład: mały Kazimierz Pałys, który albo śpi, albo je, albo ulewa w różnych kolorach. Dzieci są oczywiście prawdomówne, nie kombinują, nie kręcą i dobrze się uczą. Czasami tylko donoszą i szpiegują - ale tylko na wyraźne polecenie dziadka, który takie złe zachowanie potrafi przekuć w dobry cel. To jest hipokryzja czy oportunizm? Może jedno i drugie?
Coraz bardziej mnie męczy ta idealna rodzina, która prowadzi dość nudne i jednostajne życie. Omijają ją wielkie nieszczęścia, jeśli już się jakieś zdarzy, zawsze wszystko dobrze się kończy. Te ich stołowe dyskusje, które mają być interesujące i inteligentne, są po prostu irytujące Widać, że mają służyć jedynie pochwale prawicowych wartości, nie zawsze słusznych w prawdziwym życiu.
W związku z tymi przemyśleniami, nie wiem czy sięgnę po kolejny tom pt. "McDusia", który ma się ukazać niebawem.