What do you think?
Rate this book


192 pages, Paperback
First published January 1, 2009
"Pierwsze pytanie, jakie zawsze słyszę, brzmi następująco:
Czy nie odczuwałeś braku innych dzieci?
Wiem z doświadczenia, że to pytanie będzie mieć kontynuację w postaci następujących argumentów: „Edukacja to przecież nie jedyne zadanie szkoły: jest ona przede wszystkim miejscem, w którym człowiek uczy się życia w społeczeństwie, miejscem nabywania kompetencji społecznych, tak niezbędnych do funkcjonowania wśród ludzi”.
Odpowiadam na to, zadając inne pytanie: dlaczego tak wielkie znaczenie jest przypisywane kontaktowi z innymi dziećmi? Czy o wiele ważniejszy nie jest kontakt z innymi ludźmi?
Wrzucając dzieci i dorosłych do różnych kategorii, wprowadza się między nimi podział. Tworzy się przepaść, stawia pilnie strzeżoną granicę. Dzieciom nie pozostaje nic innego, jak tylko drobnymi krokami zbliżać się do tej granicy, co przypomina próby przetrwania w grze komputerowej, w której do pewnych miejsc i narzędzi można dotrzeć dopiero po odnalezieniu przejścia do kolejnego poziomu. Ważne jest, by przestrzegać reguł gry, unikać pułapek, dostrzegać je z daleka, znać drobne triki, we właściwym momencie udzielać oczekiwanych odpowiedzi - w ten sposób zdobywa się punkty. Jeśli się ich nie utraci, nie ma potrzeby ponownego przechodzenia przez ten sam poziom i można na czas dotrzeć do egzaminu końcowego.
Czy myśląc rozsądnie, można twierdzić, że socjalizacja ma miejsce wtedy, gdy dziecko ma kontakt z rówieśnikami w hermetycznym środowisku klasowym, gdy każdego dnia otrzymuje taką jak inni porcję standardowego nawozu, rozpylanego przez wyższą instancję? Czy można słusznie założyć, że wiek i miejsce zamieszkania dziecka to najlepsze kryteria podziału na grupy?
Nieustannie miałem kontakt z innymi osobami - niektóre z nich były młodsze, niektóre starsze - i ciągle wymieniałem z nimi informacje. Wzajemne ubogacanie się było właśnie rezultatem przebywania w tym różnorodnym i kosmopolitycznymnym otoczeniu. Zawsze istniało coś, czego można się było nauczyć od kogoś innego, tak jak zawsze było coś, czym można się było podzielić.
Mogłem wybierać swoich przyjaciół, tak jak oni wybierali mnie. Sprowadzało nas ku sobie nasze życie, obrane ścieżki zainteresowania i umiejętności, a nie treść dokumentów tożsamości.
Nasze przyjaźnie wynikały ze wspólnej codzienności i stawały się jej częścią. A jeśli niektóre z nich ulegały rozluźnieniu, nie dochodziło do Zimnej Wojny, ponieważ potrafiliśmy schodzić sobie z drogi i nie byliśmy zmuszani do wzajemnego towarzystwa każdego dnia, tak jak to jest w klasie szkolnej."
(s.191-192)
"Dużo łatwiej jest nie obciążać swojego życia ciężarem wykształcenia dzieci i zamiast tego posłać je do szkoły. Skutki takiej decyzji są jednak przerażające: hałas, przemoc, niestabilność, opór, braki w wykształceniu i tym podobne, a w końcu życie bez struktur. A rodzice poddają się, usprawiedliwiając się jedynie tym, że robili tak, jak wszyscy...
...prawie wszyscy. André i Eléonore, nasze dzieci, nie są ani agresywne, ani zrezygnowane. Nie muszą z nikim wyrównywać rachunków. Żadnych rywali nie muszą odsuwać w cień, żeby przekonać się o własnej wartości. Prawdziwy, twórczy duch nie porównuje się z innymi.
Dla naszych dzieci każdy moment życia jest twórczy — tak było, gdy były małe, i tak jest trzydzieści lat później. Świat jest wielki i pełen obietnic.
Arno Stern, luty 2008"
(s.195)