Powieść, która w serii Chyłki być może jest potrzebna autorowi jako swego rodzaju alert: wiele osób nie ma wątpliwości, że to najsłabsza odsłona cyklu i to świetna okazja dla dr Remigiusza Mroza na wyciągnięcie niezbędnych wniosków umożliwiających autorowi uniknięcie zgrzytów w przyszłych częściach.
Zaskakujące są wszechobecne absurdy, których do tej pory twórca Chyłki i Zordona raczej się wystrzegał. By mieć pewność, że czytelnik zachwyci się zawiłością fabuły całą otoczka musi trzymać się ram prawdopodobieństwa i logiki, choćby w pewnym zakresie, w tej książce natomiast pojawiają się okoliczności, które w państwie środkowej Europy nie miałby szansy przejść, a dla samego czytelnika są zwyczajnie obrazą jego inteligencji. Być może to przez te alogiczne absurdy sam wątek przewodni wydaje się mocno przekombinowany, choć na pierwszy rzut oka spójny i trzymający się kupy. Owszem, podstawowe pytania narzucające się czytelnikowi uzyskały odpowiedzi, ale ponowne osadzenie w historii bohaterów drugoplanowych znanych z poprzednich części cyklu powinno być poparte naprawdę świetną historią, tym czasem osobiście odniosłem wrażenie, że autor uznał je za gwarant sukcesu książki. Wygląda na to, że Mróz na etapie planowania fabuły założył, że muszą się pojawić w niej określone postaci i to do nich dokoptował zawił wątek kryminalny, co musiało odbić się na jakości tekstu.
Odniosłem też wrażenie, że autor przestraszył się okoliczności, które wprowadził w poprzednim tomie, więc w tej części za pomocą mało wysublimowanego zabiegu wykreślił je z historii głównych bohaterów. Myślę, że aby utrzymać wiarygodność serii, perypetie osobiste Chyłki i Zordona muszą być bardziej konsekwentne w skutkach. Przed Mrozem niełatwe zadanie, bo wydaje się, że odsłonił wszystkie karty, którymi zaskakiwał nas do tej pory i na tym etapie cyklu, gdzie czytelnicy zapoznali się z postaciami i światem przedstawionym, więc na tym polu praktycznie nie da się ich zaskoczyć, pisarz musi wprowadzić nowe elementy utrzymujące uwagę odbiorcy. Pierwszy raz miałem wrażenie, że czytam odgrzewany kotlet, oby to było ostatni raz, bo nie chciałbym kończyć swojej przygody z duetem prawników.