Przyjemny zbiór zasługujący na 4,5 gwiazdki. Raczej nie dla osób, które chcą w Japonii widzieć romantyczny kraj samurajów, popełniających seppuku na jedno skinienie ich pana. Albo ulotny świat gejsz, herbaciarni, świątyń shinto i buddyzmu czy pełnych pokory perfekcjonistów. Ani też dla osób, które wyobrażają sobie Japonię jako odległą ojczyznę Pana Miyagiego z Karate Kid.
Zbiór tych esejów jest pewnie już dość mocno zdezaktualizowany, ale z drugiej strony jest też istotnym ogniwem, łączącym "Japonię dawniej" z "Japonią teraz" i pozwala lepiej zrozumieć przemiany jakie zaszły w tym społeczeństwie. Bo w gruncie rzeczy Japonii, którą widujemy w filmach Kurosawy czy w Wyznaniach Gejszy już dawno nie ma, a jej relikty ukrywają się pod powierzchnią z betonu, szkła, aluminium i plastiku.
Japończycy, ogólnie jako społeczeństwo niewiele interesują się swoją przeszłością i kultywują tylko nieliczne z tradycyjnych sztuk, ale czy nie dzieje się tak w wielu krajach w Europie? No właśnie. Sądzę, że jest to jeden z powodów sympatii Polaków do Kraju Kwitnącej Wiśni, chociaż pewnie taki, z którego nie zdajemy sobie sprawy.
My też, podobnie jak Japończycy, kultywujemy tylko niektóre z naszych "narodowych" cech i sztuk, w między czasie rozpaczliwie starając się nadążyć za Zachodem i wpasować w trendy. Podobnie jak Japończycy zamiast dbać o przyrodnicze dziedzictwo kraju zakładamy leśne plantacje, a w miastach próbujemy wyrugować zieleń i ograniczyć ją do minimum.
Z drugiej strony, w wielu narzekaniach autora na "zanik tradycyjnej Japonii" uśmiechałam się kącikiem ust, bo to trochę tak, jakby narzekać na to, że ludzie na polskiej wsi nie mieszkają już w drewnianych chatach krytych strzechą i nie orzą pól tak jak dawniej. Autor najwyraźniej nie zna pojęcia "mono no aware", a sądzę, że bardzo by mu się przydało. To pojęcie ciągle żyje i ma się dobrze w Kraju Kwitnącej Wiśni, zarówno w literaturze, filmie i w anime, ale też w codziennym życiu. Japończycy doskonale wiedzą, że nic nie trwa wiecznie i wszystko przemija - nie ważne, jak bardzo chcielibyśmy zachować przy życiu urokliwe wąskie uliczki z domkami krytymi dachówką, szkoły kabuki, gejsz, ikebany, drzeworyty, kaligrafię czy dojo, w których naucza się judo czy karate. Wszystko się zmienia, idzie "z duchem czasu" lub zostaje zapomniane. Ludzie w Polsce wieku Kerra i starsi z rozrzewnieniem wspominają muzykę dawnych lat, ceramikę z Włocławka czy Ćmielowa, kolekcjonują stare szalkowe wagi czy szable albo kieliszki czy wazony z kryształu. To normalne. Przeszłość zawsze wygląda piękniej kiedy patrzy się na nią z perspektywy czasu. Ale wszystko przemija i się zmienia.
W czasie, kiedy powstawał ten zbiór esejów anime w Japonii dopiero raczkowało, a zainteresowanie autora sztukami walk jest raczej niewielkie, nie znajdziemy tam więc słowa o pierwszym, a tylko nieliczne o drugim. Kerr skupia się głównie na parawanach, ceremoniach herbaty, kabuki, kaligrafii i architekturze. Sztuce bardziej wysokiej niż niższej. Nie wspomina o mandze. Kilka razy przewija się w jego esejach kimono, ale bardziej jako ubolewanie, że coraz mniej Japończyków wykorzystuje ten ubiór na co dzień. Autor najwyraźniej nigdy nie miał na sobie żadnego kimona i nie wie, jak może być ono niewygodne.
Dużo przyjemności sprawiły mi natomiast fragmenty, gdzie Kerr opisuje przygody z pokrywaniem dachu strzechą, odnawianie domu w Tenmangu i spędzanie w nim czasu. Chwile, gdy jakieś zapomniane dzieło sztuki odzyskiwało swój dawny blask i historię. To było ciekawe. Dobrze czytało się kawałki o świątyniach buddyzmu i chramach shinto. I o przepełniającej te miejsca obecności bóstw i duchów. Opisy kabuki też były fascynujące, chociaż w pełni można docenić je dopiero gdy chociaż raz oglądało się wymienione w eseju przedstawienia.
Nie można odmówić Kerrowi pewnego zmysłu literackiego. Jego eseje jednak są dla mnie wypełnione smutkiem człowieka, który pragnął zachować Japonię z okresu Heian czy Muromachi, sprawić, by była ciągle żywa i niezmieniona. Owszem, jej elementy ciągle żyją, ale nie będą trwać wiecznie i chyba z tym autor nie umie się pogodzić. Zobaczył zachód słońca i ubolewa nad tym, że nie trwa on wiecznie. A przecież właśnie w tej przemijalności tkwi piękno wszystkich wspomnianych przez Kerra sztuk. I kto wie... w końcu przecież i kryształowe wazony i kieliszki wracają w Polsce do łask, a w Japonii na pewno niejedna Sztuka przeżyje swój renesans w nieco odnowionej formie. Słońce znów wzejdzie, ale dzień, który wtedy nastanie nie będzie taki sam jak poprzedni. I to jest piękne.