Zaczęłam tę książkę czytać wczoraj po południu i skończyłam ją dzisiaj - poszło szybko, bo została napisana bardzo sprawnie i tak, że trudno się od niej oderwać. Dawno nie sięgałam po ten typ "true crime", a musicie wiedzieć, że kiedyś zarówno zaczytywałam się w takiej literaturze, jak i oglądałam wiele dokumentów w tych tematach. Było to w liceum, kiedy myślałam, że sama będę ścigać przestępców i wsadzać ich za kraty. Teraz chciałam się przekonać, czy nadal mnie to ciekawi i okazało się, że tak, choć nie sądzę, że zacznę czytać takie książki w przepastnych ilościach. Raczej od czasu, do czasu.
Jaka jest "OBŁAWA"? Na początku miałam pewne obawy, bo na okładce można przeczytać "w jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda"... No właśnie! Zaraz pomyślałam, że będzie to jakaś autolaurka faceta o przerośniętym EGO - na szczęście moje obawy były niesłuszne, a Colin Sutton okazał się porządnym gościem o wielkim sercu i talencie.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to styl, jakim ta historia została napisana. Czyta się to świetnie, wręcz płynie się od strony do strony. Były detektyw nadkomisarz wciąga lepiej, niż autorzy poczytnych kryminałów, czy thrillerów. Może dlatego, że to prawda, ale trzeba mu oddać, że pisać potrafi i nie jest to pisanie "urzędnicze", ale takie, w którym czytelnik odnajduje prawdziwych ludzi i rozumie ich tragedie.
Lecz największą zaletą tej książki jest jej warstwa poznawcza. Colin Sutton krok po kroku przedstawia nam etapy śledztwa. Nie jest względem siebie bezkrytyczny, odsłania się przed nami i zawsze skupia się na ofiarach i na tym, by ich nie było więcej. Trudności na jakie napotykał z zespołem, niezwykła skrupulatność i ogrom pracy, jaką musieli wykonać - to przytłacza. W takich śledztwach liczy się nawet najdrobniejszy szczegół, bo ten szczegół może okazać się decydujący np. na sali sądowej. Niczego nie można pominąć, a przecież ci detektywi są tylko ludźmi. Oni po wszystkim muszą wrócić do swoich rodzin, do domów i patrzeć na córki, które przecież też mogły być ofiarami zabójcy. To gorzki kawałek chleba, ale ta praca daje satysfakcję - ta praca jest potrzebna, a w życiu dobrze czuć się potrzebnym. Zwycięstwo zespołu, to zwycięstwo sprawiedliwości.
Wcześniej nic nie słyszałam o sprawie Leviego Bellfielda, teraz wiem chyba o niej wszystko. Uważam, że to bardzo dobra książka dla tych, co interesują się, lub planują mieć jakiś związek - zawodowy - z wydziałem śledczym. Mogę spokojnie napisać, że to kopalnia wiedzy i książka wielce użyteczna. Autor oddał nią również cześć pamięci trzem dziewczynom, które powinny żyć i tym życiem się cieszyć. To ważne, by pamiętać o ofiarach - uważam, że powinno się przede wszystkim pamiętać o ofiarach, a mordercę wtrącać za kraty i o nim zapominać - niech gnije.
Muszę wam się przyznać, że okładka mi nie siadła i wolałabym patrzeć na twarze zamordowanych, niż na twarz tego śmiecia... gdy odkładałam książkę na półkę, to zawsze frontem do dołu, by nie widzieć tej mordy. No cóż, nie o okładkę tu jednak chodzi, a o to, że jeśli jesteście zainteresowani taką tematyką, to możecie spokojnie sięgać - będziecie zadowoleni, bo to skarbnica wiedzy napisana przez świetnego detektywa. Ach! Właśnie! To, co mnie ujęło chyba najbardziej, to fakt iż Colin Sutton miał być prawnikiem, lecz szybko zrozumiał, że to zakłamane bagno i wybrał ściganie przestępców - czyli zawód, w którym złego się wsadza za kraty, a nie broni.
bardzo dobra
7/10
Wydawnictwo Zysk i S-ka