Zimna, ciemna warmińsko-mazurska prowincja. Na jej tle doskonale skonstruowany mroczny thriller: zaskakujący, niepokojący, wciągający od pierwszej strony. Ale to tylko najprostsze odczytanie nowej powieści Żulczyka. Tajemnicze zaginięcia ludzi, makabryczne odkrycia związane z ich odnalezieniem, dramat rodzinny głównego bohatera to pretekst do mistrzowsko nakreślonego portretu lokalnej społeczności oraz uwikłanej w miejscowe układy rodziny. Żulczyk pokazuje, jak ojcowie niszczą swoich synów, mężowie – żony, przyjaciele – przyjaciół. Zajmuje go pamięć o krzywdzie i wybiórczość tej pamięci. Prowincja Polski jako miejsce, w którym widać metafizyczną prawdę o „polskim losie” i Warszawa jako miejsce, gdzie przyjezdny z prowincji może wygrać albo przegrać, ale nie może spokojnie żyć. Czy karą za zło może być inne zło? Gdzie jest granica w wymierzaniu sprawiedliwości? Jak zwykle Żulczyka interesuje to, co kryje się pod powierzchnią.
Popularny pisarz młodego pokolenia. Pochodzi z Nidzicy, ukończył studia dziennikarskie na UJ. Współpracownik pism „Lampa” i „Machina”, twórca rubryki „Tydzień kultury polskiej” w tygodniku „Wprost”. Autor kilku powieści, z których dwie ostatnie – "Instytut" i "Zmorojewo" wpisują się w konwencję horroru (przy czym "Zmorojewo" jest przede wszystkim powieścią przygodową dla młodszych czytelników). Fani alternatywnej muzyki rockowej z kolei wysoko cenią sobie Radio Armageddon, wydane w 2008. Sam Jakub nazywa siebie „pisarzem, niezależnym publicystą, recenzentem, felietonistą, blogerem, konsumentem śmieci i wzorowym odbiorcą kultury masowej”.
Za mroczny gotyk polskiej prowincji, za sprawiedliwość Punishera, za niesamowitą opowieść kryminalno-społeczną o tej stronie ludzkiej duszy, która ukrywa się w ciemnościach.
Są takie książki, które należy czytać w określonym wieku i w odpowiednim stanie ducha. Są takie książki na które trzeba się otworzyć i postarać się wywalić w kosmos cale to wyssane z mlekiem systemowej macochy poczucie poprawności politycznej i świętoszkowatość. Są książki, które powinny być przez niektórych ludzi omijane szerokim łukiem bo po prostu nie są na nie gotowi i raczej nigdy nie będą. Te książki wymagają pewnego rodzaju doświadczenia osobistego i bez tego kawałka nie ma bata, nie idzie się w taką książkę wgryźć. Do takich właśnie książek zaliczyłbym powieść Jakuba Żulczyka "Wzgórze psów". Swietnie się czyta tą książkę!
Jakub Żulczyk stworzył moim zdaniem przypowieść o tym jak rodzi się i jaką dynamikę ma zło. Śledząc wydarzenia, które równie dobrze mogłyby posłużyć za kanwę filmu czy serialu kryminalnego będziemy sobie zadawać pytania o to, czy zło tkwi w każdym z nas, a jeśli tak to czy jesteśmy w stanie go z siebie wykorzenić. Czy możemy wyrzec się go poprzez opuszczenie gniazda w którym się zrodziło i jak wielka jest moc środowiska które zdaje się determinować większość podejmowanych przez nas w życiu decyzji? Bohater "Wzgórza Psów" doświadcza na własnej skórze jednej z najbardziej bezlitosnych prawd o życiu, a mianowicie tego że jeśli coś ma się zdarzyć to prędzej czy później się wydarzy. Nie tylko bowiem historia zatacza koła, ale tak samo dzieje się z czasem. Ten mężczyzna w wieku chrystusowym powraca w rodzinne strony mimo, że z pewnością nie planował powrotu kiedy przed laty pokazał środkowy palec całemu środowisku w którym przyszło mu dorastać, a przy okazji odmalował swej rodzinnej miejscowości taką laurkę, która zdaje się dość mocno odbiegać od realiów. Czy aby tak jest naprawdę? Otóż może okazać się, że wcale zbytnio nie minął się jednak z prawdą, ale to już dowiecie się z lektury.
Zbrodnia, kara, przebaczenie, rehabilitacja, zemsta to kolejne z egzystencjalnych bolączek polskiej prowincji , które odkryje przed nami Jakub Żulczyk. W mojej opinii to nie tyle prowincja jest obiektem wiwisekcji w wykonaniu tego autora, ale możemy przeglądać się w lustrze jako cały współczesny polski naród że wszystkimi najbardziej wstydliwymi przywarami. Trudne do wypełnienia kompleksy, stereotypowe myślenie i ciągłe cofanie się do przeszłości to przypadłości charakteryzujące nie tylko zapadłe dziury ale również doskonale widoczne w ciągnących się pochodach na ulicach polskich metropolii. Trochę jesteśmy taką europejską "wiochą", co objawia się w parodiowanym przez autora języku jakim posługują się jego bohaterzy, a która to "wiocha" aż nadto rzuca się w oczy q niektórych komentarzach na lubimyczytac.pl. To oczywiście moja prywatna opinia i być może nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale według mnie klimat zgorzknienia i swego rodzaju nichilizmu to taki prztyczek w nos nie tylko obecnej młodzieży ale również pokolenia 30+, które gdzieś straciło swe ideały.
Tak jak z poczuciem wstydu kręcimy nosem przyglądając się postawom bohaterów "Wzgórza Psów" i za każdym razem kiedy przewraca się nam wątroba przy obserwowaniu rozwoju wypadków, gdzie wszystko zdaje się potwierdzać smutną prawdę, że tam gdzie gdzie nadzieja kiełkuje tam tłum ją tratuje, tak mikrokosmos z tej powieści powinien moim zdaniem dać do myślenia tym, którzy prowincjonalne naleciałości przenieśli do przestrzeni publicznej. Tym samym prowincjonalizm t cecha, która chyba najbardziej oddaje nasze miejsce jako kraju na tle Europy. To by było na tyle, a tą swoją subiektywną opinię zakończę coby nie pozostawić wątpliwości słowami: "Nowa powieść Żulczyka to mimo niektórych opinii literacki must read w tym roku". Amen!
To kolejna książka Żulczyka po której mam podobne, nijakie odczucia. Mam wrażenie, że to niejako rozszerzona wersja "Informacji zwrotnej", którą czytałam niedawno. Tyle, że tam, choć nie było rewelacji, było kilka rzeczy które można było pochwalić, a niektóre usprawiedliwić. Tutaj nie ma nic niespotykanego, nic co zapadnie mi w pamięć, nic za co mogłabym autora docenić, choć były na to szanse. Podsumowując fabułę w ogólności mamy tu obyczajówkę z elementami kryminały/thrillera (nie odwrotnie!), które to elementy wypadają najlepiej, przynajmniej w środku książki. Bohaterowie to ciągle te same postaci co w prawie w każdej książce autora. Trochę to zaczyna być irytujące. Wszyscy mają te same problemy i, co do zasady, kończą w ten sam sposób. Klimat zarówno "Ślepnąc...", "Informacji...", jak i tej książki jest identyczny - przygnębiający, męczący, bardzo depresyjny. Trochę tego za dużo jak na mnie. Zarazem Żulczyk już tak ma, że nawet średnia historia opowiedziana jest tak, że z czasem wsiąka się w nią i chce się poznać dalsze losy bohaterów, choć wiemy, że autor nie poda nam niczego spektakularnego (tylko w "Ślepnąc..." mu się to udało). To taki plus i minus w jednym. To co robi największą krzywdę tej książce to jej obszerność i kompletnie nijakie zakończenie. Historia bardzo powoli się rozkręca i ciekawie było dla mnie tylko w samym jej środku. Z pewnością taka fabuła nie potrzebowała aż tylu stron. Wiele rzeczy rozmywa się przez przesadne bajdurzenie nie mające żadnej substancji. Finał chyba miał być zaskakujący, ale można się go dość szybko domyśleć. To sprawiło, że nie miałam ochoty czytać ostatnich kilku rozdziałów... Jestem rozczarowana zakończeniem bez przytupu z dość patetycznymi wnioskami do wysnucia. Jak ktoś ma ochotę na lekturę to zalecam z całego serca audiobooka (mimo średniego lektora), bo czytanie tej książki w papierze przez dłuższy czas na 100% negatywnie wpłynie na waszą ocenę.
#nuda Belfer był świetny. Brawo panie Żuluś! Ale to opasłe tomisko jest nudne, rozwleczone i trochę słabe. Postaci jak w telenoweli brazylijskiej. Na 400 stronie nie pamiętasz kto jest kto. Powierzchowne zarysy charakterów, ludzie bez charakterów, wszyscy rzucają chujami i kurwami i myślą, że są gangsta ze small miasta, złamasy albo cwane kutasy. Trochę żenada. Kobiety są albo grube, albo chude, ale wszystkie brzydkie, stare i chujowe. Czy to jakiś mizoginistyczny problem? Strach przed kobietami? Faceci to wiadomo super ekstra wojownicy i ci wiejscy i ci ze stolicy. Ogólnie to uważam, że strata czasu. Prawie 900 stron- ten czas można spokojnie poświęcić na 3 inne książki. Albo sezon dobrego serialu. I te metafory...boże, szkoda, że autor nadal nie zdaje sobie sprawy, że jest coelho dla hipsterów i gimbazy. Taki mroczny kryminał niby, a parsknęłam ze śmiechu parę razy na te pełne patosu metafory "ostre niczym nóż". Sąsiedzi w samolocie myśleli, że czytam niezłą komedyjkę. Aż poprosili o tytuł i autora. Bardzo się zdziwili, gdy okazało się, że to jednak "mistrzowski thiller kryminał"...
Z Żulczykiem jest tak, że albo go pokochasz od razu, albo po prostu stwierdzisz, że z tej mąki chleba nie będzie. W moim przypadku muszę przyznać, że jak tak dalej pójdzie, to otworzę piekarnię :D Najnowsza książka Żulczyka to idealna pozycja na lato, mroczny thriller ( z kontekstem społecznym), od którego nie można się oderwać. Wzgórze psów to opowieść o powrocie do przeszłości, do miejsca, z którego się uciekło. Zwłaszcza z miejsca takiego jak Zybork. Zybork to mała Polska - hermetyczny, nieprzystępny, przesiąknięty układami i korupcją. Tak jakby całe to miasteczko zbudowane było na złu. Ale pośród tej beznadziei, duszącego, zgniłego powietrza, tli się mała iskierka nadziei. Nadziei na odrodzenie. Jest to również opowieść o dorosłości, której nie osiąga się po przekroczeniu magicznej liczby 18 lat. Książka porusza problem winy i kary, a także sprawiedliwości wymierzanej na własną rękę. Myślę, że nie raz wrócę do Wzgórza psów.
Czytało mi się to wspaniale. Rzadko miewam taką przyjemność z obcowania z literaturą, badź co bądź, rozrywkową. Wciągnęło mnie tak samo mocno, jak "Ślepnąc od świateł". Uwiodło i zahipnotyzowało. Żulczyk jest genialny, jeśli chodzi o budowanie nastroju, konstrukcję postaci, pisanie dialogów - jest po prostu świetnym rzemieślnikiem. Wszystko to, co przeszkadza mi u dużej części współczesnych polskich pisarzy - ich papierowe postaci, kalki, przerysowania, nieudolna psychologia, sztuczny język - tutaj nie występuje. Nawet gdy Żulczyk pisze o banałach i porusza tematy i motywy ograne w kulturze masowej do bólu, jest to wciąż świeże, poruszające, przykuwające uwagę. Ponoć nazywany jest "Coelho dla hipsterów". Rozumiem, o co chodzi. Są takie momenty w jego prozie, które dzielą już tylko centymetry od przepaści zwanej taniochą. Jak dla mnie, jeszcze ani razu w tę przepaść nie wpadł. Jak na razie. Ale myślę, że gdyby pisane wyszukanym stylem filozoficzne komentarze do opisywanej rzeczywistości neutralizował humorem (którego w "Ślepnąc..." było sporo, a tu niestety wcale), mogłabym przymknąć na to oboje oczu. Ale i tak wybaczam, bo to nie jest Tomasz Mann ani Dostojewski, to nie jest literatura egzystencjalna ani eksperymentalna proza postpostmodernistyczna. To są po prostu klimatyczne książki o najprostszych rzeczach - społeczeństwie, rodzinie, związkach międzyludzkich, dorastaniu, ŻYCIU, z interesującą i wciągającą fabułą. Świetnie opisana polska rzeczywistość, wszystkie wyciągnięte brudy są jak najbardziej prawdziwe - przykro mi, właśnie tak wygląda prawda. I znów: mogło być trochę krócej; postaci kobiece mogły być sensowniejsze (choć i tak jest ogromny postęp, w porównaniu ze "Ślepnąc..."); po skończonej lekturze fajnie byłoby mieć jakieś głębsze (niż się ma) refleksje. Ale być może nie trzeba chcieć wszystkiego. Mi w tej chwili wystarcza, że zajebiście się bawiłam. O ile "zabawa" jest dobrym określeniem w przypadku tak makabrycznej, smutnej i mrocznej lektury.
Warmińsko-mazurski realizm kloaczny kropka w kropkę i w każdym calu. Nie ma bata, by nie spodobało się komukolwiek, kto chował się w tych stronach. "Change my mind".
Z nieukrywaną radością informuję, że skończyłem lekturę “Wzgórza psów”. Cieszę się z tego ponieważ zawsze to miło wrócić do świata, w którym niekoniecznie wszystkich muszę podejrzewać o zadawnione zbrodnie i zamiłowanie do odcinania ludziom części ciała. Cieszę się, bo Jakub Żulczyk wyprawił mnie w trudną podróż - przez literaturę, której nie wybieram dla własnej przyjemności, przez gatunek, którego nie jestem miłośnikiem i przez świat, który niestety nie jest zmyślony. Ponad osiemset stron, co do których mam jedną pewność - będą sukcesem.
Poznajcie Mikołaja i Justynę, którym powinęła się noga - on napisał co prawda bestsellerową powieść (“Czarna, zimna woda”), ale nie za bardzo ma pomysł na kolejną zaś zaliczki od wydawców umiejętnie roztrwonił; ona pracuje nad reportażem o pedofilskiej siatce, który wstrząśnie polskim społeczeństwem, idzie jej nieźle, ale potrzebuje czasu by uporządkować materiały i opracować materiał (i uciec od pewnej osoby). Mikołaj i Justyna nie mają kasy, warszawskie mieszkanie postanawiają wynająć a sami wyjeżdżają do Zyborka, rodzinnego miasta Mikołaja, gdzie czekają na nich jego ojciec z “nową kobietą”, brat i milion problemów. Topos wyjazdu z Warszawy z pewnością doczekał się już jakiegoś doktoratu. Chciałbym - przerywając opis wydarzeń ze “Wzgórza…” - zauważyć, że któregoś średnio udanego dnia, gdy w książce przeczytam o bohaterach, którzy postanawiają po pracy w korpo czy źle skonsumowanym sukcesie uciec ze stolicy na prowincję to rzucę egzemplarzem przez otwarte okno i nagram to na snapczata. Wróćmy zatem do Zyborka, ale w telegraficznym skrócie, bo przecież i tak przeczytacie sobie ksiązkę - zestaw postaci, które spotkają w Zyborku świeżo ucieknięci warszawiacy to oczywiście plejada wyrazistych, archetypicznych ziomków - surowy ojciec, niczym starotestamentalny Bóg Ojciec, brat Mikołaja, nieudacznik, który wpada z jednego bagna w drugie, silne kobiety, które solidarnie występują przeciwko męskiej dominacji i mężczyzn, którzy do kobiet mają podejście z lekka przedmiotowe. Spotkacie policjantów zaangażowanych i uwikłanych w sieci zależności, tajemniczego Niemca, który trzyma za mordę biznes w całej okolicy itd. Potrafię wyobrazić sobie makietę Zyborka zrobioną z klocków Lego. Jak się dowiem czy to komplement dla książki to zrobię pod postem przypis.
W Zyborku mordują, tną, podpalają, walczą o władzę, dymają, ćwiartują a wszystko to od kilkudziesięciu lat gdy kilku zidiociałych i naspidowanych młodzieńców… Tu się zatrzymam, bo nie ma co zdradzać szczegółów fabuły, najistotniejsze jest dla nas to, że Żulczyk ma doskonale opracowane modele postaci i jeśli tylko ktoś zdecyduje się nakręcić na podstawie “Wzgórza…” serial, to dostanie praktycznie gotowy scenariusz, zwłaszcza że powieść składa się z mikrorozdziałów, w których każdy jest pokazany z perspektywy innego bohatera. To konstrukcja wbrew pozorom trudna (niekiedy Żulczyk za późno wyjaśnia kto jest “mówiącym” w danym rozdziale) ale przynosząca sporo możliwości rozwoju fabuły i jak widać po “Wzgórzu…” umożliwiająca na snucie opowieści praktycznie w nieskończoność.
Tu właśnie pojawiają się problemy. Bo jest książka Żulczyka ewidentnie rozciągnięta i przegadana. Bohaterowie chwilami zatrzymują się, siadają - dajmy na to - w restauracji hotelowej i opowiadają sobie życie. Ludzie w Zyborku cały czas coś sobie opowiadają i o ile rozumiem, że dialog jest ważny a ludzkie gadanie w małych miejscowościach to podstawa istnienia, ale tu jest go zdecydowanie za dużo. Nie wymagam rozbudowanych opisów przyrody, ale czasem Żulczyk tylko ślizga się po scenografii, by utonąć w tym co idzie mu najsprawniej - pisaniu gadania. Oczywiście są we “Wzgórzu psów” mrugnięcia okiem - a to krytyce poddana zostaje “warszawka”, a to autor nawiązuje do jakiejś powieści czy filmu - Żulczyk podobnie jak w poprzednich powieściach umiejętnie żongluje popkulturą, filmami, serialami, tworzy coś specyficznego i mimo moich sporych oporów - wciągającego.
“Rozglądam się dookoła. Na segmencie, pomiędzy butelką po chivas regal a oprawionym w ramkę zdjęciem czerwonego ferrari testarossa, leży kilka książek, które zauważam dopiero teraz. (...) Biografia Messiego, drugi tom “Potopu”, pierwszy “Millenium”, “Masa” i jego “Samochody polskiej mafii”, przewodnik po Tunezji z oderwaną połową grzbietu. I jest. Na samym dole. Jak bardzo zły dowcip. Pomarańczowy grzbiet, czarne bezszeryfowe litery. Mikołaj Głowacki, “Czarna, zimna woda”. “
Nie licząc tej ostatniej, która z pewnością trafi do zaktualizowanego almanachu książek nigdy nie powstałych autorstwa Dunina-Wąsowicza, książki z półki zyborkowskiego chłopaczka same w sobie stanowią opis tego gdzie się znajdujemy, gdzie nas prowadzi Żulczyk, o ile oczywiście damy mu się zaprowadzić. Zastanawiam się, czy jest szansa by na tej półce znalazło się “Wzgórze psów”. Myślę, że jest i to spora. Czy to źle? Nie, bo dobrze, że coś będą zyborkowskie chłopaki czytać. Czy to źle świadczy o książce? Nie, bo nie jest wcale łatwo trafić na tą półkę. Pisze Żulczyk:
“Ludzie czują, kiedy nimi gardzisz. Łapią to w moment, tak jak łapie się w garść dryfujący w powietrzu paproch. I wiedzą. Musisz przestać. Musisz ich zaakceptować (...).”
Wiem, że nabijamy się tu z książek prostackich bezlitośnie, że kiepscy poeci i poetki mają z nami niejedną kosę, dajemy popalić autorom i autorkom za dużo lepsze książki niż ta Żulczyka, a tutaj dla przekory trochę, ale bardziej dla refleksji nad literaturą, próbuję sprzedać wam “Wzgórze psów” i możecie się tym odrobinę dziwić. Już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż odnoszę wrażenie, że Żulczykowi trzeba trochę wybaczyć, może zrozumieć ten - okropnie serialowy styl prowadzenia opowieści, zamilknąć nad niektórymi bon motami, które lubi wkładać w usta bohaterów (tu i tak szczęśliwie się ogranicza) i nie zaglądać za bardzo pod podszewkę niektórych pomysłów fabularnych (ta podpowiedź z DNA mięsa, które znaleziono w ustach jednego z truposzy, panie autor - w tym samym akapicie już znałem następne 10 stron!). Gdy się to wybaczy, gdy nie będzie chciało się w tym widzieć powieści o pokoleniu, o jakimś świecie w rodzaju “Polska”, a po prostu mocną, gęstą i wciągającą opowieść o tym, że każdy jest trochę zły, a gdy zbierzemy się w większe stada to zło może stać się jedynym co nas łączy i popycha do działania. Niby banalne, ale nie mam nic przeciwko przypominaniu tego kolejny raz, zdecydowanie bardziej wolę czytać o tym, że jesteśmy tymi, którzy na pytanie Prosiaczka z “Władcy much” odpowiadają bez wahania, że lepsze jest polowanie i niszczenie, niż o ucieczkach przed stołecznym wirem.
Podoba mi się mitologizacja Zyborka, konieczna do pokazania go jako miejsca narodzin wielkiego, powszechnego i wspólnego zła. Prawiek był “miejscem, które leży w środku wszechświata”, a “struktura [Macondo] zdawała się zajmować swój własny zastrzeżony teren, przestrzeń samotności i zapomnienia”, Zybork zaś to “miasto, które próbuje odwrócić się od samego siebie” i trzeba przyznać, że autorowi udało się obronić to jakże ryzykowne stanowisko. To brutalna historia, świat męskich ale i kobiecych zabaw z życiem i choć takich historii, pisanych z trzewi, na wkurwie na rzeczywistość małych miasteczek jest sporo i nie różnią się one jakoś szczególnie od opowieści o skurwysyństwie korporacji czy innych mafii, to Żulczyk potrafił tak namotać, że nie miałem ani chwili wątpliwości, że to wszystko mogło być napisane na podstawie dokumentów ze śledztwa przeciwko jakiejś rozbudowanej grupie przestępczej.
Z książką Żulczyka jest trochę jak z filmami Smarzowskiego - chodzi się na nie, choć wiadomo, że kilka razy człowiek będzie chciał odwrócić głowę w kierunku fotela. Film Smarzowskiego trwa dwie, może trzy godziny, a wspinaczka na “Wzgórze psów” zajmie wam przynajmniej kilkanaście godzin. Pod tym względem powieść naprawdę się udała; udało się Żulczykowi napisać mocną, gatunkową prozę, która będzie absolutnym hitem wakacji i w niejednym pociągu spotkacie zaczytanych w niej podróżnych. A jak wytrzymacie jeszcze jedno porównanie, to tak sobie myślę, że nawet słuchając codziennie Mahlera człowiek jadąc na wakacje przechodzi w tryb, w którym nawet i Lambadę da się wysłuchać. I choć to porównanie krzywdzące dla “Wzgórza psów” to niech sobie ta refleksja powisi nad tą powieścią.
DNF Nie dałem rady. Doczytałem do połowy i się poddałem. Od początku lektury miałem poczucie obcowania z prawdziwą grafomanią. Jeśli jest to thriller, to ani na chwilę nie wywołał u mnie dreszczy, a jeśli kryminał, to, doczytawszy do połowy, nie znalazłem powodu do podążania za rzekomo zagadkowymi zbrodniami. Może to wszystko czekało na mnie w drugiej połowie książki, ale wtedy po co mi pierwsza połowa? Świat przedstawiony, to subiektywnie (stronniczo?) opisane małe miasteczko - przysłowiowa "dziura" - które jest miejsce pozbawionym nadziei. Bohaterowie. Moim zdaniem zdecydowanie jedna z najsłabszych stron tego tekstu. Wszyscy są niemal identyczni. Chyba wszyscy przegrali swoje życie, większość ma poważne problemy z alkoholem lub narkotykami i ubóstwem (albo z wszystkim na raz). Trudno w tym tomiszczu połapać się kto jest kim. Nadawanie imion nie pomaga. Wszyscy posługują się absolutnie nieznośną i, w mojej ocenie, nieistniejącą odmianą języka: rynsztokowo-pseudofilozofującego. Połączenie niezwykłej liczby wulgaryzmów i agresywnych wypowiedzi z pojawiającymi się po chwili "mądrościami" niczym z tanich poradników coachingu lub wierszy pisanych przez niedouczonych gimnazjalistów jest odpychające ("Zło jest po to, aby je pokonać. Taka jest funkcja zła" i wiele podobnych złotych myśli). Jedynie fragmenty pastiszu a'la autobiografia jakoś się bronią - główny bohater jest autorem, który napisał w przeszłości obrazoburczą książkę o swojej rodzinnej miejscowości, czym wzbudził złość wielu mieszkańców. Ciekawe, czy gdyby powieściowy Zybork istniał, to Żulczyk byłby w nim pożądanym gościem? Językowo jest równie nieznośnie. Nie moglem oprzeć się wrażeniu, że autor nie jest w stanie napisać zdania, jeśli nie zawrze w nim jakiegoś epitetu, określenia, metafory lub porównania. Nigdy nie widziałem tak grubo ciosanych środków wyrazu (np. "zapach sfermetnowanej benzyny" - nie chcę się czepiać, ale coś takiego nie istnieje; "barwa spękanego azbestu" - czy spękanie azbestu nadaje mu fizycznie inną barwę? I czy sam azbest nie jest już wystarczająco okropny?). Jestem zły, że straciłem czas na lekturę kilkuset stron tej książki. Jeśli jest inaczej, niech mnie ktoś przekona.
Po "Ślepnąc ..." stwierdziłem, że dam sobie spokój z Żulczykiem. Z dwóch powodów - przeczołgała mnie da dołująca lektura (i stwierdziłem, że może i prawdziwa Warszawa tak właśnie wygląda a ja żyję w swojej bańce - ale jeśli tak jest, to ja wracam do bańki) oraz na maksa drażniła mnie ta narracja w trybie staccato - krótkie zdanie wyrzucane jak z karabinu maszynowego (ten efekt był jeszcze gorszy w wykonaniu lektora, który czytał te zdanie dość nienaturalnie) - w sumie rozumiem ten zabieg stylistyczny - wszystkie dzieje się szybko, gwałtownie, samochody pędzą przez nocne miasto rozświetlone neonami i tak dalej. Ale ileż można ...
No, ale jednak sięgnąłem po "Wzgórze ...". Czemu? W streamingu pojawiła się adaptacja serialowa (której jeszcze nie oglądałem) i przypomniało mi to, że kiedy reviewowałem "Ślepnąc ...", kilka osób mówiło mi abym się nie zniechęcał i spróbował "Wzgórza ..." - bo rzekomo lepsze. No to złapałem (tę cegłę) i jestem.
Było lepsze?
Zacznę od tego co mi się podobało:
1. Historia naprawdę trzyma w napięciu, nie da się tego ukryć. Jest tajemnica (a właściwie tajemnice), są postaci, które nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie - nawet jeśli ciężko jest je polubić i z nimi się utożsamiać 2. Sam Zybork i jego atmosferę oddał Żulczyk świetnie - tak, wiem, że oczywiście to kreacja trochę przesadzona, ale dla człowieka z miasta średniej wielkości (jak ja) i do tego millenialsa, jest tu wystarczająco dużo rozpoznawalnych elementów sentymentalnych, które uwiarygniają ten obraz. I ja, jak wielu innych czytelników, miałem takie momenty kiedy zadawałem sobie pytanie - "cholera, to książka o mnie?" - na szczęście było ich mało 3. Żulczyk to trochę taki poeta piły łańcuchowej - te wszystkie turpistyczne realia przedstawia nie naturalistycznym opisem, tylko poetyckimi porówniami; No i przyznam, że w "Ślepnąc ..." to mu dość słabo szło - momentami wywalało cringe'ometr, a tu ... jest znacznie lepiej, zazwyczaj. Zdarzały mi się momenty, kiedy odważne parabole zatrzymywałe mnie na chwilę i komentowałem w stylu: "Celnie, kur_wa. Naprawdę celnie." 4. Może nie było to mega trudne zadanie, ale sama historia została IMHO dobrze podana - bardzo umiejętnie autor przeskakuje pomiędzy liniami czasu, dopowiada dokładnie tyle ile trzeba, aby podtrzymać napięcie, ale nie za dużo, aby czytelnik zbyt wiele się nie domyślił.
A co mi się nie podobało? Hmm, też tego sporo.
1. Ciężko to uznać za wadę książki - to po prostu styl autora: albo się go kupuje albo nie ... Otóż chodzi mi o to, że to jest cholernie ciężka i dołująca książka. Ciężko się w niej doszukać czegokolwiek pozytywnego. Nawet w dzieciach (jako następnym pokoleniu), nawet w sprawiedliwości (czy to była sprawiedliwość?), nawet w swoistym katharsis bohatera - jedziesz do pracy, słuchasz tego audiobooka i po prostu wiesz, że spieprzy Ci to dzień (emocjonalnie). Echhyhh 2. Jak już przechodzisz przez tę gehennę, to chciał(a)byś jakąś nagrodę - satysfakcję. Dobre zakończenie - niekoniecznie pozytywne, ale satysfakcjonujące. Dla mnie jest ono zbyt zawieszone. Niby jest dopięte jakąś klamrą (dla jednych postaci bardziej, dla drugich mniej), ale ja spodziewałem się czegoś innego (zwłaszcza ze strony Justyny). 3. Zdarza się autorowi często wpadać w dokładnie to samo staccato, które tak mnie mierziło w "Ślepnąć ..." - tyle, że ... tu jest absolutnie niczym nie uzasadnione. To senne, mazurskie miasteczko - raczej kojarzy się z mgłą, powolnym życiem, bladym światłem latarni i posprayowanymi 15 lat temu ścianami.
Koniec końców - mimo wszystko warto było. Chociaż wg mnie historia miała większy potencjał - zwłaszcza na linii między grupami o sprzecznych interesach (Głowaccy, Cyganie Tobka, Kalt i jego ludzie). Pewnie byłaby też bardzi satysfakcjonująca, gdyby kończyła się dużą zmianą (na bazie przeżytych impulsów) u niektórych bohaterów - a tu miałem wrażenie że triumfuje fatalizm i ... przeznaczenie, a my po prostu unosimy się na fali (gównianego) życia.
Wygląda na to, że Żulczyk cały czas pisze tę samą książkę, choć za każdym razem odrobinę lepiej.
Ciężko mi trochę oddzielić wady tej powieści od jej, po prostu, cech. Bo ja nie cierpię Żulczyka. Rzygam tymi pozornie efektownymi, okrągłymi zdaniami, jakby obliczonymi na kompulsywne cytowanie (mój egzemplarz z biblioteki jest pełen podkreśleń, a wszystkie wyróżnione zdania w stylu zbuntowanego nastoletniego Coelho). Nienawidzę - naprawdę nienawidzę - sprzedawanej przez Żulczyka wizji męskości. (Ale wizja kobiecości trochę ewoluowała - bohaterki nie są już tylko projekcjami samczej fantazji. Nadal bardzo dużo miejsca poświęca się ich piersiom, ale mają charaktery, coś do powiedzenia, moc sprawczą). Niezmiennie nie znoszę głównego bohatera i byłabym wdzięczna, gdyby autor go w końcu zmienił. Mam już zupełnie dosyć motywu warszawki i tamtejszych papierowych postaci. I tak dalej. Wzgórze psów jest też ZDECYDOWANIE za długie, przegadane. Autor i redaktor nie do końca zapanowali nad tą rozrośniętą ponad miarę materią - zdarzają się nieścisłości, a planowane fabularne bomby okazują się niewypałami, bo są dla czytelnika łatwe do przewidzenia już kilkadziesiąt (albo i kilkaset) stron wcześniej. Rozważania o naturze zła i sensie sprawiedliwości wypadają raczej blado. To jest zresztą mój główny problem z Żulczykiem - że on się nie chce zgodzić na pozycję pisarza rozrywkowego i próbuje snuć szersze refleksje nad tożsamością, (bez)sensem życia, miłością, bla bla bla. Za każdym razem wychodzi z tego pretensjonalne, banalne gówno. Podoba mi się za to Zybork, jego mitologiczna złowieszczość. Podoba mi się, że Żulczyk (i jego męczący bohater) potrafią patrzeć na małe miasteczko bez poczucia wyższości, a prowincja nie równa się rezerwat. Fajne są ta bardzo filmowa struktura i chwyt z prowadzeniem narracji z perspektywy różnych postaci. Całkiem się też Wzgórze broni jako fabuła - zdarzało mi się zgrzytać zębami z irytacji, ale raczej się nie nudziłam. Może gdyby było o połowę cieńsze, nie miałabym nawet poczucia zmarnowanego czasu.
Małe miasto, hermetyczna społeczność i kara za zło.
Proza Żulczyka to zupełnie nie mój klimat i to nie powinno mi się podobać. A jednak. Jednak jestem zachwycona. U autora wszystko jest wręcz boleśnie autentyczne. Czytając, miałam wrażenie, że siedzę w głowach bohaterów. To nie było przyjemne, bo Żulczyk nie opisuje szczęśliwych ludzi. Nie znajdziecie tu sielskiego klimatu małego miasteczka, nie uświadczycie radości, ani beztroski. Tutaj zło naprawia się złem. Najlepiej od razu. Tutaj brud przykrywa wszystko, co jasne. Tutaj słońce nigdy nie ogrzewa zmarzniętych serc.
To była fascynująca powieść, z której nie da się wyjść po przeczytaniu ostatniego akapitu. W Zyborku się zostaje. Inaczej się nie da.
Jakub Żulczyk znów stworzył realną aż do bólu historię, tym razem nie o Krakowie czy Warszawie, ale o naszej pięknej polskiej prowincji - brudnej i będącej siedliskiem zła. Myślicie, że to kłamstwo? Takie miejsca istnieją naprawdę. I o tym pisze Żulczyk. A przy okazji o tym, jak powstaje zło, o zataczającej koło historii i o naszym przeznaczeniu. Mocna i warta lektury pozycja. Najlepsza do tej pory jeśli chodzi o prozę Żulczyka.
Co mi się podobało? Klimat wspomnień z czasów młodości (jeśli dorastało się w latach 90., jak bohater to bardzo pomaga w zanurzeniu się w historii), smutek za tym, co minęło, portrety psychologiczne bohaterów (ich irracjonalizm jest taki prawdziwy – Żulczyk umie w psyche, także tę kobiecą, bardzo, czym nokautuje mizogina Twardocha) i 2/3 fabuły. Bo niestety rozwiązanie całej naprawdę trzymającej w napięciu intrygi jest dla mnie naciągane i nieprawdopodobne. To podobnie jak z "Belfrem 2" do którego Żulczyk napisał sceriusz. Też końcówka była masakryczna. Ale mimo to daję 4 gwiazdki, bo autor utrzymał moją uwagę przez prawie 800 stron.
Z tej książki bije stęchlizną, duchotą domków kempingowych na początku sezonu. Podczas czytania czuje się ucisk w piersi. Jakby ktoś tam usiadł i z całej siły próbował zatrzymać nas na miejscu. Ta powieść wchodzi w człowieka, „wchodzi do środka przez usta, nos, uszy i oczy.” Nie mogłam czytać tej książki długo, musiałam sobie robić przerwy na złapanie oddechu, na sprawdzenie czy świat nie zmienił barwy na czarną. W okolicach 700. strony nie chciałam jej już odkładać, chciałam jak najszybciej skończyć i wydostać się z Zyborka.
Jeszcze nie teraz, nie od razu, ale pewnie całkiem niedługo, z pewnością sięgnę po inne książki Żulczyka.
Słuchałam tej książki co najmniej pół roku. Do połowy książki nie miałam pojęcia o czym tak naprawdę jest. Najwyższy poziom wodolejstwa i rozrzedzenia fabuły. W zasadzie 10h przed końcem wciągnęło mnie na chwilę, że doczytałam w tydzień. Niektóre książki stanowią próbę charakteru - to jest jedna z nich. Ach i zapomniałabym: ani to to bawi, ani to to uczy, ani nie rozwija. Czasem zawstydza, bo poziom wulgarności może zaskakiwać.
Якось до хріна всього одразу, а катарсис не настане (але, можливо, в цьому і був задум щоб залишилися питання. А от оце саме педалювання на тому, щоб залишилися, як раз і не сподобалось). Ну і під кінець втомилася від героїв, хоча початок міцний, а текст щільний і віриш усьому як дитина.
Можливо колись серіал подивлюся, але точно не зараз.
Dzyndzałki western! Hesus! To uczucie zażenowania przy lekturze Żulczyka towarzyszy mi od jego pierwszej powieści. Ale przychodzi moment, że po drugiej (Ślepnąc od świateł), czy w końcu trzeciej (Wzgórze psów), które przeczytałem, nabieram pewności, że to nie mogą być już juwenilia, ale po prostu taki styl. Tym bardziej, że w zasadzie każda z jego książek, które przeczytałem, jest kolejną odmianą poprzedniej - takie same: mężczyźni, kobiety, prowincja, warszawka, szpagaty intelektualne w postaci wyszukanych metafor („Ciemność jest entropią” (sic!) :))) i inne litanie do ciemności) czy grubą kreską kreślone gusta literackie czy muzyczne postaci - wszystko płaskie, sztampowe i dla mnie zupełnie obojętne. Nieporadnie kreślone schematyczne światy, nie przekonywające, jak reklamy w telewizji, czy teksty piosenek Marysi Peszek. Nie mogę nominować nawet do kategorii porywającego mózgotrzepa. Z drugiej strony lepsze niż nieszczęsna "Czarna Madonna" Mroza.
Chryste panie, dawno się tak nie zmęczyłem. 860 stron, a fabuły ledwo starcza na 200. Kręci się to w kółko, przez większość czasu nic się nie dzieje, a do tego jest to strasznie chaotycznie napisane, jeszcze bardziej „przefajnowanym” językiem niż w innych książkach Żulczyka. Do tego bawi mnie nieumiejętność autora do napisania jednego normalnego dialogu. Większość z nich można streścić w ten sposób: - Ty chuju! - Ty szmato! - Ruchałeś się z moją starą! - A ty jesteś cwel!
DNF, okrutnie to jest rozwleczone i nieskładne, zmęczyłem połowę, ale już dalej naprawdę szkoda czasu. A jeśli druga połowa jest lepsza, to trzeba było się streszczać trochę Panie Żulczyku
Na początku myślałem że dam pięć gwiazdek, w środku że cztery, na końcu wyszło iż tylko trzy. Dlaczego w Polsce nie może powstać dobry kryminał, tylko produkowane są taśmowo jakieś pretensjonalne, zagmatwane, rozwleczone naśladownictwa bez krzty poczucia humoru, bez bohaterów o których losem możemy autentycznie się przejmować? I z motywacjami które da się zrozumieć? Klątwa, przekleństwo - rzeczywiście czasami czyjeś życie wygląda jakby wisiało nad nim fatum, ale nie ma przed nim obrony jeżeli się robi wszystko aby się dopełniło. Ale i tak lepsze od Katarzyny Bondy - co nie jest wielkim komplementem :)
4,5 - nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak "Informacja Zwrotna" czy "Czarne słońce", moim zdaniem momentami nieco przegadana, spokojnie mogłaby być o 100-200 stron krótsza i wiele by na tym nie straciła, aczkolwiek to nadal świetna literatura. ❤️