Zbiór reportaży powstałych w wyniku podróży po południowych republikach Związku Radzieckiego. Autor opisuje życie codzienne w Armenii, Azerbejdżanie, Gruzji, Tadżykistanie, Turkmenii, Uzbekistanie, pokazuje jak przemysłowo techniczna nowoczesność miesza się w tych regionach z tradycją religijną i kulturową, jaki ma to wpływ na obyczajowość społeczną, na mentalność społeczeństw i jednostek. Część zawartych w tych reportażach spostrzeżeń i obserwacji Kapuściński wykorzystał, pisząc po latach głośne Imperium, czyli rzecz o rozpadzie ZSRR. Kirgiz schodzi z konia to jedna z pierwszych książek Ryszarda Kapuścińskiego, która ukazała się w 1968 roku.
Ryszard Kapuściński debuted as a poet in Dziś i jutro at the age of 17 and has been a journalist, writer, and publicist. In 1964 he was appointed to the Polish Press Agency and began traveling around the developing world and reporting on wars, coups and revolutions in Asia, the Americas, and Europe; he lived through twenty-seven revolutions and coups, was jailed forty times, and survived four death sentences. During some of this time he also worked for the Polish Secret Service, although little is known of his role.
Książka dobra,jak chyba każde dzieło Kapuścinskiego, jej fragmenty występują w późniejszej książce "Imperium". Trudno jednak nie zauważyć faktu, że wszechobecna jest cenzura..Brak jest typowego dla Kapuścińskiego sarkazmu, brak krytyki ustroju. Każda opisywana republika radziecka jest przykładem sukcesu i szczęśliwości..To czyni książkę dość nierealną i powierzchowną
კაპუშცინსკის ეს ერთ-ერთი პირველი წიგნი ჯერ კიდევ გაგანია საბჭოთა რესპუბლიკების რეპორტაჟული აღწერაა. მათ შორის საქართველოსიც - თავისი სუფრებით, სტუმართმოყვარეობით, ფიროსმანითა და ერთი დღევანდელობისთვის უკვე ირონიული ფრაზით: "ქართველს არაფერი აქვს საერთო მსოფლიო მოქალაქესთან, იგი არც თუ ისე დიდი სიამოვნებით მიდის საზღვარგარეთ და იშვიათად რომ სხვა ქვეყანაში დასახლდეს".
და ზოგადად ძალიან კარგი რეპორტაჟული სტილი აქვს კაპუშცინსკის. ზუსტად იჭერს დეტალებს და მიუხედავად იმისა, რომ ბევრი წელია გასული ამ ქვეყნების აღწერიდან, მაინც არაა ბევრი არაფერი შეცვლილი.
ძალიან კარგი წიგნია! მიმუშავია ყირგიზეთსა და ყაზახეთში და, უნდა აღვნიშნო, რომ საკმაოდ რთული ხალხია სამუშაოდ, განსაკუთრებით ყირგიზეთში. როცა ვკითხულობდი ამ ხალხის ერად ჩამოყალიბების ამბებსა და კულტურის თავისებურებებს, ავტორისეული დაკვირვებები ჩემთვის ძალიან ბევრის მთქმელი იყო. ხშირად მიწევს ხოლმე ამის გამეორება და ახლაც იგივეს ვიტყვი: ჩვენი სამეზობლო არაა მხოლოდ სომხეთი, აზერბაიჯანი, უკრაინა, რუსეთი და თრქეთ. არც მხოლოდ აღმოსავლეთ ევროპა. ჩვენი სამეზობლოა ეს რეგიონიც: ყირგიზეთი, თურქმენეთ, ყაზახეთ, უზბეკეთი, ავღანეთ, ტაჯიკეთი, ირანი. და, სამწუხაროდ, ჩვენ ისე ვიზრდებით, რომ ამ ქვეყნების ჩამოყალიბების, ისტორიის, ერის, მითების, ტრადიციების შესახებ არაფერი ვიცით. არავინ გვასწავლის არც სკოლაში და არც მის შემდეგ. სწორედ ასეთ წიგნებია საჭირო, რომ წავიკითხოთ და გავიცნოთ ეს ხალხები და ეს რეგიონი. ვისაც არ წაგიკითხავთ, გირჩევთ, თქვენს to read ლისტში ჩასვათ ეს წიგნი.
„Erewan jest w Związku Radzieckim, obok Leningradu i Nowosybirska, ośrodkiem najbardziej nowoczesnych przemysłów” – umówmy się, książka nie jest najnowsza. Jeśli wierzyć Wikipedii, to pierwsze wydanie pochodzi z 1968 r., a powstało w wyniku podróży autora do siedmiu ówczesnych azjatyckich i zakaukaskich republik. Jednak mimo że da się odczuć ducha poprzedniego ustroju w rozmowach z miejscowymi o dobrobycie wynikającym np. z faktu posiadania telewizora, to przecież do dziś zachwycamy się chociażby architekturą Samarkandy. Co dalej?
Na pierwszy ogień idzie Gruzja. Kto chciałby poczytać o roli biesiady i rozbudowanych toastów w kulturze gruzińskiej, ten znajdzie dość szczegółowe opisy. Kapuściński podkreśla, że „stół nie jest dla kobiet”, co dziś mogło już ulec drobnej dezaktualizacji, zważywszy na relacje m.in. polskich blogerów. A może to fasada otwartości stworzona z myślą o zagranicznych turystach? Czytelnik może również poznać pewien dawny gruziński zwyczaj, zgodnie z którym wraz z pojawieniem się kobiety na polu walki… ustawała bitwa. Nie są to informacje szczególnie odkrywcze dla osób faktycznie zainteresowanych tym krajem, ale na przełomie lat 60./70. nie musiały być wiedzą powszechną.
Kapuściński spotyka się z przedstawicielami politycznych i artystycznych elit całego regionu, co w zasadzie nie powinno budzić zdziwienia, skoro podróżował w charakterze reportera PAP-u. Właściwie można odnieść wrażenie, że Kaukaz to źródło światowego wszystkiego, od sztuki po naukę. „Jesteśmy w tej części świata, którą przywykło się nazywać kolebką ludzkości”, przypomina.
Będąc w Armenii, sporo uwagi poświęca sztuce uprawianej przez kopistów i podkreśla, że „wiele dzieł starożytnej literatury ocalało dla literatury światowej tylko dzięki temu, że zachowały się one w ormiańskich przekładach”. Wyjaśnia skąd u Ormian zamiłowanie do symboli – narodowość ponad państwowością, stale zagrożoną przez największe mocarstwa ubiegłych wieków. Jako ciekawostkę napomyka, że kiedy Lwów znajdował się w granicach Polski, istniała tam duża ormiańska drukarnia oraz wspaniały zbiór ormiańskich manuskryptów. Nie brakuje wzmianki o Mesropie Masztocu, któremu Ormianie zawdzięczają alfabet czy o człowieku zwanym Owanes Mankaszarenc, który w XV wieku miał przepisać 132 księgi… prawdziwą perłą dla miłośników zabytkowych księgozbiorów będzie muzeum Matenadaran. Miejsce, w którym są przechowywane księgi tak stare, że sami Ormianie ledwo potrafią odczytać zapisany w nich tekst, ale niekoniecznie go rozumieją. Cytując autora, dopiszę, że: „Ormianin wchodzi do Matenadaranu jak muzułmanin do Mekki”. Bo niemała część tych manuskryptów przetrwała za cenę ludzkiego życia. Ponadto dla osób rozważających wycieczkę do Armenii i biorących pod uwagę wizyty w obiektach o znaczeniu religijnym bez wątpienia interesującą propozycją okaże się Eczmiadzyn (dzisiaj: Wagharszapat), określony przez Kapuścińskiego mianem ormiańskiego Watykanu.
Ogromne pole do refleksji nt. różnic w warunkach bytowych ludzi na świecie dają porównania regionów. „Nasza Blachówka, najwyżej położona wieś polska, leży na wysokości 1000 m. Otóż 1000 m jest uważane w Armenii za nizinę. 90 procent obszaru republiki leży powyżej 1000 m. Powyżej 1000 m żyje ponad połowa mieszkańców Armenii”. I choć dzisiaj to nie Blachówka, a wieś Ząb w powiecie tatrzańskim jest uważana za położoną najwyżej, to liczby nadal działają na wyobraźnię.
Docieramy do Baku, stolicy Azerbejdżanu. Przeciwnikom biorezonansu i pozostałych metod tzw. medycyny alternatywnej od razu uruchomi się czerwona lampka, albowiem jesteśmy świadkami działalności gabinetu fitoterapii przy Bulwarze Nafciarzy, gdzie prof. Gasanow oraz niejaka Gulnara Guseinowa, studentka medycyny, leczą ludzi kwiatami. I tak, sklerotyk wącha liście laurowe, a osoba z nadciśnieniem zanurza nos w geraniach.
Samo Baku, jak to Baku – miasto ropy; poznajemy związane z nim legendy, a Kapuściński powołuje się w związku z nimi na „traktaty perskie” z XIII wieku, takie jak np. Adżaib-ad-Dunia (ciekawe jak do nich dotarł?). Czytamy o historiach bajecznie bogatych naftowych magnatów, którzy kontrolowali miasto i oczywiście rywalizowali między sobą o wpływy w kulturowym kotle. Akcentem, jaki może nieco podbudować nam ego jest moment wejścia Kapuścińskiego w towarzystwie lokalnego przewodnika do lokalu gastronomicznego, gdzie brakuje już wolnych stolików, a mimo to dla Polaka niespodziewanie znajduje się miejsce.
Małą zagadką jest dla mnie wątek azerskiego sekretarza partii komunistycznej, umierającego w przeddzień spotkania z autorem książki. Szichali Kurbanow miał odejść z powodu zastrzyku ze streptomycyny u dentysty, co brzmi trochę jak legenda. W polskojęzycznej wyszukiwarce o Kurbanowie praktycznie ni widu, ni słychu, natomiast rosyjskojęzyczna strona na Wikipedii wspomina o nim, że oprócz pełnienia funkcji sekretarza był pisarzem i że zmarł w 1967 r. Źródła o Kapuścińskim natomiast twierdzą, że odbył podróż w związku z książką wiosną tego samego roku. Rosyjskojęzyczna strona na Wikipedii jako przyczynę śmierci Kurbanowa podaje zatrucie cyjanowodorem, który, o ile mi wiadomo, nie ma bezpośredniego związku ze streptomycyną. Jestem tylko filologiem, nie historykiem – jest to dla mnie natomiast rzecz, którą można określić przynajmniej mianem ciekawostki.
W Azerbejdżanie końca lat 60. wyraźnie odczuwa się kult uczonych, przekonuje nas Kapuściński. Od taksówkarza po premiera, wszyscy latają z wyższym wykształceniem. I nie z laurką wydziału polonistyki, ale z dyplomem politechniki (kierowca Kapuścińskiego w przerwach między wożeniem pasażerów czyta sobie np. podręcznik mechaniki ustrojów prętowych). Bo tu uczonych się słucha, uczonym się ustępuje miejsca w kolejce. Tutaj tytuł ma wagę. I już zaczynam czuć, skąd u naszych rodziców urodzonych w latach 70./80. ten popęd do gnania wszystkich na studia. Kiedyś może to rzeczywiście był prestiż. Dzisiaj mamy raczej zwrot w drugą stronę, doskwiera nam brak fachowców praktycznych zawodów. Nie będzie zaskoczeniem to, że wiele osób nosi imiona o znaczeniu „wiosna” czy „kwiat”, jak to w kulturach Azji bywa, ale zdarzają się też bardziej nieoczywiste, jak np. „lemoniada”, a nawet… „traktor” czy „oddział finansowy”. Na pewno robi wrażenie ilość wyznań, wierzeń i religii, o których wspomina autor. Matazylici, batynici, izmailici, mazdakowie, monofizyci, czciciele ognia, bektaszyci, nugdawidzi, hurramici... i to wszystko w czasach bez internetu, kiedy najwięcej dowiedzieć się można było z rozmów, literatury, prasy... „czytam Szkice z historii i filozofii Azerbejdżanu”, wspomina Kapuściński.
Zachwyciła mnie relacja z tkalni dywanów w Turkmenii (dzisiejszym Turkmenistanie), gdzie nawet damy polityki, deputowana do Rady Najwyższej ZSRR oraz deputowana do Rady Najwyższej Turkmeńskiej SRR siedzą i w milczeniu wielkiej hali ręcznie zaplatają węzły wspaniałych dywanów. Ponadto autor reportaży podziwia miejscową plantację bawełny wraz z kołchozem „Moskwa”, a także składa wizytę ministrowi rolnictwa Turkmenii, Sachadowi Muradowi. Panowie prowadzą pogawędkę o lokalnych hodowlach wielbłądów. Z lektury dowiadujemy się, że miały być one likwidowane na terenie republiki, a tymczasem hodowla jest rozwijana, ponieważ wielbłąd znakomicie ułatwia, a w zasadzie w ogóle umożliwia transport na pustyni, np. Kara-kum (nazwa ta ma oznaczać „czarne piaski”). Jako ciekawostkę dodam, że do dziś np. w sklepach ze wschodnimi delikatesami można zakupić ukraińskie cukierki na wagę o tej samej nazwie od firmy Roshen, w czarnych papierkach z wizerunkami wielbłądów właśnie.
Jeśli chodzi o Tadżykistan, to mamy przed sobą kolejną zagadkę, bo znów – o Amindżonie Szukuchim ani śladu w polskojęzycznej wyszukiwarce. Można odnieść wrażenie, że nasza narodowa świadomość zbiorowa odcięła się nie tylko od Związku Radzieckiego, ale też od bogactwa wszystkich republik, które z czasem stały się osobnymi państwami. Kto wie, czy dziś taki Tadżykistan nie jest dla nas bardziej egzotyczny, niż Egipt. Spacerując ulicami Duszanbe, stolicy republiki, odnajdujemy razem z Kapuścińskim park Rudaki, nazwany na cześć największego tadżyckiego poety, któremu przypisuje się napisanie ponad miliona tekstów. Do poety przyznają się również Persowie i Afgańczycy. A sama nazwa stolicy oznacza „poniedziałek”, dlatego że właśnie tego dnia do miasta miały docierać karawany z Buchary. Co więcej, Kapuściński spotyka się z człowiekiem o imieniu Gani Abdullo, jaki zostaje przedstawiony w charakterze przyjaciela Bruno Jasieńskiego. Gani jest autorem sztuki „My z Dachu Świata”, w której tło muzyczne stanowią utwory Szopena. „Bruno Jasieński i Czesław Putowski, ludzie, którzy oddali życie za Tadżykistan”, grzmi Kapuściński ze stron swojej książki. I nasuwa się refleksja: ile o krajach tego regionu wiemy?
Autor nieustannie zresztą próbuje dociec, skąd pochodzą poszczególne narody, poznaje też ich lokalne wierzenia. W przypadku Kirgizów przekonuje, że jest wśród nich szeroko rozpowszechniony szamanizm, a każdy szaman ma swoją specjalizację i wróży z innego materiału, ktoś z kamieni, a ktoś z baranich łopatek... twierdzi też, że w piciu wódki Kirgizi przewyższają Rosjan. I opisuje kirgiski zwyczaj ucztowania – zarżnięcie barana, spożycie jego mózgu przez gościa, a następnie oka, które rozmiarem przypomina śliwkę. W ten sposób mają się zawiązywać braterskie relacje. Oprócz miejscowych tradycji poznajemy przebieg budowy elektrowni w kanionie rzeki Syr-darii (Naryn). Okazuje się, że robotnicy przeszli szkolenie alpinistyczne, żeby móc tu pracować. Kapuściński stwierdza smutno, że za jakiś czas nikt nie będzie miał nawet pojęcia o tym, za jaką cenę powstała tu elektrownia. Warunki pracy są niesamowicie trudne. W porównaniu z wcześniejszymi rozdziałami, ten poświęcony republice Kirgizji jest bardzo drobny.
Pora na ostatnią republikę regionu, Uzbekistan. Znajdujemy się w Bucharze i podziwiamy meczet Bala Chauz, albo Bolo Hauz (funkcjonują różne wersje zapisu; pierwsza to oryginalna z książki Kapuścińskiego, druga zdaje się być bardziej nam współczesna). Jest to zabytek o tyle wyjątkowy, że do jego budowy wykorzystano drewniane ornamenty, raczej rzadkie w przypadku kamiennej i gliniastej architektury muzułmańskiej. W środku ludzie grają w bilard, ale z zewnątrz popijają herbatę w czajchanach, patrząc w stronę meczetu. Jest coś wzruszającego w tym, że milcząca obecność miejscowych sprawia, że Kapuściński chce się z nimi przywitać i okazać im szacunek. Zauważa człowieka w człowieku. Skoro o tym mowa, to przy okazji autor poświęca sporo uwagi Timurowi/Tamerlanowi. Można byłoby go nazwać szaleńcem, a gdybyśmy mieli go diagnozować, pewnie stwierdzilibyśmy, że cierpiał na ostrą postać choroby dwubiegunowej. Z ogromną zaciekłością mordował ludność podbitych ziem, ale z taką samą pasją dbał o najmniejsze detale zdobytego i ukochanego miasta, Samarkandy. Kapuściński widzi w nim tego, kto wyznacza swoim istnieniem granice ludzkiej natury – człowieka, który żyje siłą kreacji zachwycającego piękna, a jednocześnie nie może istnieć bez potęgi przerażającego zniszczenia.
Taszkient opisano zdawkowo, ledwie na dwóch stronach małej książki, może nawet nie. Nasza uwaga zostaje skierowana w stronę obecnych tam portów i dźwigów. Kapuściński zauważa, że jest to dobrze skomunikowane miasto, rozwijające się mimo przywiązania do tradycji, przepełnione przyjazną atmosferą. Im bliżej końca zapisków, tym rozdziały są krótsze. Ma się wrażenie, że autor odczuwa już przytłoczenie podróżą i jest zwyczajnie zmęczony.
Na koniec Kapuściński wdaje się w spór ze swoim uzbeckim przewodnikiem, Erkinem. Ten twierdzi, że prorok Mahomet nie istniał... tymczasem autor reportażu powołuje się na szereg świadectw i fragmentów Koranu, celem udowodnienia jego istnienia. Jesteśmy świadkami ciekawej perspektywy, gdzie to katolik w pewnym sensie staje w obronie muzułmańskiego proroka. Nie trzeba specjalnie podkreślać, że erudycja Kapuścińskiego robi wrażenie.
Sposób pisania imponuje swoim zaangażowaniem w istotę podróży. Polega na zgłębianiu tajemnic kultury i codzienności miejscowych. A przy tym doskonale widoczne jest zachowanie poszanowania dla odmienności, mimo bycia świadomym ograniczeń związanych z absurdalnością Związku Radzieckiego (będąc w tunelu, ramię w ramię z górnikami w Azerbejdżanie Kapuściński np. słyszy, że jeden z nich ma już telewizor, więc jest to sugestia, że dobrze mu się żyje... i przewodnik z uprzejmym uśmiechem podpytuje, czy ta informacja już wystarczy...). Nie ma przesadnego dramatyzmu, nie ma szukania na siłę najciemniejszych zakątków przestępczego świata, byle tylko sprzedać swój materiał. Jest natomiast zwiedzanie, opisywanie, przyglądanie się, poznawanie. Może jestem zbyt przeładowana rolkami, shortsami i tego typu formami, stąd książka wydaje mi się bardziej „spokojną przejażdżką” niż sensacją, a może dziś już tak się nie podróżuje, a przynajmniej nie tak się o tym pisze. Zdecydowanie warto przeczytać, aby zachwycić się m.in. Wardzią, pionowym gruzińskim miastem z XII wieku, wykutym w skale jak buddyjski monastyr albo żeby pożałować losu jedynych w swoim rodzaju fresków ze Sweti-Cchoweli. Nie jest to oczywiście najbardziej aktualna rzecz o temacie, kilka nazw czy drobnych faktów uległo zmianie, niemniej publikacja nadal może stanowić bazę dla dalszego zgłębiania tematu i pozwala uzyskać podgląd na piękny, bogaty kulturowo region o pasjonującej historii.
ვისაც აინტერესებს საბჭოთა ეპოქის საქართველო, სომხეთი, აზერბაიჯანი, თურქმენეთი, ტაჯიკეთი და ყირგიზეთი, ეს წიგნიც მათთვისაა. აქ შეხვდებით კოლმეურნეებს, თვაჯდომარეებს, დირექტორებს და თვით ამხანაგ საბავშვო ბაღის გამგესაც კი. ნახავს, თუ როგორ აშენდა და გაიფურჩქნა ოქტომბრის რევოლუციის შემდეგ ეს ქვეყნები.
Zbiór reportaży z sześciu republik byłego ZSRR jest dla mnie bardzo przydatne - w końcu przybliżyły mi temat różnic między narodami w tym regionie świata i pokrótce opowiedziały historie, które Kapuściński świetnie redaguje przez co czyta się je bardzo lekko. Z drugiej jednak strony jest to swojego rodzaju laurka dla ZSRR. Dobrem jest w zasadzie wszystko - kołchozy, rządy jakie zaprowadzili, uprzemysłowienie czy porządek. Rewolucja październikowa jest traktowana w tej książce na równi z granicą P. N. E. i N. E. u katolików. Czas dzieli się na ten przed i po rewolucji bolszewickiej, oczywiście jednoznacznie sugerując, że czas przed był czasem straconym na wiele różnych sposobów. Nie podoba mi się to po prostu i te fragmenty brzmią jak wymuszone przez cenzurę, brak im bezstronności i są nasycone propagandą. Muszę też przyznać, że książkę przeczytałem tylko dlatego, że zauważyłem świetnie oceniana książkę Buran. Kirgiz wraca na koń Góreckiego. No cóż, myślę, że przy opinii tej drugiej wszystko może być jasne.
Nie jest to jakieś obszerne kompendium wiedzy na temat krajów Kaukazu Południowego i Azji Środkowej, bo cała książka (wydanie z 1968 roku) ma zaledwie 140 stron. Kazachstan w ogóle nie jest wspomniany w książce a tytułowy rozdział „Kirgiz schodzi z konia” ma zaledwie 6 stron. Mimo wszystko trzeba wziąć pod uwagę, że jest to książka napisana w czasach, w których obowiązywała duża cenzura i wielu rzeczy nie można było mówić wprost i prawdopodobnie wiele zdań zostało z tej książki usuniętych. Nie wiem czy późniejsze wydania po 1989 roku miały więcej stron. Jednak pomimo pozornie małych rozmiarów książka ma w sobie sporo treści i ciekawostek (nawet dla mnie po 3 latach studiów wschodoznawczych). Moim zdaniem warto przeczytać jako uzupełnienie do innej literatury reportażowej tego obszaru.
Po tych wszystkich latach już bardzo trąci myszką. Ciężko złapać kontakt z narracją, opisywane czasy są odległe i niestety opowieści mało uniwersalne. Oczekiwałam, że dostanę albo opowieść o tym, jak było w tamtych czasach albo bardziej ponadczasową refleksję na temat natury opisywanych narodów, ale ani jedno, ani drugie się nie udało. Całość jest po prostu bardzo powierzchowna. Szkoda.
Pozycja strasznie powierzchowna. Warto podkreślić fakt, iż jest to jedno z pierwszych dzieł Kapuścińskiego wydane końcówką lat 60. Tym samym brakuje tu tego charakterystycznego stylu, przepełnionego humorem i wyjątkowymi przemyśleniami. Potęguje to jeszcze szeroka cenzura, która z pewnością wpłynęła na jeszcze wtedy młodego Kapuścińskiego
Tytuł mnie zmylił, liczyłem na więcej miejsca poświęconego Kirgizji Mimo to książka dobrze oddaje tamtejszy klimat i zachęca do odwiedzenia, zobaczenia jak udała się ta radziecka modernizacja tamtych regionów
Z każdego zdania w tej książce można się dowiedzieć wielu intrygujących rzeczy. Powinna być wzorem pisania podręczników. Krótko, ale przystępnie; w fascynujący sposób, stosunkowo prostym językiem, co jest kolejnym atutem. Jeden z moich ulubionych tomów reportaży nie tylko, jeśli chodzi o twórczość Kapuścińskiego, ale też ogólnie: biorąc pod uwagę polską literaturę non-fiction.
Book on Kapuściński's journeys to Armenia, Uzbekistan, Georgia showing everyday life and how tradition and technical modernity cooperate. One of the first books of Ryszard Kapuściński. Part of this reportages were used later during writing Imperium.