Początek jak z "Narrenturm" Sapkowskiego: przydybany młody kochanek zwiewa przed mścicielami pohańbionej cnoty, tu akurat po dachach. Chroni się na przypadkowym poddaszu, gdzie natrafia na... pracownię alchemika. W zakorkowanej flaszce, którą przypadkiem rozbija, siedział Asmodeusz, jeden z pomniejszych diabłów. Wdzięczny za uwolnienie, proponuje młodzieńcowi przegląd madryckich domów (dla bezpieczeństwa Lesage przeniósł akcję do Hiszpanii, by nie podrażnić francuskiej publiki) i poczynań ich mieszkańców.
Zaglądają do kamienic, więzienia, domu dla obłąkanych, asystują wykupionym z niewoli przez zakon redemptorystów powracającym z Afryki, na dwór królewski. O każdym kulawy Asmodeusz ma coś do powiedzenia, a przed czytelnikami przesuwa się kalejdoskop postaci.
Zwykle o jednym człowieku diabeł opowiada jednym zdaniem lub krótkim akapitem, toteż jest ich od groma i nie chodzi chyba o to, by je zapamiętać wszystkie. To trochę tak, jakbyś siadł na ławce na deptaku i pokazywał palcem przechodzących i dostawał o każdym pojedyncze, wyrwane z kontekstu fakty. Trafia się również kilka dłuższych
opowiastek, niezbyt oryginalnych. To zwykle historie miłosne pełne niezwykłych zbiegów okoliczności.
Forma literacka oryginalna, przypomina jakby notatnik pisarski, pomysły ledwo rzucane na papier, często bez pointy i nagle urwane.
Całość rozgrywa się w jedną noc. Diabeł jest tu sympatyczny i pomaga młodzieńcowi zyskać bogatą żonę wyżej od niego urodzoną.
Trzy gwiazdki, bo trochę to jednak nudne...