Sama nie wiem, co myśleć. Mam wrażenie, że w tej książce było za dużo wszystkiego - poziom przedramatyzowania tej historii jest wręcz absurdalny - a z drugiej strony wcale nie jest tak skomplikowana, jak chciałaby być. To po prostu historia o nietypowym rodzeństwie i nietypowych matkach, które wykiwane przez tego samego mężczyznę postanowiły wychować swoje dzieci wspólnymi siłami. Dzieci dorastają, układają sobie życie i nagle jedno z tych nich (Edda) znika bez śladu, a drugie (Einar) jej szuka. Na tym opiera się fabuła. Dużą część książki stanowią jednak retrospekcje, z których poznajemy tę dziwną rodzinę "od kuchni".
Od samego początku przeszkadzało mi skakanie po narracjach - zaczyna się od pierwszoosobowej narracji Eddy, potem mamy trzecioosobową narrację personalną skupioną na Einarze, a potem nagle znowu pierwszoosobową z perspektywy jego matki, Ragnheidur, tylko po to żeby zaraz pojawiła się trzecioosobowa obiektywna na zasadzie retrospekcji. Ta niespójność była zabiegiem celowym, zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem zupełnie niepotrzebnym.
Bohaterów trudno polubić, bo wszyscy są denerwujący i szarzy, co jeszcze jestem w stanie przeboleć, bo poniekąd zgadza się to z tłem, jakie stworzyła dla nich autorka. Jednak nie jestem w stanie wybaczyć tego, jak słabo zrealizowany został temat, do którego pije sam tytuł. Ciągle przewijał się przez książkę ten bełkot o słowach i ich wartości, ale ostatecznie do niczego głębszego nie prowadził. Zagadnienie świata bez pisma zostało sprowadzone do kilku rozdziałów, bo większość tej historii to wciąż dramy rodzinne.
Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej mam ochotę napisać: jej jedyną mocną stroną jest pióro autorki. Nie jest prawdą to, że nie ma ona innych zalet, bo momentami naprawdę czułam się w tę historię zaangażowana, ale po skończeniu ostatniego rozdziału, czułam jedynie ulgę. Nie mam żadnych refleksji, co najwyżej jestem lekko obrzydzona opowieścią Einara o jego ojcu. Zawiodłam się.