Od początku swojego życia funkcjonujemy wśród słów. To one nas stwarzają i kształtują, kiedy jesteśmy małymi i większymi dziećmi - istotami najbardziej wrażliwymi i bezbronnymi wobec przekazu ze strony rodziców, dziadków, opiekunów w przedszkolu i szkole. Słowa nadają nam tożsamość, słowami jesteśmy ubierani albo w siłę i poczucie własnej wartości, albo w oczekiwania społeczne, które wynikają z lęku, unieruchamiają. Słowa tworzą wzorce myślenia i działania, z którymi każdy z nas nieświadomie idzie przez życie.
Takie słowa są jak zaklęcia. Mogą odebrać głos, bo "dzieci i ryby głosu nie mają". Mogą zamrozić emocje, bo "chłopaki nie płaczą". Mogą zasłonić potrzeby - "nie rób kłopotu". Mogą zabrać odwagę wyrażania siebie, gdy wciąż słychać "nie wydziwiaj". Mogą uśpić w nas życie na długie lata. Na szczęście wobec tych słów-zaklęć nie jesteśmy bezbronni. Uświadomiwszy sobie, które fatalne sformułowanie steruje akurat nami, możemy je z siebie zrzucić, odwołując się do innych, uzdrawiających słów; możemy stworzyć dla siebie nową rzeczywistość i stać się w pełni sobą.
Bo słowa mają moc. Niszczącą lub uzdrawiającą. I tylko od nas ostatecznie zależy, do których się odwołamy.
Temat zdecydowanie ma potencjał, nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim przedstawieniem wychowania i jego wpływu na dziecko. To mi się podobało. Ale dużo mnie też męczyło w tej książce: - Miałam wrażenie, że autorzy dostali wytyczne napisania książki na 400 stron, i lali wodę ile się dało. I tak im nie wyszło, stron jest 375 ;) Naprawdę, czytając niektóre podrozdziały miałam wrażenie że czytam w kółko te same zdania przeformułowane na kanwie innego przykładu o tym samym zjawisku. Jasne, obrazowe i życiowe przedstawienia są na plus, ale ILE MOŻNA. - Z tego też powodu podział rozdziałów na podrozdziały był mało wyrazisty. Nagłówki "dlaczego rodzic tak mówi", "dlaczego zaklęcie nie działa", "jak możesz zdjąć to zaklęcie" są bardzo jasne i odrębne, ale przez to wodolejstwo stawały się mgliste i trochę o tym samym... Książka otwiera oczy na nowy kąt spojrzenia, może również pomóc wielu osobom, z dozą cierpliwości można naprawdę znaleźć w niej punkty warte docenienia. Ale nie jest, niestety, idealna.
Dawno już nie czytałam książek terapeutycznych. Tę powinien przeczytać każdy, kto nie tylko zmagał się w swoim życiu z trudnymi relacjami, ale każdy kto chce stworzyć pozytywną relacje w przyszłości, lub naprawić już istniejące.
Jedyna rzecz jaką mam ochotę powiedzieć po przeczytaniu tej książki- na reszcie to koniec! Nienawidzę porzucać książek gdy przeczytam 50% już ale tutaj czułam że byłam niesamowicie blisko. Jeśli przeczytacie tylko połowę to dużo nie stracicie. Zaczynając tę książkę miałam niesamowicie pozytywne nastawienie, sięgnęłam po nią dzięki poleciu Wici z glow up podcast. Książka dobrze się zapowiadającą, pierwsze rozdziały czytałam z zachwytem. Lubię ten nurt. Potem przeczytałam o hipokryzji autorki i pojawiały mi się zastrzeżenia (pani Agnieszko, znając pani biografie poczułam się strasznie źle i zaczęłam uważać, że treść tej książki nie pasuje do przestrzeni jaką tworzyła pani wokół siebie przez lata). W połowie zaczęłam dostrzegać, że autorzy w wielu miejscach leją wodę, powielają historię i piszą w zapętleniu to samo, zniekształcając wcześniej użyte słowa- co sprawiło że bardzo zniechęciłam się a sama lektura, by móc odpocząć od jej monotonni, zajęła mi ponad miesiąc. Bonusowa gwiazdka jest tylko ze względu na przystępny język i ciekawą intertekstualność.
Sięgnęłam z polecenia. Podobnych tytułów przyswoiłam na pęczki, jednak ta książkę uważam za najlepszą dotychczas. Solidna, konkretna, konsekwentnie realizująca przyjęte ramy, z przykładami. Trochę obawiałam się końcówki patrząc po recenzjach, jednak mimo odmiennych poglądów, odniesienia do Biblii w ogóle mnie nie raziły (a nawet uważam je za trafne i pasujące - wszak można ją interpretować jako dzieło literackie).
Sporo odwołań do Brene Brown, która jest w moich oczach autorytetem omawianych zagadnień.
Uwazam, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a pokolenie dzieci lat 90 na pewno.
Good book, touches a lot of important topics and makes you reflect. Has lot of good examples to. It’s super long though, I barely made it to the end - should be 50% of the length and no book value would be lost.
wspaniała książka zawierająca wiele wartościowych rad, moim zdaniem nie odnosi się tylko do ,,słów rodziców”, lecz także do relacji z przyjaciółmi czy innymi bliższymi
Cenna książka, aby zrozumieć jakie zaklęcie z dzieciństwa może wpływać na nasze dorosłe życie, bardzo polecam wszystkim, którzy są na drodze lepszego zrozumienia siebie. Słuchałam w formie audiobooka na spacerach.
Jak nie jesteś w kryzysie, że trzeba ci powtarzać po wielokroć, na różne sposoby i powtarzać, powtarzać, aż w końcu dotrze, to chcesz, żeby się już skończyła, żeby podawali same przykłady, samo mięso.
No więc nawet pożyteczne, ale stanowczo za długie, za dużo powtórzeń.
Dobra, po kolei. Długo ją czytałam. Skłoniła mnie do głębszej refleksji a to w książkach lubię najbardziej. Nie jest to najprzyjemniejsza literatura po którą można sięgnąć- tak tylko z góry uprzedzam, choć zdecydowanie warto mieć ją w folderze „przeczytane”. Do moich wiernych-dwóch wirtualnych i rzeczywistych przyjaciół, to ta książka, którą wybieram do naszego tegorocznego challenge’u. Chętnie o niej z Wami podyskutuje, nie mogę się doczekać co będziecie mieć do powiedzenia. Mam nadzieję, że każdy wyciągnie z niej coś dla siebie i po lekturze uzna, że było warto.
3,5 gwiazdki. Wynudziłam się trochę, bo większość już wiedziałam, a na końcu niepotrzebnie przeciągnięta, aczkolwiek warto się zapoznać, szczególnie jeśli jest się/ planuje się być rodzicem.
bardzo fajna książka, uświadamia, otwiera oczy i pomaga w zrozumieniu niektórych zachowań u innych jak i naszych własnych. O mocy wypowiadanego słowa i pewnych schematów w które jesteśmy wplątani, nawet nieświadomie.
Mam bardzo mieszane uczucia po tej lekturze. Jest to na pewno coś godnego polecenia... ale trzeba być ostrożnym. Nasze dzieciństwo (piszę to mając 34 lata) odcisnęło swoje piętno na nas, czy nam się to podoba czy nie. Ta książka to raczej spis treści z krótkim zwiastunem i spłaszczonym przypadkiem pacjenta niż poradnik. Owszem, są w niej "antyzaklęcia"... u mnie to zupełnie nie zadziałało.
"Confirmation bias" też odgrywa tutaj swoją rolę. Czytasz rozdział i szukasz czy coś z Twojego dzieciństwa tutaj pasuje. Myślę, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w "Seattle windshield pitting epidemic" - zachęcam do googlowania.
Daję nie mniej niż 3 gwiazdki z 2 powodów: - Nasze dzieciństwo to bardzo ważna rzecz. Nie chcę za bardzo zaniżać średniej oceny książki, która w naszym Polskim społeczeństwie z trudną historią jest bardzo potrzebna. - Ta książka poszerza horyzonty i może pomóc Ci w zrozumieniu siebie.
Natomiast psycholog to rzecz święta. On pomoże Ci przeżyć uczucia z dzieciństwa, np; umiejscowić rodzica w fotelu na terapii (tak na niby) i wykrzyknięcie mu w twarz "mam dość!" To da Ci siłę i uzdrowienie, nie kilka akapitów z książki. Czytelniku... jeśli wahasz się sięgnąć po lekturę czy nie... zrób to! Nie ma sensu czytać od deski do deski. Zacznij rozdział, jeśli nie czujesz, że to co czytasz z Tobą rezonuje to idź do następnego. Szukaj "aha!" i pójdź z tym do psychologa. Odniosę się też do komentarza: https://www.goodreads.com/review/show... I się z nim zgadzam. Wodolejstwo... słowa, opisy, referencje, wspomnienia o Biblii... trochę jakby książka była celem, nie pomoc czytelnikowi.
Pamiętaj, osoba która ma problemy i idzie do psychologa - działa! Coś robi! Radzi sobie! Trzymam za Ciebie kciuki.
Ok, kolejna książka, która skłania do refleksji, pracy nad sobą i szukania korzeni w swoim zachowaniu. Podobały mi się rozdziały o przepraszaniu, wybaczaniu i dziękowaniu, bardzo fajnie rozpisane.
Książka porusza bardzo ważne tematy. Jest dobrze skrojona - czytelny podział na rozdziały, każdy z nich jest stworzony według tego samego schematu, co sprawia, że dobrze się to czyta. Zawiera dużo przykładów z życia. Otwiera oczy, pozwala zajrzec w głąb siebie i zrozumieć skąd mogą brać się niektóre z naszych zachowań.
Jedynym małym minusem może być bardzo duże użycie cytatów z Biblii - wydaje mi się, że niektóre były całkiem niepotrzebne (rozumiem, że wiele z nich miało pełnić funkcję podsumowania, jednak często treśc sama była podsumowaniem, a cytat był po prostu zbędny).
Książka pisana przez panią psycholog z KULU, która kilka lat wstecz prowadziła grupę "Pascha" trudniącą się torturowaniem osób LGBT - terapią konwersyjną. Nie polecam.
Książka, która dosadnie uświadamia moc wypowiadanych słów. W prosty sposób przeprowadza czytelnika przez trudne tematy, ukazując jak duży wpływ na budowanie relacji, na funkcjonowanie w świecie, na wyrażanie siebie, mają słowa wypowiadane podczas wychowania, w tym przypadku przez rodziców. Jako opiekunowie mają najbliższą więź z dzieckiem, to dzięki nim kształtuje się człowiek.
Książka warta przeczytania, aby zrozumieć powielane w dorosłym życiu schematy zachowań. „Uwięzieni”, bo właśnie tak można się czuć, do końca nie wiedzieć dlaczego. Autorzy przytaczają konkretne historie, pokazują jak reakcje rodziców, słowa kierowane do dzieci, wpływają na ich zachowanie, stwarzając wzorce myślenia i działania, z którymi często idą w życie.
Uważam, że książka nie zastąpi terapii, ale jest dobrym narzędziem do pracy nad sobą, do uwolnienia się od działań negatywnie wpływających na dorosłe życie, a mających źródło w wychowaniu. Rozdziały w uporządkowany sposób odnoszą się do konkretnych „zaklęć”, pomagają je zrozumieć, a następnie przedstawiają możliwości ich odrzucenia.
Na plus: książka konkretna, napisana w sposób zrozumiały, na pewno do przeczytania dla każdego, aby przeanalizować, zrozumieć styl swojego zachowania. Znaleźć dobre wzorce, a być może też te złe.
Na minus: druga część książki poświęcona ‚słowom zdejmującym moc zaklęć’, napisana trochę w sposób płytki, dużo powtórzeń, dużo porównań światopoglądowych, a te wiadomo są różne; temat trochę na osobną książkę.
Pierwsza część 5/5, ale im dalej tym bardziej nużąco. Ilość nawiązań do Biblii zaczyna z czasem przeszkadzać i zaburzać odbiór, na szczęście dla równowagi autorzy przytaczają też inne odniesienia kulturowe, więc jestem w stanie wybaczyć. Overall, zdecydowanie warto przeczytać.
Probably a must-read book, especially for X and Y generations, but... it's long-drawn-out at some places. Nevertheless the book is really good and touches aspects that are really important and sometimes also painful
Strasznie nudna książka. Temat relacji rodzic - dziecko niezmiernie mnie interesuje, ale ledwo przez to przebrnęłam. Ciekawe spostrzeżenia, przykłady itp, ale bardzo łatwo się ignorują, bo całość jest tak rozmazana, że trudno było wytrwać do końca.
Mam mieszane uczucia co do tej pozycji z jednej strony ciekawy początek i bardzo nijakie ostatnie rozdziały. Będące jakimś wykładem na temat wartości i co jest czym. . Początkowe rozdziały natomiast warte przeczytania:
Cytaty:
Złość jest bardzo podobna do mechanizmu stresu — fizjologiczną podbudową złości jest uruchomienie się fizjologicznego mechanizmu stresu. Jeśli nie nauczymy się rozumieć swojej złości i zepchniemy ją na margines, to może się okazać, że organizm przestanie sobie radzić ze stresem, gdyż ważna jego część jest uciszona, bo ma „nie czuć”.
Złość jest także reakcją na frustrację i krzywdę. Frustracja to sytuacja, w której jakieś ważne dla nas cele są niemożliwe do zrealizowania, jakieś potrzeby nie mogą być zaspokojone, jakieś oczekiwania niespełnione.
Świadomość swoich stanów emocjonalnych pozwala dbać o siebie, o swój dobrostan, a przede wszystkim pozwala budować poczucie bezpieczeństwa. Jeśli czujesz smutek, to jest to powód do tego, żeby zapłakać. Jeśli pojawia się bezradność, to możesz prosić o pomoc. Jeśli dopada cię zniechęcenie, to możesz po prostu posiedzieć i przeczekać ten stan. Jeśli odczuwasz lęk lub strach, to możesz o tym komuś powiedzieć i poszukać wsparcia.
Mężczyznom nie wolno okazywać uczuć, bezradność — to oznaka słabości. Płacz oznacza upokorzenie, a przecież mężczyzna zawsze daje radę — musi dawać radę. Nie może dać po sobie poznać skrzywdzenia czy zranienia. Patriarchat zamknął mężczyźnie serce. Dlatego trudno jest mu spotkać się ze smutkiem — jest on zamieniany na gniew lub irytację. Tak jak podczas pierwszego zawodu miłosnego, kiedy łatwiej kogoś pobić, niż pogodzić się z tym, że uczucie się wypaliło.
Problem jest w tym, że mężczyzna boi się jakiegoś rodzaju kastracji, pozbawienia męskości — bo męskość jest u nas tym, na co trzeba zasłużyć. Do kobiecości nie potrzeba odwagi, nie trzeba jej udowadniać. Tymczasem męskość jest tym, co można w każdym momencie utracić. Powiedzmy to tak — mężczyzno, jeżeli myślisz, że jesteś wolnym człowiekiem, załóż różową sukienkę i wyjdź w niej na ulicę. Ludzie zaraz przywołają cię do porządku. Medal męskości, który z dumą nosisz, za moment zostanie ci odebrany.
Ojciec, który sam jest wycięty z własnych emocji, nie znając siły z nich płynącej, wycina z nich swojego syna. Z kolei kobieta tkwiąca w modelu patriarchatu (mężczyzna ma zarobić na życie i stawiać czoła wyzwaniom), także pozbawia syna tej części, która mogłaby okazać słabość i nie spełnić oczekiwań społeczeństwa. Ciekawe jest to, że matki wychowują swoich synów, mówiąc im, że chłopaki nie płaczą, a potem dziwią się, że spotykają mężczyzn, którzy nie potrafią mówić o emocjach, są zamknięci lub nawet agresywni.
Podział na różowy i niebieski, czyli na to, że coś jest męskie, a coś jest kobiece, wprowadza dużo zamieszania i sporo ocen, które powodują lęk przed byciem sobą, przy sobie, dla siebie a potem dla ukochanej kobiety — całym, pełnym, wystarczającym, prawdziwym.
Zamiast mówić do syna: nie płacz, bo nie jesteś cieniasem, możesz powiedzieć: możesz płakać, bo jestem przy tobie, jestem po to, by ci pomóc i cię wesprzeć.
To zaklęcie w różnych odmianach, na przykład Nie dyskutuj!, Co ty możesz wiedzieć?, Nie bądź taki mądry!, Dzieci i ryby głosu nie mają, powoduje, że po pewnym czasie dziecko nie czuje siły w sobie, nie znajduje w sobie samym oparcia, nie wierzy, że ma wpływ na rzeczywistość, na to, kim jest i co robi. Przestaje wierzyć, że jego zdanie się liczy, że jest ważne. Dziecko, które jest uciszane, jest jednocześnie „znikane”.
Jeżeli dziecko wierzy, że Wróżka Zębuszka przynosi pieniążek pod poduszkę albo że Mikołaj istnieje, wierzy też, że jest debilem, jeśli ojciec mu to często powtarza. Może też uwierzyć, że na niczym się nie zna, jeśli zawsze przegrywa z ojcem, który nie potrafi uznać, że ktoś poza nim ma rację. Dziecku jest bardzo trudno być z rodzicem, który zawsze wybiera rację zamiast relacji — wybiera siebie zamiast miłości i bliskości.
Słuchanie innych wiąże się czasem z krytyką prototypów. To pozwala kwestionować przyjęte racje i daje przestrzeń do rozwoju, ponieważ nawet „młody” może mieć rację, gdyż wnosi nową wiedzę i nową perspektywę. Można też w zarządzaniu narcystycznie obstawać przy swoim i tak „sprytnie” zadawać pytania, by okazało się, że nie ma po co dyskutować, gdyż przedstawiona koncepcja jest najlepsza. To przemoc w białych rękawiczkach. Zdarzają się zarządzający, którzy przyznają się do tego, że używają pytań tylko do tego, by „naprowadzić” innych na słuszną koncepcję, ponieważ uważają, że ze względu na swoje doświadczenie, jako ci, co wiedzą lepiej, mają rację.
To, że ojciec wie lepiej, jest uwarunkowane wiekami tradycji opartej na przemocy. Kultura pokazywała nam obraz ojca — głowy rodziny, który swój autorytet rozumiał jako wymuszanie posłuchu. Tego typu surowy ojciec, który nie pozwalał sobie wejść na głowę, czulszy był dla psa lub konia niż dla dziecka — głównie z tego powodu, że nie miał żadnego instrumentarium do obrony swojej pozycji oprócz pokazu siły. Jako głowa rodziny miał na sobie odpowiedzialność za nią i nikt go nie pytał, jak sobie z tym radzi — miał sobie poradzić, by udowodnić, że się do tego nadaje. Więc udowadniał, narzucając swoje zdanie, by nikt nie mógł tego zdania podważyć. Ten patriarchalny układ, w którym racja musiała pochodzić z konkretnego źródła, powodował mnóstwo problemów w zarządzaniu. Hierarchiczne zarządzanie sprawiało, że z tym na górze nie można było dyskutować, a w związku z tym sam się on pozbawiał informacji od tych stojących niżej. Zmiana decyzji pod wpływem podwładnego, kogoś niżej, mogłaby oznaczać, że trzeba by się przyznać do niewłaściwego oglądu sytuacji, może nawet do błędu. Dlatego wszystkie bardzo hierarchiczne organizacje mają tak duży problem, żeby powiedzieć: Przedyskutujemy to! Postrzegane jest to często bowiem jako oddanie władzy i powoduje podtrzymywanie złych decyzji dla samego utrzymania zdania.
Bez tego ojcowie, zaklinający swoich synów we własną postać, kiedy w końcu staną się dorośli, skazują się na samotność, w której nie mogą przyjąć innego głosu, bo inaczej korona im z głowy spadnie. Jest ona przymocowana bowiem tylko poprzez wymuszanie posłuchu — a nie poprzez bycie liderem, z którym warto współpracować i z którym warto wzrastać. Zostaną zdetronizowani, a tego nie są w stanie znieść.
Wielu mężczyzn nie jest w stanie przyznać racji innym. Oczywiście kobiety też mają z tym duży problem. Obserwacja codziennych rozmów pomiędzy ludźmi pokazuje, że wielu z nas gra w grę Ja mam rację, a chęć posiadania racji prowadzi do walki. Walki o to, kto będzie górą — bo posiadanie racji nie dotyczy prawdy, ale poczucia dominacji.
Dlatego wielu rodziców zdołało utrzymać i wciąż (w swoim przekonaniu) ma rację, ale nie ma relacji — zarówno z dziećmi, jak i ze sobą. Dla nich powiedzieć: Masz rację oznacza wyzbyć się siebie, przegrać, oddać broń, okazać się cieniasem, który ustępuje. Trudno jest im uznać, że ktoś inny może mieć rację, że dana sytuacja ma też inną perspektywę, i podziękować za to, że mogli poprawić swój ogląd sprawy. Może się to wiązać z tym, że rodzic w dzieciństwie był karany za sytuacje, w których popełnił błąd. Jeśli po sytuacji błędu nie szła nauka (czego się z tego nauczyłeś), tylko sytuacja porażki (jesteś beznadziejny i na niczym się nie znasz, więc nie dyskutuj), to trudno mu wierzyć w swoją siłę. Opuszczony przez swojego rodzica musi mieć zawsze rację, bo to go trzyma w jego wyobrażeniu siły. Musi mieć rację zwłaszcza przed sobą w obecności dziecka. Taki rodzic prawdopodobnie nie potrafi się uporać z własnym strachem, że coś zrobił źle, ponieważ w jego ciele zapisana jest pogarda, znieważanie lub kara, jeśli tylko zrobi coś, co nie spełnia oczekiwań. Wystraszone dziecko w nim samym żyje w lęku, który nie pozwala mu nie mieć racji. Dla posiadania racji jest w stanie swoje własne dziecko wyśmiać czy wbić w ziemię. To patriarchat w najczystszej postaci, gdzie kluczem jest hierarchia, a nie wspólne cele.
Piotr, podobnie jak wiele dzieci doświadczających przemocy i zaniedbania, próbował komunikować światu, że coś w domu nie działa, poprzez „sprawianie problemów wychowawczych”. Jak pisze Bee[10], dzieci zaniedbane mogą charakteryzować napady złości, drażliwość, zaburzenia zachowania, wycofanie z niektórych aktywności, które normalnie sprawiają radość.
Jedna pacjentka powiedziała podczas spotkania: Mój syn mnie strasznie denerwował i ciągle na niego krzyczałam i odpychałam go, bo gdyby nie on, to odeszłabym od swojego męża. Jeśli między ludźmi nie ma możliwości rozmawiania o emocjach — o lęku, bezradności, napięciu — to one wychodzą w formie agresji.
Brené Brown: Odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale na umiejętności działania mimo niego.
To ty masz moc zamienienia jej w dobro. Nie chodzi o mechanizm obronny typu: Dzięki temu, że rodzice mnie zaniedbywali, teraz jestem dzielna w dorosłym życiu i radzę sobie sama. Chodzi raczej o to, żeby zobaczyć, że to, co cię dotknęło, przyszło spoza ciebie, ale że nie możesz zamknąć swojego serca, zostać w żalu i ciągnąć ciężaru, którym zostałeś obarczony; możesz jednak zobaczyć, jak on cię ukształtował, i zamienić go na dobro, które będzie cię rozwijać. Możesz przerwać sztafetę przemocy, uznając swoją wartość, podejmując inne decyzje, służąc wrażliwością wynikającą z ran innym poranionym i zamkniętym w kamiennym kręgu milczenia.
Bo najpierw musi być praca. Obowiązek. A po nim następny. Jedyne akceptowalne działania to robienie czegoś pożytecznego, czyli nieobijanie się, czyli bycie spracowanym, zapracowanym, zmęczonym, pustym w środku, nieszczęśliwym…
Rezygnujemy na skutek głosów, które mówią, że to marnowanie czasu, bo przecież zamiast się bawić, można by zrobić tyle pożytecznych rzeczy — można by odpisać na całe mnóstwo maili, poprasować, poodkurzać, zrobić coś koło domu. Zadowolenie i radość nie są mile widziane przez innych, więc rezygnujemy z bycia zadowolonym, bo ważne jest, by druga osoba była zadowolona
Jednak koncentracja jedynie na pracy i obowiązkach powoduje, że pozbawiamy się energii płynącej z pasji, z radości, z beztroski i zanurzamy się w świat troski, trudu i znoju. Ma to swoje źródło w głębokich przekonaniach, że jeśli komuś coś przychodzi łatwo, to znaczy, że stara się za mało, że idzie na łatwiznę, a przecież trzeba być zmęczonym, umęczonym, przemęczonym, udręczonym. Życie przestaje być przygodą do przeżycia. Staje się drogą cierpienia, poświęcenia, dostosowywania się, zadowalania innych.
Okazuje się, że troszczymy się o wiele, a potrzeba wcale nie tak dużo. Czasem lepsze są słone paluszki i rozmowa dająca bliskość oraz radość ze wspólnego bycia niż obiad z trzech dań i nieszczęście w milczeniu. Krzątając się i będąc zajętymi, gubimy relację ze sobą i relacje z innymi. Obowiązek przesłania nam wolność, a bez niej przecież nie ma miłości.
Wybór między porządkiem a radością ze spotkania stał się niestety oczywisty. Jeżeli „tęsknić” oznacza „chcieć się spotkać”, to trudno mówić o tęsknocie, kiedy do domu wraca ktoś, kto zamiast radości wnosi strach przed negatywną oceną.
Rodzic chce szacunku — a zabija życie. Z lęku przed utratą tego szacunku dla siebie, bo jest on płytki i niestabilny. Im bardziej rodzic uważa, że życie to nie zabawa — tym mniej jest tego życia z innymi, bo zostaje tylko zwykłe wykonywanie czynności, w którym odgrywamy swoje role.
Ważne, żeby zacząć wykonywać ruch ku życiu. Możesz to zrobić w każdym wieku. Ważne jest, by przestać pudrować trupa w sobie. Ważne, żeby zacząć wybierać życie. Jak mówił George Bernard Shaw, przestajemy się bawić, bo się starzejemy. A starzejemy się, bo przestajemy się bawić.
Dla własnego bezpieczeństwa — a o tym słyszymy — mamy zastygnąć. Nie robić tego, na co mamy ochotę, co wyraża nas i naszą radość. Słyszymy: Nie rób tego i owego. Ale to, co naprawdę kieruje się do nas, brzmi: Nie żyj. Bądź lalką. Zostań na swojej półce.
Zaklęcie to ma dwie funkcje: zdejmuje odpowiedzialność z rodzica za brak wsparcia dziecka i pokazuje dziecku, żeby lepiej nic nie robiło, bo i tak zrobi źle. Grzeczne dziecko to dziecko związane, zastygłe w bezruchu, nieeksplorujące, nieciekawe świata krok dalej — słowem: nieżywe niczym lalka, która ma ładnie wyglądać. Lalka, która się nie rozwija i siedzi grzecznie na półce. Lalka, która dostała takie zaklęcie w kołysce — w końcu musi zastygnąć w bezruchu, oblana lękiem przed samodzielnością i przed byciem szczęśliwym. Towarzyszy jej ciągłe napięcie, że to się musi popsuć, że co za dużo, to niezdrowo.
W związku z tym rodzic, który używa zaklęcia, sprawiając dla samego siebie wrażenie, że się troszczy o dziecko, staje się w rzeczywistości pijawką zabierającą energię, mającą satysfakcję, że się coś nie udało, a jednocześnie wewnętrzne przekonanie, że zabezpieczyła dziecko przed złym światem. Sam nie żyjąc i pozostając w swoim lęku, nie chce życia dla dziecka, ponieważ go zwyczajnie nie zna. W jego głowie są tylko wyobrażenia o tym, co się może stać, ponieważ nigdy sam nie zszedł ze swojej półki.
Bojące się, że każda zmiana przyniesie rozbicie rodziny, utratę tożsamości itp. Zazwyczaj zagrożenie nie dotyczy bezpośredniej krzywdy, tylko krzywdy gdzie indziej, w abstrakcyjnym świecie idei rodziny czy idei tożsamości. Najpierw władza wybiera sobie coś, co może grać rolę zagrażającego zła, i twierdzi, że ostrzega przed upadkiem kultury (doigracie się!), wzbudzając panikę moralną. Panika moralna jest zwykle zapośredniczona przez media — tak reagujemy na zjawisko, którego nie znamy i nie doświadczyliśmy bezpośrednio. Demonizowanie członków nowych ruchów, subkultur było pretekstem do tego, by społeczeństwo zostało zamknięte w swoim pokoju. Szlaban. Te same postawy kierowano do feministek (miały zniszczyć rodzinę), mniejszości religijnych czy ostatnio — uchodźców. W Polsce nabrzmiewała niegdyś sprawa niewpuszczenia uchodźców podrzucanych przez białoruskie służby, koczujących tygodniami w lesie na polsko-białoruskiej granicy i umierających tam po kolei dzień po dniu. Autorytety rządzące, zamiast przeprowadzić prawidłową, przewidzianą w UE procedurę azylu, postanowiły zastopować sprawę, wzbudzając panikę moralną — tak by ewentualne współczucie dla ludzi podczas tułaczki zamienić na zagrożenie, które miało budzić wątpliwości społeczne i moralne. To miało być właśnie takie polityczne: A nie mówiłem?, pokazujące idące ku nam rozpasanie, degrengoladę i brak norm.
Osoby, które nawzajem stosują wobec siebie deprecjonujące żarty, z uporem twierdzą, że jest to przejaw sympatii wobec siebie nawzajem. Kiedy jednak przyjrzymy się temu bliżej, możemy dostrzec nić rywalizacji, smużkę lęku i niepokoju o siebie, o pozycję, o relację. Z tymi żartami jest taki kłopot, że one powoli przesuwają granice i każda kolejna riposta jest coraz dotkliwsza, bardziej dotykająca, wżerająca się w to, co ważne dla drugiej osoby. W tej grze dochodzi do poważnego naruszenia granic, ale nie można ich poważnie traktować, bo przecież są wypowiadane w konwencji zabawy. A ta zabawa boli i trzeba zacisnąć zęby, żeby powstrzymać łzy…
Takie żarty to forma zaczepki, zwrócenia na siebie uwagi lub ukrycia swoich deficytów. Może być tak, że im bardziej ktoś boi się drugiej osoby lub ma lęk przed tym, że może nie spełnić oczekiwań, tym bardziej przykrywa swój deficyt inteligencją wymierzoną przeciwko temu komuś.
Autoironiczne poczucie humoru jest według znanego psychologa Gordona Allporta jednym z wyznaczników dojrzałej osobowości.
Dziecko, uwikłane w konieczność ratowania rodzica, stara się, jak potrafi, sprostać zadaniom, które są ponad jego siły — robi to, bo potrzebuje tego rodzica, jego opieki, gdyż przecież bez niego nie przeżyje. Przedkłada potrzeby rodzica ponad własne — potrzebując opieki, staje się opiekunem i jest za tę rolę nagradzane.
Paradoksalnie dziecko, które było dzielne i silne, tęskni za dzieciństwem, którego nie miało, bo nie było widziane jako dziecko — było od razu silnym „prawie dorosłym”.
Jeśli ktoś żyje w niewoli tego zaklęcia, to traci swoje siły i trudno mu budować głębokie relacje, kiedy słyszy: jesteś silna/silny, twarda/twardy i zawsze można na tobie polegać. Bycie skałą, opoką, bezpieczną przystanią jest bardzo pożądane przez bliskich, jednak paradoksalnie nie daje bliskości.
Dziecko, które doświadcza zaniedbania ze strony rodziców pochłoniętych chorobami i zdających się nie radzić sobie z problemami, jest starającą się przetrwać ofiarą. Składa siebie i swoje życie w ofierze i wytrzymuje dużo, a nawet zdecydowanie za dużo
Dziecko, które jest wepchnięte w rolę bohatera, czyli wybawcy, ratuje innych, porzucając, opuszczając lub nadużywając siebie. Wtedy staje się ofiarą, czyli zaczyna płacić rachunki za kredyty, których nie zaciągnęło
Grzeczne dziecko ma w oczekiwaniu rodziców zachowywać się tak, jakby go nie było. Nie może się bawić spontanicznie, musi być czujne, uważne, ostrożne i cały czas pilnować tego, co robi, by zasłużyć na akceptację i miłość.
W byciu grzecznym chodzi przecież o posłuszeństwo. Świetnie ujął to Janusz Korczak: Całe wychowanie współczesne pragnie, by dziecko było wygodne; konsekwentnie krok za krokiem dąży, by uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą żądań i zamierzeń. A przecież bycie dzieckiem potrzebuje aktywności, ruchliwości i spontaniczności. Dziecko naturalnie potrzebuje eksploracji świata, który je otacza. Aktywność i inność nie oznaczają braku szacunku dla rodzica i warto, żebyśmy w końcu to zrozumieli. Człowiek, który jest spętany wstydem, nie może znieść siebie samego, musi więc siebie samego zniknąć
Spełnianie czyichś oczekiwań to nie jest bycie grzecznym — to bycie zniewolonym zasługiwaniem na akceptację
W naszej kulturze, w obecnym czasie, wciąż bardziej dotyczy to płci żeńskiej, która słyszy niemal codziennie litanię takich nakazów: Grzeczna dziewczynka nie mówi, co myśli. Grzeczna dziewczynka nie dzwoni pierwsza do chłopaka. Grzeczna dziewczynka nie mówi o tym, czego potrzebuje w seksie. Grzeczna dziewczynka nie wymaga niczego dla siebie. Grzeczna dziewczynka nie dyskutuje, więc nie ma swojego zdania. Grzeczna dziewczynka jest zamrożona. Grzeczna dziewczynka jest posłuszna. Grzeczna dziewczynka jest niewidzialna…
Co dzięki wyjściu z tej gry można zdobyć dla siebie? Prawo do swojego zdania. Prawo do obrony. Wypowiadanie oczekiwań wobec innych. Konfrontację. Swobodę. Życie po swojemu.
"Uwięzieni w słowach rodziców" to książka obowiązkowa dla każdego, kto w dzieciństwie słyszał teksty typu: "dzieci i ryby głosu nie mają", "złość piękności szkodzi" czy "chłopaki nie płaczą". A nawet dla tych, którzy tego nie słyszeli, bo często takie "mądrości" są na tyle silnie zakorzenione w społeczeństwie, że oddziałują nawet na tych, których rodzice nie używali tych zwrotów.
Autorzy rozdział po rozdziale rozpracowują te zdania. Opisują wpływ, a właściwie szkody, jakie wyrządzają one w dziecięcych umysłach. Skupiają się nad ich konsekwencjami w dorosłym życiu. A A te okazują się być naprawdę znaczące.
Osobiście bardzo odnalazłem się w opisach emocji, które autorzy przytaczają. Odnalazłem się w cytowanych rozmowach psychoterapeutów z ich pacjentami. I bardzo skłoniło mnie to do przyjrzenia się pewnym moim zachowaniom i źródłom z których wynikają.
Książka jest według mnie idealna dla każdego, kto chce nieco zajrzeć w głąb siebie i przeanalizować swoje dzieciństwo pod kątem zaprogramowanych niewłaściwych wzorców. Z drugiej strony, książka jest też świetna dla rodziców małych dzieci. Zwraca bowiem uwagę, jak nasze nieprzemyślane teksty potrafią wpłynąć na młode umysły i wyrządzić wiele krzywd dorosłym życiu.
Niestety, wszystko to co opisałem powyżej, tyczy się pierwszej części książki. Mniej więcej w połowie kończy się opisywanie konkretnych tekstów, a autorzy skupiają się na rozpracowywaniu pojedynczych słów jak "przepraszam", "dziękuję" etc. Rozkładają te słowa na czynniki pierwsze, analizując wszystkie możliwe konteksty ich stosowania, ich genezę i inne szczegóły interesujące chyba głównie filologów. Mimo, że i ta część jest ciekawa, to w przeciwieństwie do części pierwszej, nic konkretnego mi ona nie dała. Jedynie trochę filologiczno-filozoficznych ciekawostek.
Za tę drugą część odejmuję jedną gwiazdkę. Ta pierwsza z kolei zasługuje na co najmniej pięć.
Myślę, że w obecnych czasach każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak duży wpływ mają na nas relacje z rodzicami, szczególnie we wczesnych latach dorastania, i jak ważne są słowa, które od nich słyszymy. Są słowa, które nas niszczą, ale są też słowa, które nas budują. W książce "Uwięzieni w słowach rodziców" autorstwa A. Kozak i J. Wasilewskiego, możemy dowiedzieć się właśnie jak uwolnić się od zaklęć, które rzucono na nas w dzieciństwie.
Poradnik ten został podzielony na kilka części, na początek poznajemy najczęściej stosowane zaklęcia nakazu i zakazu, by później poznać słowa, które pomogą nam zdjąć moc tychże zaklęć. Nawet, jeśli nie słyszeliśmy ich od swoich rodziców, to założę się, że wszyscy doskonale je znamy z otoczenia, zasłyszane gdzieś na podwórku czy w szkole. Chociażby to stereotypowe "chłopaki nie płaczą" albo "złość piękności szkodzi" stosowane wobec dziewczynek, które uczą małe dzieci, że nie wolno im okazywać emocji. To przykre. Przykro słuchało mi się tej książki, szczególnie że jako dziecko słyszałam dokładnie te same słowa na każdym kroku.
Autorzy wyjaśniają, jaki wpływ mogą mieć na nas wszystkie te zaklęcia oraz jak się od nich uwolnić. Niestety, z ostatniej części tego poradnika wyciągnęłam niewiele, głównie ze względu na liczne odniesienia do Biblii. Oczywiście, wszystkie cytaty były idealnie dobrane, rozumiałam ich przesłanie, ale jako do osoby niewierzącej... po prostu nie trafiały, a szkoda. Niemniej, uważam, że każdy powinien zapoznać się z treścią tej książki psychologicznej, nie tylko dzieci z dysfunkcyjnych rodzin, ale też przyszli rodzice, by zobaczyć jak dużą wagę mają nasze słowa, jak niepozorne zdania mogą wyrządzić krzywdę... Większość z tych zaklęć możemy nieświadomie używać sami, nie zdając sobie sprawy z ich mocy. Bo słowa mają szczególną moc, i to od nas zależy jak ich będziemy używać.
Książka porusza temat wpływu słów na kształtowanie naszej tożsamości i życia, zwłaszcza w dzieciństwie. Słowa mogą działać jak zaklęcia, narzucając na nas stereotypy i hamując nasze prawdziwe "ja". Jednak zrozumienie i świadomość tych słów pozwala nam na ich przekształcenie i wykorzystanie do uzdrowienia siebie. Autor podkreśla, że mamy wybór w odniesieniu do słów, które przyjmujemy i pozwalamy wpłynąć na nasze życie.
Książka, o której mowa, prezentuje się jako kompetentny przewodnik do introspekcji. Autorzy dzięki swemu talentowi pisarskiemu prowadzą czytelnika przez różnorodne zagadnienia psychologiczne w sposób jasny i przystępny, opierając się na mocnych, konkretynych przykładach. Te konkretne sytuacje wielokrotnie zdają się być dosłownym odzwierciedleniem doświadczeń wielu z nas, co sprawia, że lektura staje się osobista i mocno angażująca. To co wyróżnia tę pozycję na tle innych podobnych poradników, to zdrowe podejście do odpowiedzialności - zamiast utapiania się w poczuciu krzywdy, autorzy podkreślają konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoje życie jako dorosłej osoby, pomijając winę przypisaną rodzicom.
Jednak, mimo wszystkich tych mocnych stron, książka posiada pewne elementy, które mogą nie trafić w gust każdego czytelnika. Osobiście trudno było mi przebrnąć przez infantylne porównania i metafory opisujące psychikę człowieka, takie jak "wewnętrzne dziecko" czy mówienie o "zaklęciach". Dla osób, które poszukują bardziej praktycznego podejścia do psychologii, bez literackich ozdobników, mogą one okazać się irytujące. Mimo to, merytoryczna wartość książki jest nie do przecenienia i stanowi jej największy atut.
Zaciekawił mnie temat chociaż książki o rozwoju osobistym, poradnikowo-motywacyjne, terapeutyczno-coachingowe do mnie nie trafiają, są zbyt metaforyczne. Z tą książką mam taki problem, że podobała mi się tak w połowie.
Z ciekawością czytałam fragmenty opisujące "programowanie" jakiego doświadczamy w dzieciństwie, skąd wzięły się te schematy, jakie mogą mieć skutki, jak wyglądają w życiu codziennym przytaczanych w książce historii pacjentów. Na pewno każdy znajdzie tu jakieś odniesienie do siebie lub bliskich. Można doznać miejscami takiego momentu "aha" i połączyć coś w kropki.
Części z propozycjami rozwiązań trafiły do mnie w mniejszej części, niektóre wręcz przeleciały mi jakby przez palce. Również ostatnia sekcja ze "słowami, które zdejmują zaklęcia" mi nie podeszła. Sam wybór słowa "zaklęcie" w kontekście psychologicznym wydało mi się trochę niefortunne, zbyt bliskie skojarzeniom z magią, przesądami i zabobonami (np. czerwona kokardka na wózku dziecka). Niekoniecznie trafione były również odniesienia do religii (tych przykładów nie było jakoś bardzo dużo), polityki czy popkultury. Uważam, że pierwszych dwóch w ogóle nie powinno być w książce. No i jeszcze przeszła działalność Pani Kozak.
Podsumowując, nie straciłam nic czytając, na pewno coś wartościowego z niej wyciągnęłam. Niemniej jednak, nie brakuje w niej uogólnień, stereotypizacji i trochę pisania pod temat. Ogólnie uznaję ją za warta przeglądnięcia.
Bardzo klarowna struktura, sporo przykładów na to, co i jak może nam utrudniać życie, ale i jak pozostawić te trudności za sobą. Chyba pierwszy raz spotkałam się z tak konsekwentnym omawianiem problemow w kontekście szerszym niż personalny - przez najbliższą grupę społeczną do całego narodu. Do tego bardzo ciekawe i potencjalnie dla wielu czytelników również wymagające przemyślenia pewnych kontrowersyjnych tematów. Chociaż tytuł i przykłady skupiały się na "słowach rodziców", które wywołują pewne konkretne zachowania u dzieci i później dorosłych, mam wrażenie, że podobne konsekwencje mogą wywołać słowa innych ważnych ludzi w naszym życiu: rodzeństwa, dziadków czy dalszej rodziny, nauczycieli, trenerów itp. Te tytułowe "słowa" - zaklęcia, jak nazywają je autorzy - trzymają nas niewidzialnymi więzami i tworzą równie niewidzialne klatki, w których później sami się trzymamy. Może nie było to dla mnie nic nowego, stąd nieco mniej niż pięć gwiazdek, ale nadal jest to kawał solidnego tekstu, który może pomóc wielu osobom zacząć wyzwalać się z więzienia we własnej głowie. No i bonus: autorzy w każdym rozdziale cytują jakieś dzieło artystyczne, np. przywołują film, którego fabuła lub sceny obrazują dany temat albo odnoszą sie do tekstu literackiego. Sporo jest przykładów z Biblii, glownie Nowego Testamentu i Psalmów, ale w momencie, gdy pojawiła się Bhagawadgita aż zamarłam. Teraz jestem ciekawa czy autorzy faktycznie ją przeczytali...
Temat wydawał się ciekawy, dość powszechnie słyszy się kocopoły w stylu "chłopaki nie płaczą", "dziewczynki muszą być grzeczne" itp. i to nie zawsze od rodziców, ale też nauczycieli czy ogólnie najbliższego otoczenia.
Książka jest przegadana do granic przyzwoitości, przez co nawet audiobook zdawał się nie mieć końca i okrutnie mi się dłużył. Czy można to wodolejstwo i powtarzanie treści tłumaczy potrzebą utrwalenia wiadomości? Jeszcze jak.
Powoływanie się na Stary i Nowy Testament oraz Tolkiena mnie osobiście nie przekonuje, efekt jest odwrotnie proporcjonalny do założeń autorów, ale to już kto co lubi i na co może przymknąć oczy.
W kolejnych publikacjach może warto się zastanowić czy lepiej oprzeć je na badaniach naukowych czy przykładach z Biblii i poinformować o tym na okładce, bo czytelnicy zawsze się znajdą, a po co mają się rozczarować.
Kolorytu książce dodaje fakt, że autorka - psycholożka naukowo związana z KULem(xd), swego czasu chciała "leczyć" gejów terapią konwersyjną(!) i nie chodzi o czasy PRLu tylko XXI w.