Koncepcja przerosła możliwości autora.
Żałuję, że to przeczytałam, bo mam wrażenie, że wszystkie moje spekulacje na temat zakończenia tej serii były bardziej emocjonujące i złożone.
Nic dziwnego, że główni złoczyńcy pojawili się dopiero pod koniec ostatniego tomu, bo autor najzwyczajniej nie miał na nich pomysłu. Choć co chwilę któryś z bohaterów rozpacza nad tym jacy król i jego smok są niewyobrażalnie potężni i niebezpieczni na tym się kończy - kiedy wreszcie pojawiają się osobiście Paolini nie potrafi tej potęgi i grozy pokazać.
Miałam nadzieję na epicką, finałową walkę z udziałem smoków i byłam niewyobrażalnie zawiedziona, że ostatecznie król nigdy nie dosiadł Shruikana, a sam smok nawet się nie odezwał.
Eragon pokonuje ich bez wysiłku i bez większych emocji za pomocą zaklęcia wzbudzającego wyrzuty sumienia tak ogromne, że aż doprowadzają króla do spontanicznego stanięcia w płomieniach i magicznej, zabijającej smoki włóczni, która co prawda nie zrobiła krzywdy ani Saphirze ani Thornowi, kiedy zostali nią dźgnięci, ale była na tyle inteligentna, że wiedziała, że na złego smoka to już powinna podziałać. Który swoją drogą najpierw był opisany jako tak ogromny i potężny, że mógłby zabić pozostałe smoki jednym machnięciem łapy, a chwilę później jedno ugryzienie Saphiry wystarczyło by go obezwładnić.
Już pomniejsi wrogowie przewijający się przez całą serię mieli więcej charakteru. Ogromne rozczarowanie.