Kurde belka, nie spodziewałam się, że ta książka będzie tak przyjemna. Zdecydowanie przesuwa granice gatunków, nie bojąc się porzucać typowe tropy i przybierać mniej znane, a bardziej lokalne tereny na swój fundament. Główni bohaterowie byli przemili w ostateczności, strasznie ich polubiłam. Chociaż czasami zaliczali wzloty i upadki w tej kwestii, nie mniej nie dostają łatki irytujących, co sprawia wielką ulgę.
Zdecydowanie na plus jest sama budowa tej opowieści, ten delikatny płot twist na końcu, który podkreśla cały jej sens – no w pytę normalnie. Strasznie się bałam, gdzie nas to zakończenie poniesie, bo jak na międzygatunkowy splot, który nam zaserwowano, autorka mogła pójść w wiele różnych stron. Bardzo mnie cieszy, że ostatecznie zostawiła kilka kart nieodkrytych, pozwalając nam samym bawić się w odkrywanie wszystkich tajemnic, a do tego zachęcając do powrotu do "Całego tego czasu", bo kurteczka taki jest jej zamysł!
Jedynym, do czego naprawdę mogę się przyczepić, to że czasem dialogi się nie kleiły, szczególnie w chwilach, gdy miały one wyjść na niezręczne. Wyszły wręcz zbyt niezręcznie. Może trochę też czuję się rozczarowana, że drugoplanowi bohaterowie, których ilość okazała się zaskakująco duża, nie dostali więcej czasu stronicowego. Ale to naprawdę ułamkowe wady, biorąc pod uwagę całokształt.
Jeśli szukacie dobrego polskiego postapo, które nie będzie typowym przedstawicielem swojej niszy, albo książki przygodowej, która nie wrzuci was w wir tysiąca neologizmów i zasad świata fantasy, albo po prostu dobrej, przyjemnej historii, to całym sercem polecam "Cały ten czas". I czekam, co jeszcze nam autorka zaserwuje, bo to był świetny start kariery!