Może jednak lepiej by było, gdyby ta książka nigdy nie wyszła drukiem. Ledwie zaczęłam ją czytać i już dostałam w twarz czymś takim:
"Oglądając sprawozdania filmowe dotyczące zbiorowych gwałtów, zastanawiałam się, czy w wielu wypadkach „ofiary” gwałtu indywidualnego lub zbiorowego nie są tak samo winne zaistniałej sytuacji, jak gwałciciele, a w ostatecznym efekcie tylko bardziej pokrzywdzone?"
"Chłopców natomiast, poniesionych napięciami seksualnymi, bardzo gwałtownymi w tym wieku, zwykła lekkomyślność dziewcząt naraża na kompromitację, kary sądowe i niejednokrotnie wykolejenie się z drogi prawidłowego rozwoju już w latach młodzieńczych".
Czegoś takiego nie da się usprawiedliwić. Ani tych ofiar w cudzysłowie, ani tego "tak samo winne", ani tych chłopców "poniesionych napięciami seksualnymi", a już zupełnie tego, że "zwykła lekkomyślność dziewcząt naraża [tych chłopców] na kompromitację, kary sądowe" etc.)
Jest źle, gdy takie bzdury wychodzą od facetów. Jak bardzo źle jest, gdy wychodzą od kobiet, i to jeszcze wykształconych i podobno postępowych? Ilu chłopców przeczytało tę książkę i wbiło sobie do głowy, że jeśli dziewczyna przystaje na ich awanse, to znaczy, że jest łatwa i sama sobie winna (teraz już rozumiem, skąd się mogła wziąć światła myśl, że prostytutki nie można zgwałcić)? Ilu uwierzyło, że jako mężczyźni nie są w stanie zapanować nad swoimi popędami i że to ich we wszystkim usprawiedliwia? Naprawdę wychodzi na to, że autorka "Sztuki kochania" niewiele różniła się od tych panów z KC, których traktowała bardzo z góry. I cholera wie, pisząc w ten sposób i usprawiedliwiając facetów na każdym kroku, może nawet paru gwałcicieli wychowała. Na tej książce wychowały się pokolenia Polaków (ponoć w ręku miało ją ponad 7 milionów osób). Co widać i słychać na każdym kroku, nie tylko przy okazji kobiecych protestów. Wisłocka nie stworzyła ciemnogrodu, ale wygląda na to, że przyłożyła rękę do jego trwania. Co ciekawe, co i rusz trafiałam na wzmianki na temat lat 90., tak że punktem wyjścia dla nowego wydania Agory nie było pierwsze wydanie, pani Michalina ewidentnie redagowała swoje dzieło na przestrzeni lat i mimo to podtrzymała kontrowersyjne opinie. Nie da się o nie obwinić KC i cenzora. W filmie na każdym kroku podkreśla się, ile ta pani zrobiła dla kobiet, z myślą o kobietach, ale lektura tej książki co i rusz temu przeczy. Z tego, co zaobserwowałam, to faceci są tu podmiotem (biedni, targani hormonami, ofiary popełnianych przez siebie gwałtów, ofiary dziewczęcej uczuciowości, biedactwa, co to się przez baby nerwicy seksualnej nabawią, gdy się im nie da, kiedy zapragną). Kobietom miało być dzięki temu poradnikowi łatwiej, ale to facetom miało być przyjemniej. I jak się nad tym zastanowić, to głównie oni skorzystali.
Kolejne ustępy nie są aż tak kontrowersyjne (gwałt to najwyższy kaliber. cytaty takie jak ten o szkodliwości emancypacji czy o krępującym mężczyzn wyglądzie kobiet ciężarnych, mogą irytować, ale to nie ten kaliber kontrowersji co rozgrzeszanie gwałcicieli), choć trafiają się informacje tendencyjne (MW była wielką orędowniczką manipulowania mężczyznami, mężczyzny jako głowy, kobiety jako szyi. spora część książki jest poświęcona temu, jak się zaharować, żeby się podobać) i zdezaktualizowane (nie tylko część dotycząca antykoncepcji) więc na pewno nie poleciłabym tej książki dzisiejszej młodzieży. In plus mogę powiedzieć, że "Sztuka kochania" stanowi profesjonalną lekcję biologii (mechanizm procesów rządzących ludzkim ciałem jest wyłożony ciekawiej niż w podręcznikach), łatwo i szybko się to czyta, i tylko złość czasem bierze.