Przygodę z paranormalnymi zjawiskami Ed i Lorraine Warren rozpoczęli niezamierzenie. Stało się to pewnego pochmurnego dnia, gdy przemierzając urokliwy stan New Hampshire natrafili na miasteczko Henniker, w którym przypadkowo zasłyszeli miejscową legendę o Zrodzonej z Morza Mary.
Jak głosiło podanie, Mary Wallece Wilson istotnie urodziła się w wyjątkowych okolicznościach – przyszła bowiem na świat w 1720 roku na statku płynącym do Stanów Zjednoczonych, pośród samego Oceanu Atlantyckiego i tuż przed… pirackim napadem. Historia skończyła się szczęśliwe właśnie dzięki niej; niemowlęcy płacz wzbudził w sercu kapitana bandyckiej szajki litość, więc na wskutek tak niezwykłej szlachetności i niespodziewanych porywów serca, postanowił zachować wszystkich podróżnych przy życiu. Postawił jednak jeden warunek - córka państwa Wilsonów miała otrzymać imię po jego nieżyjącej matce, a w dniu ślubu przywdziać suknię z zielonego brokatu, którą on sam złożył jej w prezencie. Ale na tym nie koniec.
Mary Wallece przeżywszy ponad dziewięćdziesiąt lat odeszła z tego świata, choć nie na dobre. Raz na jakiś czas nawiedzała swój rodziny dom, by straszyć jego nowych lokatorów i jak wierzono – by chronić ukrytych w nim skarbów, ponoć podarowanych jej przez mężczyznę spotkanego w 1720 roku. Bo znów – jak mówi pogłoska – kapitan piratów powrócił, odnalazł Mary, poprosił ją o opiekę w ostatnich miesiącach swego życia, w dowód wdzięczności pozostawiając jej w spadku bezmiar bogactw i prawdziwego złota.
To właśnie tam, w zabytkowym domostwie w Henniker, Lorraine doświadczyła pierwszych świadomych wizji.
Jej zdolności parapsychiczne szybko okazały się nie tyle zaskakujące, co po prostu pomocne; otwierały przed młodym małżeństwem nowe możliwości oraz potencjalną drogę doradztwa dla osób szukających rozwiązania swych niezwykłych problemów. Warrenowie, jako przykładni katolicy o niewyczerpanych pokładach empatii i współczucia wobec bliźnich, doskonale wiedzieli jak pokierować swymi talentami tak, aby w pełni móc je wykorzystać.
W 1959 roku założyli New England Society for Psychic Research – pierwsze towarzystwo zajmujące się poważnymi badaniami nad zjawiskami nadprzyrodzonymi, które w możliwie naukowy sposób miało dowodzić, bądź wyjaśniać występowanie nienaturalnych zachowań. Inicjatywa odniosła sukces, a założyciele zyskali popularność. Na kanwie przeprowadzanych wywiadów, licznych sympozjów, telewizyjnych wystąpień i publikowanych prac, Warrenowie zostali okrzykniętymi mianem ekspertów w zakresie demonologii.
,,Zaświaty’’ są więc poniekąd historią tej działalności; ciekawymi, acz niekiedy nieco osobistym, intymnym zwierzeniem dwójki ludzi, którzy przez ponad pół wieku tworzyli wspólne dzieło.
Cheryl Wiks, prowadząca rozmowy z Edem i Lorraine, przedstawia te epizodyczne wydarzenia ich oczami – za pomocą kilku słów kreśli ogólny zarys tła fabularnego, jednak prawdziwy głos oddaje właśnie im, głównym bohaterom swej książki.
To najlepszy zabieg na jaki Wiks mogła się zdecydować, ponieważ całość nabiera interesującego charakteru – jest po trosze biografią, po trosze rozpalającą wyobraźnię opowieścią, po trosze zaś zbiorem kilkunastu atrakcyjnych zagadnień objaśniających skomplikowaną problematykę.
Niestety, to nie jedyny powód, dla którego chwalę ów posunięcie. Autorka posługuje się – to należy zdecydowanie podkreślić – prostym i niezbyt wyszukanym słownictwem. Samo w sobie nie będzie to żadną wadą, bo przystępna forma sprawdzi się zawsze, jednak w tym przypadku jest odwrotnie. Momentami ma się wrażenie, jakby pewne wybiórcze fragmenty były pisane na kolanie – dziecięcą ręką, próbującą w nieudolny sposób naśladować dziennikarski żargon.
Nie wzbudza to szczególnego entuzjazmu, a już na pewno nie łatwości przyswajania podanych informacji, bo zamiast podążać za tekstem - czytelnik zastanawia się, jak ten infantylny i ubogi styl odbije się na ogólnym odbiorze ,,Zaświatów’’.
Na szczęście to tylko przejściowe niedogodności. Dominującą przewagę wypowiedzi posiada Ed Warren i za jego sprawą, mogę nawet powiedzieć – za sprawą jego barwnego języka, charakterystycznej dozy gawędziarstwa i licznych anegdot – tytuł nabiera przyjemnego wydźwięku, stając się tym samym lekturą idealną na dłuższe wieczory. Niezobowiązującą, lecz jednocześnie w pewien sposób mogącą zaspokoić oczekiwania koneserów tematyki ‘strasznej’.
No właśnie.
W ,,Zaświatach’’ bowiem próżno szukać konkretnych dowodów potwierdzających prawdziwość występujących zdarzeń. Nie przeszkadza to szczególnie, zwłaszcza jeśli stosunek do powyższych kwestii określa się jako zdystansowany lub otwarty; to historie angażujące, na pewien uroczy sposób nawet fascynujące i przyprawiające o dreszczyk grozy, ale czy… Prawdziwe?
Otóż to... 😉