Kołodziejczyk zagląda do mieszkań naszych sąsiadów, siada na ławce w parku, w poczekalni, pubie. Z podsłuchanych rozmów na korytarzu, na balkonie i przy świątecznym stole tworzy portrety – typy mieszkańców wielkich miast: przyjezdnych i autochtonów, z pokolenia przedwojennego i tych najmłodszych.
Piętnaście opowieści, które składają się na Dysforię przedstawiają ludzi w różnych „miejskich fazach życia”, ich emocje, problemy, rejestrowanie codzienności i odbieranie drugiego człowieka. Co odkrył pewien „metrobudowlaniec”, wynajmujący pokój u dawnej „powstanki warszawskiej”? Czym żyją lokatorzy nowego apartamentowca, zbudowanego tak, że łatwo wzajemnie się podglądać? Czego naprawdę życzą swej bogatej i odnoszącej sukcesy „przyjaciółce” jej koleżanki, analizując jej kłopoty w małżeństwie?
Autor opisuje biedę i bogactwo, głupotę i swego rodzaju mądrość, butną młodość i mało rozumiejącą starość, podsłuchując swe postaci tyleż przez niewidoczną ścianę, jakby był gdzieś tam i słyszał, co od najbardziej osobistego, intymnego środka. Jego Polska jest tyleż barwna, wkurzająca, dramatyczna i absurdalna, co prawdziwa do bólu.
Inteligentna, ale też cierpka lektura, którą powinno się czytać na osobności – grozi niekontrolowanymi wybuchami śmiechu i zakłopotaniem, bo na każdej stronie znajdziemy kolegów z pracy, kogoś z rodziny i siebie samych.
Chyba za bardzo się nastawiłem. Ogólnie książka nie jest zła, problemem jest chyba ta narracja. Rozumiem, że autor posługuje się tutaj stylizacją językową, ale to wprowadza niesamowity chaos. Szkoda.
Już parę lat temu ta książka wpadła mi w oko. Postanowiłem ją teraz przesłuchać, bo w serwisie Storytel udało mi się znaleźć audiobook tej pozycji. Ta książka do zbiór felietonów, obrazków nakreślających współczesne życie w wielkiej metropolii warszawskiej. Znajdziemy w tym zbiorze opisy wzięte z życia ludzi którzy tworzą własny świat w którym szukają złudnego szczęścia. Pozbawieni empatii względem innych ludzi, skoncentrowani na sobie, zachłyśnięci materializmem i pseudosukcesem. Wyznacznikiem szczęścia jest skrajna izolacja i brak więzi z innymi ludźmi. Przyznam, że autor udokumentował pewien folklor miejski. Pokusiłbym się nawet do tego, że ta książka do współczesne dzieło etnograficzne. Może oparte na karykaturach, ale zawiera w sobie sporo prawdy i celnych spostrzeżeń.
Ksiązka jest bardzo zabawna. Jeszcze zabawniejszy jest fakt, że Empik układa Dysforię na półce literatura faktu/reportaż. Zapewne Empikowcy jeszcze nie przeczytali Dysforii i kierują się sylwetką autora. Dla mnie nowelki Kołodziejczyka mają więcej wspólnego np. z "prozą" Witkowskiego niż z reportażem. Równie wnikliwe, ale jednak przerysowane. Dysforia śmieszna jak Michaśka, tylko jakby bardziej smutna zarazem. 5* trochę na wyrost, w ramach promocji współczesnej literatury polskiej "na świecie":)
Sięgnęłam po "Dysforię" zachwycona "Morzem po kolana", komiksem, do którego Marcin Kołodziejczyk napisał tekst - a brawurowe ilustracje stworzył Marcin Podolec. Po zbiorze reportaży spodziewałam się tej samej przenikliwości Kołodziejczyka, przejmującej ambiwalencji, umiejętności utkania wiarygodnych historii z kilku syntetycznie nakreślonych faktów.
Tymczasem zamiast odcieni szarości uzyskałam postaci kanciaste i jednoznaczne, kreślone nieznośnie grubą kreską, sklecone z litanii wad narodowych, stereotypów i najczęstszych wyników wyszukiwania w google. Nowobogaccy z małych miast, którzy lgną do stołecznych strzeżonych osiedli, pseudoprzyjaciółki, których życzliwość podszyta jest zazdrością o zagraniczne wakacje ("ona z tym swoim ciećwierzem na Kanary, one co najwyżej Władysławowo"), boleśnie powierzchnowni w relacjach krewni, którzy jednak demonstracyjnie dzielą się opłatkiem etc. A pośród nich narrator, wyróżniający się na tym antypatycznym, przewidywalnym tle - w swoim mniemaniu - wrażliwością, a w istocie tylko pogardą.
Dodatkową gwiazdkę przyznaję za błyskotliwy język, bo w gąszczu mieszczańskiej satyry da się jednak znaleźć świeże skojarzenia i barwne metafory ("co się stanie z kimś, kto miał zbyt udaną, jak na ten kraj, młodość, komu się wydawało, że uroda i inteligencja to są światłowody szerokopasmowe, to jest cwał przez Avonlea w klonowy cień, komu się ubzdurało, że świat jest sprzymierzeńcem człowieka"). Ogólnie jednak "Dysforia" to "Wesele" Smarzowskiego z palnikiem jeszcze silniej podkręconym pod bigosem. To, jak pisze Kołodziejczyk o książce dla dzieci jednej ze swoich bohaterek, "takie współczesne bajki ze współczesną konkluzją, jak seria opowieści o Basi albo o Martynce".
i jednak nie dokończyłam. z 15 opowiadań - bo naprawdę trudno mi te teksty nazwać reporterskimi - przeczytałam 10 i pół. spodobało mi się jedno - pierwsze. choć "spodobało" to może jednak nie jest dobre określenie. bo styl autora jest niesamowicie irytujący, mieszanie gatunków, przeskakiwanie z wypowiedzi jednej osoby do drugiej bez zwyczajowych oznaczeń w tekście. nie lubię takich zabiegów. i żal mi trochę, bo poruszane tematy są niewątpliwie ciekawe. ale zamiast zbioru mocnych reportaży dostałam pseudoreporterską wersję "Pokolenia IKEA".
Nie każdemu ten rzyg słowami przypadnie do gustu. Takie ironiczne spojrzenie na klasę średnią przez klasę średnią, trochę w stylu "i'm not like the others" a kawę na Zbawixie piję tylko ironicznie.
Przeraźliwie smutna książka. "Panika wśród Józefów", "Dysforia" i "Bohaterowie wojen psychologicznych" to moi faworyci. Ciekawe (chociaż jakby się tak zastanowić nieciekawe i zwykłe, za to doskonale uwidocznione) u Kołodziejczyka jest to, że każdy z jego narratorów ma prywatną grupę pogardy, ale i sam znajduje się w grupie pogardy. Autoironiczny Zbawixowy alkoholik z balkonu gardzi kołtunami z sąsiedztwa, uduchowione kobiety drwią z każdego, kto nie ma ochoty na odczucie zbawczego wpływu każualowego detoxu jaglanego, ich mężczyźni, w typie piwo-ryby-i-logika-klasyczna, wściekają się na porywającą im żony pop-psychologię wytartych frazesów, dla zmyły nazywaną psychologią. W tamtym świecie nikt nie wygrywa, ale każdy bardzo się stara, ponieważ to jest walka na śmierć i życie. Stawką jest przekonanie, że z całego supermarketu sposobów istnienia to ty wybrałeś poparty dowodami bezwzględnie najbardziej naukowymi i na pewno przy rozliczeniu dowolnego rodzaju zgarniesz całą pulę. Brakuje ciekawości i współczucia dla drugiego człowieka, zrozumienia dla jego małych głupot, błędów, tak mi się wydaje. No i Autor... Czy ja mam omamy, czy spod tekstu prześwieca grubymi warstwami pogarda? Czy dałam się złapać na prosty chwyt i wzięłam ton wypowiedzi narratorów za autorski?
Blurb mówi mi, że książka opisuje także "[...]pewnego rodzaju mądrość", a ja się zastanawiam, gdzie ona się pojawia? Bieda, bogactwo, młodość, starość, rozumiem, ale mądrość? Gdybym miała strzelać, to najprędzej w postać budowlańca wykończeniowego, filozofa, który w końcu na domówce tymczasowej szefowej nie wytrzymuje, a przedtem denerwuje się, że trzeba będzie znowu "samplować światopoglądy", bo i tak "wszystko to chuj", ale nie jestem pewna, czy ta postać jest mądra. Może jest najmniej odczepiona od rzeczywistości (Jego "Pani w ogóle nie je" to jest chyba najbardziej ludzki moment w całej książce, najmniej zalatujący tekturą)? Albo po prostu zrezygnowana w sposób najbardziej intelektualny?
Wyjątkowo słaby zbiór opowiadań, które jak wiele osób już wspomniało, nie mają nic wspólnego z reportażem. Mógłbym wyróżnić trzy, które w jakimś stopniu zwróciły moją uwagę: „Demograficzny”, „Panika wśród Józefów” i „Dysforia”. Całość jednak wydawała mi się znacząco niedopracowana. Podczas lektury nie mogłem odpędzić się od przeświadczenia, że można z tych opowiadań wyciągnąć o wiele więcej. Refleksje na temat „mieszczan polskich” ograniczają się do dość płytkich prawd. Pomimo tego, pomiędzy wierszami można znaleźć parę całkiem ciekawych spostrzeżeń. Szkoda tylko, że tak słabo przemyślanych.
This is a really poor collection of stories which - as many people have already said - have nothing to do with reportage. I could indicate three of them that to some extent caught my attention: “Demographic”, “Panic of the Josephs” and “Dysphoria”. Nevertheless, for me this set as a whole seems to be little unfinished. During reading I couldn’t drive myself away from one specific thought that from these stories we could winkle out a lot more. The reflections about “Polish urbanites” are limited to some facile truths. Despite all of these remarks, between the lines of this book we can find some interesting thoughts. It’s a shame that they are so poorly thought-out.
Tę książkę polecała na swoim blogu Agata Passent, mistrzyni mieszczańskich felietonów. Niestety choć Kołodziejczyk stara się bacznie obserwować otaczającą go rzeczywistość, to jego spostrzeżeniom brak błyskotliwości, głębi. Rozumiem prostotę postaci, ich język, ale wydaje mi się, że ktoś z większa bacznością i talentem mógłby znacznie więcej z ich historii wyciągnąć. A może chodzi tu o wtórność spostrzeżeń lub brak humoru. Nowakowskiego czy Passent jakoś lepiej mi się czyta. Aczkolwiek oboje mają też słabsze felietony. Tak jest i tutaj. Dla mnie naprawdę świetne teksty to np. Dysforia, Panika wśród Józefów, czy Niedziela w Skaryszewskim. Chciałabym by z równym zaciekawieniem, uśmiechem i gorzkością czytało mi się pozostałe. To jest dobra książka, ale że została polecona przez niesamowicie utalentowaną felietoniskę, to podeszłam do niej z dużymi oczekiwaniami i troszkę się zawiodłam. Niemniej polecam, dużo tu prawdy o ludziach wokół, bardzo potrzebna jest taka literatura faktu o Polsce w Polsce :)
Zgrabnie ubrane w lekkie słowa opowieści o czasem zbyt szarej rzeczyswistości. Nierówne, ale doceniam "punche" przemycone wśród tych lekkich słów w tak sprytny sposób, że dopiero dwa-trzy zdania później orientowałem się, jak smutną rzecz opisał właśnie autor. Styl charakterystyczny, ale momentami się przejadał i na chwilę trzeba było odłożyć lekturę by znowu nabrać ochoty na nią.
O autorach, których książki czyta się z przyjemnością, mówimy, że mają lekkie pióro. Kołodziejczyk ma raczej dobre ucho i wie, gdzie nasłuchiwać. Bawi się językiem, jak kostiumem, przebierając za kolejnych bohaterów nowelek. Są to głównie mieszkańcy Warszawy, za którą trochę się po lekturze stęskniłam - miasta niekoniecznie ładnego, ale mieniącego się tysiącami kontrastów. To, co mnie irytowało, to skłonność autora do operowania kliszami, budowania stereotypowych obrazków szlachetnych biedaków o głębokiej osobowości i bezdusznych nowobogackich, którzy swoje sukcesy muszą zawsze okupić chorobą duszy. Nawet jeśli "Przypadki" opowiedziane są dosadnym, żywym językiem to dylematy bohaterów są sztuczne, jak z kart "Gali" czy popularnego pisma o rozwoju duchowym i coachingu. Szkoda.
Z dwóch książek Kołodziejczyka ta mnię bardziej poruszyła, chyba zwłaszcza historia filozofa-kafelkarza utkwiła mi w pamięci. Ale wciąż - są ci straszni mieszczanie, i cóż z tego? Nic im nie pomoże. Ani joga, ani psychoterapia, ani nowy pies, kot lub fretka, ani wódeczka w Planie B, ani bycie zero waste, ani lektura Vogue'a, ani kwiaty doniczkowe. Cóż z tego, cóż z tego.
nie. nie ma co marnować czasu na tę książkę. Obraz ułożony z pierdół i podsłuchanych rozmów. po prostu nie. Czytając, miałam wrażenie, że przysłuchuję się starym babom pod sklepem osiedlowym ględzącym o wszystkim i o niczym. nie dokończyłam. Miał być cudowny zabieg, a wyszło marnie- z pewnością można było ująć to w innej CIEKAWSZEJ FORMIE
DNF Przeczytałam ok.40% i jest to książka którą się czyta bardzo ciężko i nie miałam ani przyjemnosci ani czegoś ciekawego nie wyciągnęłam. Uważam osobiście, że styl pisania tej książki był totalnie nie przystosowany do treści. Spodziewałam się fajnego reportażu i odpoczynku, a dostałam zmęczenie i zastój.
czyta się to bardzo dobrze, styl bezbłędny, ale i tak wycieka z tego pogarda i kupa stereotypów, plus otacza to niejasna etycznie aura "reportażu", która niby jest taką grą z konwencją a niby jednak nie
Fiction or truth? It certainly muddles the middle ground by punctuating what is wrong with the polish middle class. Worth reading if only to see how bad it gets - and it gets very bad.
Sugerując się opiniami z okładki sądziłam, że to będzie to! Bardzo lubię czytać reportaże o zwykłych ludziach. Lubię serię "Reportaż" Czarnego. Ale ta książka jak dla mnie jest słaba! Początek jeszcze jeszcze, ale później czyta się to strasznie źle. Nie mogłam się nijak wciągnąć w fabułę opowiadań. Często jest ona poplątana i tak chaotyczna, że nawet czytanie "ciurkiem" opowiadania nie pomaga. Tymczasem ja nie zawsze jestem w stanie przeczytać dane opowiadanie w całości za jednym posiedzeniem. Z kolei, gdy jakieś przerywałam, by do niego wrócić, to od razu musiałam zaczynać od początku. Jak dla mnie - książka nie jest tak dobra jak ją reklamują. Co gorsza później jeszcze chcąc dać autorowi szansę na rehabilitację przeczytałam też "B.Opowieści z planety prowincja" - niestety odczucia takie same.
Na pewno nie jest to książka dla wszystkich, bo jest specyficzna i dlatego może się nie podobać. Nie jest to stricte reportaż, co - nie ukrywam - mnie rozczarowało. Książka ta to 15 historii o dzisiejszym świecie, a w zasadzie ludziach, którzy mieszkają w miastach. Każda historia ma bohatera i z jego perspektywy jest ona przedstawiona - narracja ma tu bardzo duże pole do popisu, ale czasem utrudnia odbiór. Miejscami męczyła mnie ta książka i dlatego, jeśli ktoś po nią sięgnie i po kilku stronach stwierdzi, że nie warto tracić na nią czasu, to zanim odrzuci ją całkowicie, powinien przeczytać trzy historie: "Bohaterowie wojen psychologicznych", "Panika wśród Józefów" oraz ostatnią i tytułową "Dysforia" - majstersztyki. Szkoda, że tylko trzy z tych piętnastu, ale zawsze coś.