Zaciesz, czytając ten tom czułem zwyczajny zaciesz, a mało kiedy mam aż tak wielką frajdę z lektury czegokolwiek. I choć to uczucie gdzieś ulatuje w trakcie czytania i oglądania, to nie zmienia faktu, że szósty i ostatni tom w tej serii (przed Time runs out) to kawał solidnej roboty.
Początek nieco mnie zażył, bowiem tak naprawdę nie wiem, czy to pokłosie Grzechu Pierworodnego, czy faktu, iż Rogers dostał o jeden raz za mocno w łepetynę i czary, jakimi obrzucił go Dr. Strange (przyp. w pierwszym tomie New Avengers też spod pióra Hickmana. Wykluczyli go z rady bo nie "fitował" przekonaniami) zwyczajnie przestały działać. Fakt faktem, Steve budzi się po koszmarnym śnie i jak sam stwierdził: "Pamiętam". Swoją drogą Iluminati powinni złożyć do Doktorka jakąś reklamację. Stephen, ręka już nie ta?
I się zaczyna. Trzeba zebrać drużynę i polecieć spuścić wpi... łomot. A na kogoś spadnie pierwsza fala złości? Na "przyjaciela" Starka, co tylko dowodzi od czasów Civil War, że tej przyjaźni tak naprawdę nie ma. Są tylko wygodne rozwiązania dla "sprytniejszej" strony. Szkoda, że zachodzi to kilkoro na jednego, ale z pomocą swoich dronów Starkowi rachuba się wyrównała. Prawie. To był zdecydowanie mój ulubiony kawałek tego tomu.
Zaraz potem wydarzenia przyjmują nieoczekiwany obrót przez pojawienie się skruszonego kamienia nieskończoności, a konkretnie tego odpowiadającego za czas. Zgaduję, że oddziały wuje on na Kapitana Amerykę, bo ten miał z nim kontakt jako ostatni. Nie zmienia to faktu, że zebranych herosów zacznie przerzucać w przyszłość po różnych okresach czasu.
Mamy kolejno prawie pięćdziesiąt lat do przodu, prawie pięćset lat do przodu, gdzie całość przyjęła dość nieprzyjemny obrót dla herosów, choć najgorsze miało dopiero nadejść, bowiem gdy lądują w roku bodajże pięciotysięcznym to widzą świat pod rządami jednego z wrogów. Najfajniejsze jednak nadal przed nami, bo grupka herosów się tutaj uszczupla przez oddziaływanie czasu i muszą się adaptować do panujących warunków. Miodzio. Widok przedostatniej podróży był świetny. Zwłaszcza pewnej planety.
Finał sprowadza nam spotkanie Rogersa z kilkoma dość ciekawymi i ważnymi dla świata Marvela postaciami. Warto wytrwać do tej pory. Jasnym jest, że w najbliższej przyszłości czeka nas też konflikt Avengers kontra Iluminati, więc czekam na to z niesłabnącą niecierpliwością. Ten tom zaostrzył apetyt. Tym bardziej, że Hickman puszcza do nas tutaj gdzieniegdzie oczko i to celnie (I-am-groot... świetne).
Rysunki i kolory. Team Leinil Francis Yu-Sunny Gho. Nieczęsto wspominam rysowników czy "facetów od kolorów", ale ci goście wykonali kawał świetnej roboty. Wygląd postaci, cienie, kontury, kolory zwłaszcza w przyszłości. Tworzy to klimat, jaki kupiłem od pierwszej strony. I może tytuł ten nie zasłużył na pełną "piątkę", ale... Tak jak mówię, dawno nie miałem takiej radochy w kontakcie z komiksem, mimo że fabularnie całość jest raczej prościutka. Polecam gorąco.