Praktycznie każda książka Piekary z jaką miałem do czynienia ma jeden bezsprzeczny i pozytywny mianownik: czyta się to szybko i przyjemnie, bo styl pisarz ma już wyrobiony, choć do pewnej maniery trzeba było się przyzwyczaić.
Mordimer. Niezbyt miły typ, będący sługą bożym w szeregach Świętej Inkwizycji, która ratuje ludzkie duszę przed zgubą diabelską, kierując się maksymą podobną, jak przy rzezi katarskiej, gdzie pewien legat papieski miał rzec "Zabijcie wszystkich. Bóg rozpozna swoich". Inkwizytor, na którego czekają tu dwie sprawy do rozwiązania. I mógłbym narzekać, że Piekara walnął twist w "Łowcy Dusz" i jak dotąd nie widziałem kontynuacji, a tylko przygody bohatera z lat wcześniejszych, tyle że forma procedurala mi nie przeszkadza.
Nawet przeciwnie. Lubię jak Mordimer prowadzi te swoje śledztwa i wpada zazwyczaj na trop jakiejś afery religijnej, machinacji demonów czy spraw, w jakich nie chciał by się znaleźć, bo zagrażają życiu i zdrowiu. W tym tomie choć jedna taka chwila będzie, to zdecydowanie Mordimer ma łatwiej.
Tytułowy "Dotyk zła" mami świetną konstrukcją intrygi, gdzie napięcie stopniowo rośnie, a autor podsuwa coraz to kolejne smaczki, które mają nas zmylić. Otóż pewna dama została zamordowana kością przez swojego męża. Niby wszystko jest jasne, zbrodnia jakich wiele, powiesić zwyrodnialca. Tyle że skrupulatny Inkwizytor doszukuje się coraz więcej niejasności, w tym ten najważniejszy. To nie odosobniony przypadek, że ktoś próbuje zabić kogoś sobie najbliższego. Tak przyjdzie mężczyźnie poznać mroczne sekrety małżeństwa, jak i najbliższe otoczenie poszkodowanej/sprawcy.
Powiem szczerze, że do pewnego momentu wciągnąłem się bardzo. Piekara ma taki dar. Brudny, okrutny, szalenie interesujący świat, gdzie wiara jest słowem kluczem do czynienia okropnych rzeczy. I gdzie obok demonów występują też potwory w ludzkiej skórze. Niestety, Pan Piekara ma też czasem nawyk napisania zbyt wiele, a przez co zacząłem się domyślać, jak się to potoczy. I w finale nie ma ostatecznej zmyłki, czy jakiejś wolty. Poczułem przykre rozczarowanie. Stosując styl autora, byłem dopieszczany na tyle mocno, że już miałem kończyć, a tu nagle wszystko się skończyło...
Tak samo było z drugim opowiadaniem. "Miód i mleko". Może i ugasiłem pragnienie tym mlekiem, ale miodku to mało co liznąłem. Mamy wioski, gdzie wszystko kwitnie, dojrzewa tak, że warzywa i owoce są ogromniaste, a wszelkie plagi, zła pogoda i przykre przypadki omijają szerokim łukiem. Zasługę miejscowi przypisują pewnej kobiecie o imieniu Dorotka. Mordimer szybko się z nią zaprzyjaźnia i spędza bardzo sporo czasu na igraszkach. W tle poszukiwanie relikwii specyficznego świętego, nowości o nie-świecie, nieco prawdy o dogmatach i podstawach wiary tego świata.
Druga sprawa, choć czyta się świetnie, nie porwała mnie w ogóle. Sytuację ratuje jej końcówka, ale miłosne podboje bohatera to coś czego nie potrzebowałem. Nie potrzebowałem też powtórzeń. Ja rozumiem, że trzeba zapełnić czymś strony, ale "gdy czarne płaszcze zaczynają tańczyć" zacznie być jakimś mottem całej serii. Z pewnością sięgnę po "Bicz Boży", bo takowy mam w kolekcji i coś czuję, że tam też to znajdę. Jak i szowinizm tego świata wobec kobiet. Nieco mnie to martwi, bo i ile są to przymioty głównego bohatera, który kobiety traktuje bardzo przedmiotowo, to zastanawiam się na ile autor przelewa na postać z własnej osobowości...
Reasumując. 3.5/5, ale bez naciągania. Poprzedni tom podobał mi się odrobinę bardziej, a autor skutecznie (i denerwująco) rzuca nam ochłapy wiedzy na ten świat, skuteczne jednak pobudzając ciekawość. Bo po tych kilku tomach nadal chce więcej, choć twórczość Piekary ma swoje wady.