Una luna es el diario de un viaje acelerado, enloquecido, un «hiperviaje»: un mes de saltos entre Kishinau y Monrovia, Amsterdam y Lusaka, Pittsburgh y París, Madrid, Barcelona y Johannesburgo, en el que Martín Caparrós, enviado por una agencia de Naciones Unidas, se encuentra con jóvenes migrantes de muy diversas mujeres traficadas, refugiados de guerra, polizones de pateras, niños soldados, víctimas del sida, pandilleros deportados, trabajadores, estudiantes, toda esa enorme población actual que, de un modo u otro, busca lugares nuevos para intentar vidas distintas. Una luna es una mirada sorprendente, distinta, sobre algunas de las cuestiones más calientes de estos años. Las migraciones, el drama del destierro, los abismos entre primer y tercer mundo, el lugar de las mujeres, los límites del hombre, las nuevas formas de viajar y las posibles formas de contarlo son algunos de los temas de este libro, que no esquiva -tampoco- la reflexión autobiográfica. Una luna es un pequeño gran libro y es, probablemente, el relato más íntimo de uno de los grandes cronistas contemporáneos. «En este cambio de siglo, Martín Caparrós (Buenos Aires, 1957) es el cronista de viajes más importante de la lengua española. Si quisiéramos hacer un símil con la lengua anglosajona pensaríamos en Paul Theroux, quien también cultiva el libro de viajes y la novela, pero Caparrós me parece superior» (Jorge Carrión, ABC ). «Martín Caparrós es un clásico, sólo que nadie lo sabe. Caparrós es, hoy por hoy, el más importante escritor del periodismo nuestro Capote, nuestro Kapuściński» (Jorge Fernández Díaz, La Nación) . «Caparrós es un maestro de la crónica» (Juan Villoro, Reforma) .
Martín Caparrós es un periodista y escritor argentino. Comenzó su carrera periodística en el diario Noticias en 1973, en la sección policial, a cargo de Rodolfo Walsh. En la dictadura, abandonó el país y se exilió en Europa: se licenció en Historia en la Universidad de París; más tarde vivió en Madrid, hasta 1983. Tras el retorno de la democracia a Argentina, regresó a Buenos Aires. Vive en España y publica sus columnas en El País de Madrid y el New York Times.
I was disgusted by the homophobic remarks. It was a really honest and private journal and I get that the author wrote whatever came to his mind, often totally not connected to the main subject of the book, but I cannot accept such "observations" coming from a person, who is supposed to work for tolerance, acceptance and equality for ALL.
Really? Homosexuality as "a form of doubting one's capabilities"? No, thanks.
Primero que leo de Caparrós, y me quedo con ganas de leer más. Su combinación entre crónica, autoficción, ego desatado, es bastante buena, más que nada porque escribe muy bien. Muy recomendado, y lo seguiré leyendo.
Śmieszą mnie niektóre komentarze odnośnie tej książki. Po pierwsze na okładce wyraźnie napisano, że to nie jest reportaż, więc nie wiem czego ludzie się spodziewali, ale chyba, o zgrozo, reportażu. "Księżyc..." to, za przeproszeniem, chrzanienie faceta który w ciągu miesiąca odbył dziewięć podróży po dziewięciu krajach. W sensie, to PAMIĘTNIK. A w pamiętniku, z zasady pisze się wydumane smęty. Brawa dla Caparrosa, że zawarł w książce kilka, jeśli nie kilkanaście, bardzo celnych uwag, pośród "oczywistych oczywistości". Po drugie, porównywanie do Głodu, który był wydany kilka lat później (!), i który był reportażem (!!!) mija się kompletnie z celem. Po trzecie, serio? Ludzie nazywają go homofobem i rasistą? Gościa, który co najmniej kilka razy stwierdził gdzie i jak głęboko ma tak zwaną poprawność polityczną? Który z lubością obsmarował kulturę białych i siebie samego? Heteroseksualnych facetów? Którego dość wyraźnym celem było wkurzenie, wstrząśnięcie czytelnikiem, by zastanowił się nad szeroko pojętą kondycją współczesnego świata? No ale jasne, łatwiej kolesia nazwać homofobem albo rasistą, bo to takie modne dzisiaj. Ehe.
Un conjunto de entrevistas magníficas a personas que han migrado lejos de su hogar, pero enlazadas por un cronista que disfruta demasiado leyéndose y escribiéndose.
Zupełnie nie zgadzam się, że "homoseksualizm jest formą zwątpiwnia we własne możliwości miłosne", natomiast muszę przyznać, że ja również "szanuję kraj, który karmiąc cię, nie oszukuje".
Niestety, autor topi ciekawe i często wstrząsające historie spotykanych bohaterów w morzu egocentrycznych rozważań starzejącego się białego mężczyzny, często popadając w dość tanią metafizykę. Wyróżnione kursywą relacje migrantów z pewnością warto przeczytać, ale pewną irytację budzi łatwość, z jaką autor po zdawkowym komentarzu momentalnie przeskakuje na swoje ja i jego wrażenia z hoteli i biznes klasy w samolocie. Pojawia się kilka celnych obserwacji, ale też miejscami autor z zaskakującą łatwością dokonuje krytycznych ocen rzeczywistości, zapominając o swoim przywileju i w konsekwencji reprodukując krzywdzące stereotypy.
Książka smutna z kilku powodów - wstrząsających historii bohaterów reportaży, porażających, rasistowskich uwag autora oraz oznak jego beztroskiego podejścia do etyki zawodowej. Nie sądzę, żeby mocna strona literacka książki była w stanie przeważyć braki.
Kiedy czytam w czyimś publicznym pamiętniczku, że „homoseksualizm jest formą zwątpienia we własne możliwości miłosne" albo ,,czasem tęskno mi do czasów, w których można było trzymać niewolników […], tak jak teraz trzyma sie w domu psa” to myśle, że poprawność polityczna ma jednak istotną społecznie funkcje.
"Głód" Martína Caparrósa jest dla mnie książką fenomenalną. Długo po jego lekturze nie mogłem się otrząsnąć. Tym bardziej ucieszyłem się kiedy cichaczem na rynek wmaszerowała niniejsza pozycja.
Zawód - to właśnie uczucie towarzyszy mi świeżo po lekturze książki "Księżyc. Od nowiu do nowiu". Momentami trudno mi uwierzyć, iż autorem jest ta sama osoba, która z taką wrażliwością podejmowała temat głodu i niesprawiedliwości społecznej na świecie. To bowiem co Martin Caparrós funduje nam w swej najnowszej propozycji to przedstawione zresztą dość sucho historie ludzi walczących o lepsze jutro na uchodźstwie, które to historie zostały na siłę wciśnięte pomiędzy luźne refleksje autora z podróży podjętej na zlecenie ONZ. Sugerując się opisem tej książki niby właśnie tego powinniśmy się spodziewać, ale chyba nikt nie przypuszczał, że Caparrós uczyni to w takim stylu. Niby próbuje się on tłumaczyć tym, że bodajże poraz pierwszy pisze książkę na zlecenie, niby trudno mu odnaleźć się w ograniczeniach nałożonych przez zamawiającego, ale w moim odczuciu nie jest to żadne usprawnienie.
Odnalazłem przed sięgnięciem po książkę "Księżyc. Od nowiu do nowiu" opinie, których autorzy doszukiwali się homofobii czy rasizmu w wypowiedziach Caparrósa, które zawarł w tej książce. Ja chciałbym w tym miejscu mocno zaznaczyć, iż nie odnalazłem tutaj niczego takiego. Znalazłem natomiast chaos, bałagan, czasem przeintelektualizowane treści pisane jakby na pokaz. Caparrós jakby sam pogubił się w tym po co, dlaczego i o czym pisze. Momentami kompletnie go nie rozumiałem, bądź zastanawiałem się nad sensem poszczególnych fragmentów. Czym dalej brnąłem w tę książkę tym mocniejsze było moje rozczarowanie. Tym bardziej nie rozumiałem potraktowania w ten sposób tematu, iż niósł on ze sobą ogromny potencjał. Aż przykro mi jest, że nie umiem odnaleźć w tej książce czegoś co by ją ratowało. Pewnie i tak lepiej było ją przeczytać, niż sobie darować, bo bądź co bądź przyczyniła się do jakichś refleksji, ale nie o takie refleksje mi chodziło i wypada się cieszyć, iż przynajmniej nie była ona obszerna. Nie polecam. Polecam natomiast przy tej okazji poraz kolejny fenomenalny "Głód"
Martin Caparros wciela się w rolę reportera i odbywa dalekie podróże, aby porozmawiać i poznać historie wielu imigrantów. „Polem jego działania stają się najniższe rejony społeczne w odwiedzanych miejscach. Dlatego wyniesie stamtąd zawsze najgorsze możliwe wrażenia.” Ci wszyscy ludzie, których miał okazję spotkać szukali lepszego położenia na ziemi, ponieważ społeczeństwo nie chciało im zapewnić dogodnego życia – właśni rodacy sprowadzali na nich życiowe traumy. Byli skazani na ucieczkę.
„Księżyc od nowiu do nowiu” to książka, która otworzyła mi oczy i nieco zmieniła spojrzenie na świat. Poznając dokładne przeżycia imigrantów oraz ich historię, byłam w stanie ujrzeć moje błędne spostrzeżenia. W całą historię zostały wplecione także przemyślenia dotyczące hiperpodróży, które również mogę ocenić na plus.
Mogłabym powiedzieć, że pozycja jest wręcz przesiąknięta rozważaniami autora, z którymi poniekąd się zgadzałam , a niektóre wywoływały we mnie poważne rozdrażnienie. Uważam, że wiele z nich było po prostu zbędnych. Otrzymaliśmy więcej jego przemyśleń, niż faktycznie historii imigrantów.
Styl pisarski Caparrosa również nie powala z nóg. Mam wrażenie, że okazał się być nieco chaotyczny, z dużą ilością powtórzeń. Występowało tam mieszanie różnych języków z polskim typu – coffe shops, czy nieco infantylne słownictwo, np. obciachowo. Niestety pióro Martina wyjątkowo nie przypadło mi do gustu.
Doceniam tę książkę między innymi dzięki temu, że obala stereotypy utarte w naszej kulturze. Z pewnością nie jest ona łatwą lekturą – niejednokrotnie po przeczytaniu danego fragmentu musiałam ją odłożyć, ochłonąć i wszystko przetrawić. Ukazuje nam realia świata, makabryczne sceny, bezwzględność i barbarzyństwo ludzi oraz problemy z jakimi musieli się oni mierzyć. Uważam, że jest ona pozycją wartą przeczytania, ale nie będzie ona przeznaczona dla wszystkich.
Fantástico Caparrós en este diario de hiperviaje, un recorrido rápido y brutal sobre la realidad de inmigrantes que arriesgan su vida para cambiar la situación en la que nacen. Hace reflexionar al lector sobre su posición frente al cambio, los viajes y el recuerdo. Es un cronista para seguir.
Bellísimo libro de crónicas y reflexiones sobre los viajes y las personas que uno encuentra en éstos. Caparrós es, junto con Kapuscinski, uno de los mejores representantes del Nuevo Periodismo.
To druga książka tego autora jaką miałam okazję przeczytać. I po raz kolejny uczucie temu towarzyszące było jak wylanie kubła zimnej wody na moją uprzywilejowaną głowę. O kwestiach poruszanych w reportażach pana Martina wie się i nawet czasem nich myśli, ale nadal zdecydowanie za mało nie wspominając już o braku jakiegokolwiek działania. Problematyka migracji została zepchnięta gdzieś na daleki tor po kilku wybuchach paniki w telewizji i gazetach, natomiast nigdy nie czytałam o niej w taki sposób, z perspektywy ofiar tego zjawiska. I Tak jak przy okazji “Głodu”, “Księżyc. Od nowiu do nowiu” pokazuje różne oblicza tego samego problemu, co niesamowicie poszerza horyzont i skłania do myślenia.
Tematyka jest mocno przygnębiająca i poruszająca, tym bardziej że autor wcale nam nie ułatwia odbioru. Opisuje historie napotkanych, wybranych osób (w ramach przygotowywania specjalnego raportu dla ONZ) w sposób dosadny i tylko pozornie bezosobowy. Wplata on bowiem w tekst mnóstwo krytyki istniejącego systemu, swoje własne odczucia i emocje związane z każdą historią. A przede wszystkim każda strona aż emanuje niemym apelem do czytelników. Bardzo łatwo jest bowiem kogoś zmieszać z błotem, wyrzucić z kraju jak śmiecia albo najlepiej nie wpuszczać odwracając głowę w drugą stronę, zamiast naprawiać przyczyny zaistniałego stanu rzeczy i stworzyć odpowiednie środowisko, elastyczne w odpowiedzi na zmieniający się świat. Myślę, że takie książki są bardzo potrzebne bo mam wrażenie, że wiele ludzi nie rozumie skali problemu i tego, że dotyczy on nas wszystkich. A także tego, że czas obudzić w sobie empatię i rozum, żeby nie pomagać w głupi i nieprzemyślany sposób na jaki zdecydowało się wiele krajów. Temat migracji jest bardzo złożony i kruchy, mówimy to w końcu o ludzkich życiach i tragediach przed którymi uciekają w poszukiwaniu lepszego świata. A niestety często nie dane jest im tego zaznać, co wykracza poza umiejętności poznawcze przeciętnego, wygodnego mieszkańca świata zachodniego.
Książkę polecam z całego serca. Jest bardzo trudna i przykra, ale myślę że będzie objawieniem dla wielu osób. Mi do serca przypadła również barwna narracja autora, którego bardzo cenię za przepiękny język (i chylę czoła przed tłumaczem!) i strony aż kipiące od przeróżnych emocji. POLECAM!
Historie ludzi, z którymi autor przeprowadzał wywiad mocne, interesujące, warte przeczytania. Szkoda tylko, że Martín Caparrós, jeśli sądzić po objętości tekstu poświęconej poszczególny tematom uważa że równie ważne i zajmujące są: historia Mołdawianki sprzedanej do burdelu przez własnego męża, historia Liberyjczyka na którego oczach zjedzono żywcem jego babcię oraz opowieści o tym, że Martin kopnął gołębia w Madrycie teraz i 30 lat temu i dwa razy pomyślał o tym samym mimo upływu czasu lub fakt, że pewien rodzaj pończoch noszony przez kobietę spotkaną na lotnisku Martin uważa za przejaw "plebejskości". Kilka jego przemyśleń o świecie trafnych, większość groteskowo banalnych i bezwartościowych ("Jakie to dziwne, że w publicznej toalecie trzymamy się za ptaka mając twarz innego mężczyzny pół metra od siebie"). Do tego jeszcze dostajemy sporą porcję typowo francuskiej arogancji i bufonady, uwag o prowincjonalizmie, tandecie, złym guście itd. Caparros zupełnie mnie nie przekonuje w swoim przejęciu nierównościami na świecie, ani w swoich samooskarżeniach siebie jako białego mężczyzny z pierwszego świata. Rzuca tego typu "humanitarne" uwagi od niechcenia i szybko przechodzi do szczegółowych wyjaśnień dlaczego poszedł do fast foodu w RPA (zamiast do jakiejś restauracji Z KLASĄ). Z plusów: autor ma całkiem dobre pióro i książkę czyta się lekko, jednak gdyby nie naprawdę dobre historie i rozmowy przedstawione w książce to pewnie dałbym Księżycowi 1-2/5.
Mam dosyć mieszane uczucia co do tej książki. Niby jest super. Kopnie Cię, trochę poturbuje, poruszy, porazi. Caparros wybrał się w "hiperpodróż", jak on sam to określa. W podróż po świecie, poszukując historii ludzi, którzy emigrowali z jakiegoś powodu. Trafia do kilkunastu krajów, na polecenie ONZ, do zapomnianych miejsc jak Mołdawia, Liberia, Zambia...
Poza tym, zalewa czytelnika swoimi przemyśleniami na najróżniejsze tematy. Z tych notatek wychodzi człowiek zgorzkniały, zagubiony i niezadowolony z własnej pracy i życia, poszukujący odpowiedzi na pytania, które trudno jest sformułować, a jednocześnie wydają się niezwykle banalne. I te notatki zagłuszają te historie, które tak bardzo szokują i porażają. Może to mieć znaczenie równowagi, które odbiera trochę ciężaru tych historii. Trudno jednak się tutaj zgodzić z Caparrosem, a mnie już szczególnie, w jego przeświadczeniach, uwagach i ocenach społeczeństwa. Często on mnie po prostu wkurzał swym osądem, lekkim chaosem w jego przemyśleniach i nawet homofobicznymi uwagami. Caparros jako pisarz czuje się niekomfortowo na swojej pozycji człowieka, który w życiu widział i słyszał aż za dużo.
Uważam, że dla samych historii książka warta przeczytania. Caparros zmusza czytelnika do refleksji i za to można być mu wdzięcznym. Pozycja możliwie obowiązkowa, ale wymagająca.
„Księżyc” Caparrósa mnie rozczarował i nie jest to wyłącznie wina dużych oczekiwań. Wbrew podtytułowi („dziennik z hiperpodróży”) spodziewałam się reportażu na temat migracji, o tyle interesującego, że z okresu przed momentem, kiedy temat ten stał się naprawdę gorący, a dostałam zbiór dywagacji autora na tematy wszelakie, przetykanego jedynie historiami osób, z którymi wywiady przeprowadził. Te tak podobne, choć zupełnie różne historie, kobiet i mężczyzn zmuszonych do porzucenia swojego domu i wyruszenia w drogę w poszukiwaniu normalności, to najbardziej interesująca część tej książki. Wśród przemyśleń Caparrósa można również znaleźć sporo perełek, myśli ciekawych, zabawnych czy trafnie pointujących kondycję tego świata. Niestety jest tam również sporo chaosu, osobistych dywagacji, które mnie czasem irytowały, ciężko było mi je powiązać z tematem książki, a czasem nawet zrozumieć.
Sięgnęłam po stosunkowo krótki „Księżyc”, by złapać bakcyla i poczuć nieprzemożoną chęć zanurzenia się wreszcie w tak wychwalanym siedmiuset stronicowym „Głodzie”. Nie zakochałam się w nieuporządkowanym sposobie myślenia i pisania autora, ale mimo wszystko poczułam, że warto dać mu jeszcze jedną szansę.
Caparros spisuje historie ludzi dotkniętych traumą - ich opowieści składają się na chór głosów, którego tło stanowi obserwacja czasu pomiędzy wywiadami - wypełnionych osobą autora - przemieszczanego samolotem pomiędzy kontynentami, konsumującego hotelowe posiłki, rozmyślającego nad strukturą świata, obserwującego kolejne fazy księżyca. Opowieści pozornie stanowią osobne historie - jest tu dorosły uchodźca z Liberii, który widział, jak zjadają żywcem jego babcię; były członek gangu narkotykowego na Salwadorze; jedna z wielu, chora na AIDS Zambijka z trojgiem dzieci; kobieta z Mołdawii sprzedana przez męża do burdelu - wszystkie historie mówią o uświadomionym lub utajonym wykluczeniu. Postać reportera, z jego codziennością w podróży, pokazuje jak bardzo różni się status większości zadowolonych z życia ludzi, urodzonych z potencjalnością wyboru, od tych osób, które na starcie muszą myśleć o tym, co jutro zjedzą lub jak przeżyją.
Tak dobry autor, takie możliwości i taki zmarnowany potencjał.. Ja wiem, że to nie jest reportaż. Ja wiem, że to nie jest drugi "Głód", który jest jednym z najlepszych reportaży jakie czytałam. No ale kurcze, jak można mając takie możliwości i taki talent ubierania w słowa trudnych historii nie oddać głosu uchodźcom, o których miała być docelowo ta książka? Owszem, przemyślenia z podróży mogłyby być wydane jako dziennik - jestem pewna że i ten znalazłby swoich odbiorców. Ale tutaj mamy różne miasta, wywiady z ludźmi którzy doświadczyli rzeczy trudnych, strasznych momentami - i ich doświadczenia (swoją drogą najciekawsze momenty w książce), są sprowadzone do kilku stron każdego rozdziału, na zasadzie niejako dygresji w odniesieniu do innych treści i uwag autora na temat tego co akurat mija na ulicy. Zawiodłam się, mimo że miałam świadomość tego że to może nie do końca być taka pozycja jakiej oczekiwałam.
Sumamente problemático y conflictivo, pero interesante, constantemente provoca al lector con comentarios que desentonan con la realidad que está representando. Se reconoce como una de las obras más personales del autor y dónde más destaca su voz como cronista, el libro está lleno de contradicciones ideológicas que se sientes a la vez como un performance y una revelación de la personalidad. No es una lectura que se disfrute mientras se realiza, pero al terminarlo definitivamente deja algo que vale la pena.
«Viajar es, por supuesto, la confesión de la impotencia: ir a buscar lo que te falta a otros lugares. Si realmente creyera que no necesito nada más me quedaría en mi casa. Si realmente creyera que no necesito nada más sería un necio. Si realmente creyera que no necesito nada sería más feliz. Lo intento desde hace mucho tiempo. Pero la vejez —¿he dicho la vejez?— consiste en saber desde el principio que un viaje siempre se termina.»
Una colección de ensayos a partir de unas crónicas que el autor tuvo que escribir para el fondo de la ONU para la Población. Está bueno cómo hila sus aspectos "laborales" con las impresiones personales.
Oczekiwałem dobrej książki jednego z moich ulubionych reportażystów a dostałem pseudointelektualne, meta wannabe zapiski starego zdementowanego dziada, któremu tęskno do czasów niewolnictwa, a „homoseksualizm to forma zwątpienia we własne możliwości miłosne” XD dogshit książka, szkoda drzew
2,5 Niestety, ale było to moje rozczarowanie. Trochę sama jestem sobie winna, bo nastawiłam się na coś zupełnie innego (a wystarczyło przeczytać opis z tyłu książki, żeby tego uniknąć), ale jednocześnie mam poczucie, że autor dał zdecydowanie za mało przestrzeni swoim bohaterom.
Algunos libros tienes que leerlos por gusto, y otros que tienes que leer porque es necesario conocer lo que dice, en este caso este texto es el segundo, leer sobre el dolor y la miseria siempre es horrible pero ser señalado por ser cómplice es aún peor y es necesario ser consiente de eso.
Lectura ligera de temática sórdida. Caparrós se escribe migrando para entrevistar migrantes. En el medio filosofa un poco, le suele salir bastante bien.