Nie wiem. Sam sobie tego piwa nawarzyłem. Chciałem czytać Summa technologiae lub Dialogi, ale żadnej z tych książek nie miałem w lokalnej bibliotece – sięgnąłem więc po jedyną inną pozycję z rodzaju gdybań futurologicznych. Niestety, Okamgnienie to zaledwie appendix do poprzedzających ją książek. Prędzej bym to włączył jako (nad wyraz rozbudowane, ale jednak) posłowie do Summy technologiae albo nawet Dialogów. Raz, że autor sam zaznacza rewizjonistyczny charakter swych rozważań (czyli nieustannie powraca, ustosunkowuje się i sięga wstecz, zakotwiczając się w ten sposób na znanych już sobie wodach, bez krzyny śmiałości, aby wypłynąć poza horyzont), to dwa, że cierpkość przewidywań Lema wzrasta wprost proporcjonalnie do jego wieku. Wszystko kurczeje (czyli kurczy się, ale lepiej!), wskutek czego autor traci rozmach (którego, jak z tej książki wolno mi wywnioskować, nie brakowało mu dawniej). Przykładowo, bardzo wiele uwag zostało w tej książce z nagła zapauzowanych, bo przecież autor nie będzie przesadnie pozwalać sobie na snucie daleko idących rozważań; najwyraźniej raptem zasygnalizowanie potencjalnych obaw i niepokojów dostatecznie mu dogadza. Z racji tego większość ustaleń momentalnie sprowadzona zostaje do poziomu jeno supozycji. Szkoda, gdyż u mnie ikra i rozmach zawsze są w cenie. Rozumiem odmienną postawę autora, bo świadczy ona o jego sceptycyzmie i, cóż, rozsądku (wszak zdaje się, że współcześni futurolodzy w porównaniu ze swoimi poprzednikami mają przed sobą wyzwania tylko bardziej wymagające). Zresztą Lem słusznie wytyka czołowym naukowcom bezmyślne próby przelicytowania wszystkich w przetargach na jak najodleglejsze antycypacje. On sam natomiast tłumaczy, że tego typu konkursy go nie interesują. I rzeczywiście, jest to racjonalny powód dla jego powściągliwości, lecz co poradzić, skoro mnie zależałoby na większej odwadze i dalekosiężności. (Osłów takich jak ja doprawdy nie idzie przekonać).
Nie jest to literatura porwania (tzn. mnie nic nie porwało), tak czy siak do wspomnianych w pierwszym zdaniu tytułów na pewno swego czasu się dorwę (wtedy będzie to... literatura porwana) i w nich upatrywać będę nutki naiwności, a może i pięknoduchostwa (bardzo się zdziwiłem, że nie pięknoduchstwa), które wierzę, że młody Lem jeszcze miał, tylko zapomniał w sobie kultywować. Tutaj zaś jest on dla mnie zbyt pragmatyczny (chyba nie ma u nas dobrego słowa na „twardo stąpający po ziemi", prawda? Na początku kropnęło mi się przyziemny, ale przecie to coś zupełnie innego... No nic, niech będzie pragmatyczny, choć to wciąż „nie to" [pięć słów z rzędu po jednej sylabie, to się naturalnie zdarza w polszczyźnie bodaj raz na milenium]), ja z kolei mam do takich jednostek wrodzoną awersję (niespełniony pismak powiedziałby teraz, że to takie jego skrzywienie zawodowe, dlatego ja tego nie zrobię – jeszcze trzymam fason).
Ugułem może być.