Rok 1819. W Europie nastał wiek etheru. Cesarstwo Francji pod władzą Bonapartego jest potężniejsze niż kiedykolwiek. W Paryżu, centrum naukowej rewolucji, niebo zarasta trakcjami kolejki etherowej. Uczeni projektują maszyny liczące, a cewki Morthiena zasilają równie potężne, co niestabilne bramy. Młody naukowiec Maurice Dalmont wpada na trop tajemniczego odkrycia, a narzeczony jego siostry, Stanisław Tyc, rusza w szeregach Legii Nadwiślańskiej do Nowej Europy, walczyć o ziemie, które Napoleon obiecał Polakom. Ether jest jednak zdradliwy, a Nowa Europa to miraż, skrywający mroczny sekret.
Czego szuka w Paryżu najlepszy szpieg cara? Dlaczego przez Bramę Moskiewską ciągną makabryczne kolumny wozów wyładowanych trupami? Nad czym pracował profesor Beulay tuż przed swoim zniknięciem?
Oto świat, jakiego nie znacie. Szable i etherowe kulomioty. Cylindry i telepatyczne obręcze. Dorożki i powietrzna kolej. Francuscy gwardziści, carscy szpiedzy, angielscy inżynierowie, szaleni mnisi oraz dziwne moce z drugiej strony bramy.
W migotliwym świetle etheru znane nam pojęcia rozpadają się w pył. Kto zdoła odkryć jego naturę?
Pisarz zdobywający coraz większą popularność dzięki niezwykłej wyobraźni, zaskakującym fabułom oraz kreowaniu osobliwych światów. Zderzał już historię wojen napoleońskich ze steampunkiem i fantastyką (Zadra, 2009, 2010), jak również polską rewolucję przemysłową z kabałą i podróżami w czasie (Krawędź Czasu, 2011). Jego dwie ostatnie powieści były nominowane do nagrody literackiej im. Janusza Zajdla. Zdobywca złotego wyróżnienia nagrody im. Żuławskiego, laureat europejskiej ESFS Encouragement Award.
Dzień dobry. Ja jestem Krzysztof Piskorski, a to miała być Narracja. XIX-wieczna forma narracyjna (z auktorialnym narratorem i resztą inwentarza) niby narzuca się sama, kiedy myślimy o czasach napoleońskich. Trudno jednak napisać coś takiego po Flaubercie, trudno wyrwać się z narracji spersonalizowanej, trudno po prostu o Narratora. Gdziekolwiek narrator Zadry się podziewa przez większość czasu nie wiem, kiedy jednak okazyjnie się pojawia, robi to w oparach takiego banału (gdyby wiedzieli do czego doprowadzi ich wynalazek, natychmiast by go zniszczyli!), że naprawdę można podejrzewać podstęp. W ogóle cała Zadra pełna jest skonwencjonalizowanych chwytów i banalnych sformułowań. Jeśli miało to budować klimat (a miało, widać to jak na dłoni), to nastrój literackiej tandety udało się uzyskać, że hoho. To co wybacza się Pilipiukowi (w Kuzynkach), gdzie indziej po prostu irytuje. Bo grafomania Pilipiuka jest śmieszna, taka ma być i posiada tylko jedną ambicję: zarobić na życie swojego twórcy. Zadra nie jest zabawna, co niestety nie oznacza braku Elementów Komicznych. Warstwa literacka to koszmar. To co stworzyła korekta to drugi koszmar. Dialogi są potworne. Elementem stylizacji (?!) jest używanie przez bohaterów sztucznych zdań upstrzonych związkami frazeologicznymi (wątpliwej poprawności treści i użycia). Ale, ale! To jeszcze nic w porównaniu do ślimaczego tempa akcji (przez pierwszy tom właściwie nic się nie dzieje), opisanej tak fascynująco, że mimo prologu, w którym głównego bohatera mają powiesić, połowa innych postaci ginie a do tego ma miejsce jakaś wstrząsająca katastrofa... czytelnik ma to kompletnie w dupie. Tego ślimaczego tempa akcji nie tłumaczą wcale opisy świata (których przecież się spodziewamy najbardziej) - jest ich tak mało, że właściwie wcale, są mętne i kompletnie pozbawione polotu. A bohaterowie? Tektura wzmacniana dyktą. Pół biedy jeśli idzie o takie nudne maszynki będące pretekstem do wydarzeń jak Dalmont czy Tyc, ale taka debilna, irytująca ameba jak Natalie?! To jedna z tych postaci, co do których wszyscy wiemy, że są beznadziejne, irytujące i głupie, ale autor i postacie są przekonane, że to cudowne, błyskotliwe osoby. A tfu! Fabuła: jest. Sądzę nawet, ze dobrze opisana byłaby nawet bardzo dobra, głównie za sprawą fajnego (zdawałoby się) świata. Nie jest to szczyt subtelności czy oryginalności, ale dobrze opisany mógłby zapewnić całkiem fajną zabawę. Otóż mamy równoległą rzeczywistość, Nową Europę, ziemię alternatywnej historii, o którą walczą światowe mocarstwa: Francja Napoleona (który utrzymał się przy władzy dzięki odkryciu etheru), Carska Rosja i Prusy (wspomagane przez Anglię). Bohaterowie to Maurice Dalmont, młody naukowiec, jego durna siostrunia Natalie, narzeczony Natalie i polski oficer Stanisław Tyc. Dalmont jest bohaterem wątku toczącego się w Starej Europie, w założeniu tego wyjaśniającego szczegóły polityki i nauki (wychodzi bardzo średnio). Natalie... nie wiem na cholerę tam jest Natalie, poza tym, ze Tyc pisuje do niej listy (oraz przeżywa ona och, jak dramatyczne przygody z gatunku Element Komiczny). Tyc zostaje wysłany do Nowej Europy, gdzie bierze udział w kilku bitwach i pomniejszych potyczkach i wyprawach naukowych (nie, nie podniecajcie się, gówniane to i w ogóle nie opisane). No i pisuje do Natalie listy. Mój ulubiony to ten, w którym dokładnie opisuje jej supertajną misję (tak tajną, ze wszystkie rozkazy były tylko ustne, najwyższe dowództwo nic o tym nie wiedziało, myśleli, że chodzi tylko o eskortę naukowców)! A misja ta spowodowana była przejęcie supertajnych dokumentów jednego z pruskich dowódców, dotyczących o misji o której... nie wiedziało ichnie dowództwo! A on to wszystko dokładnie opisał w liście do dziewuchy! No i co tam jeszcze? A tak. W Nowej Europie działa magia, więc ruski psychol (takie skrzyżowanie Rasputina z młodym Stalinem) zaczyna sobie, uwaga, uwaga... produkować zombie! Od biedy całą tę Zadrę można by uznać za szkic fabuły, który napisaliśmy, żeby nic nam nie uciekło z głowy, a teraz można zabrać się za dodawanie opisów, scen, poprawianie warstwy literackiej. Ale przy tak tragicznych postaciach nie wróżyłabym sukcesu. Cóż poza tym? No, Piskorski czytał Inne Pieśni (i chyba Ziemię Chrystusa). I to chyba wyszło Zadrze bokiem. Kolejne baty należą się za tytuł. Wyjaśniony jest ładnie dopiero pod koniec drugiego tomu, jakby autorowi nagle się przypomniało, ale na koniec to wytłumaczenie spieprzono. W ogóle zakończenie tej powieści to kompletne, absolutne DNO. Nieodparcie mi się z czymś kojarzące swoją drogą... Generalnie: Zadra? Nawet nie kicz - kicz bywa zabawny - kompletna tandeta. Przeczytać można. Tylko po co? To było moje pierwsze i ostatnie spotkanie z panem Piskorskim. Sory, ale nie.
Na plus: + tytuł (Bo fajny, mnie od dawna chodził po głowie) + powiedzmy że pomysł + powiedzmy że ogólny zarys fabuły
Na minus: - tytuł (Bo wprowadza w błąd. Jest fajny a książka gówniana i w ogóle bez związku z tym tytułem) - nuda - brak opisów świata i w konsekwencji świata w ogóle - postacie - słabość literacka - szycie grubymi nićmi - wtórność - pseudostylizacja - zombie.
Październik, rok 1813. Podczas słynnej bitwy pod Lipskiem, ochrzczonej przez potomnych Bitwą Narodów, cesarz Napoleon I ponosi sromotną klęskę w starciu z armiami koalicji antyfrancuskiej. Ginie książę Józef Poniatowski, zaś sam Bonaparte kilka miesięcy później zostaje zmuszony do abdykacji. Podporządkowane Francji Księstwo Warszawskie przestaje istnieć, a w nowo powstałym Królestwie Polskim władzę sprawuje car Aleksander I. Wyobraźmy sobie jednak, że decydująca batalia przebiega inaczej – dzięki etherowym kulomiotom szala zwycięstwa przechyla się na stronę Napoleona. Cesarz nie abdykuje, a książę Poniatowski nie ginie – miast tego zostaje władcą w powstałej pod francuskim protektoratem Koronie. Przeciwnicy Bonapartego zawiązują kolejną koalicję, ale jej działania wojenne toczyć się będą w świecie nam nieznanym – niedawno odkrytej Nowej Europie. Brzmi intrygująco? Mam taką nadzieję, jest to bowiem dopiero początek historii, którą na kartach „Zadry” pisze na nowo Krzysztof Piskorski.
Gdy rozpoczyna się akcja powieści, od Bitwy Narodów minęło kilka lat. Dziewiętnastowieczne społeczeństwo zachłysnęło się najbardziej przełomowym odkryciem epoki, etherem, którego natura pozostaje niejasna nawet dla najtęższych umysłów. Na potęgę powstają kolejne wynalazki wykorzystujące ten niezwykły materiał – kolejki, latarnie, broń palna, a wreszcie bramy prowadzące do świata równoległego, wspomnianej Nowej Europy. Niezbadane ziemie stanowią pokusę dla największych mocarstw, rozpoczyna się więc wyścig bardziej zacięty niż ten toczony niegdyś o kolonie w obu Amerykach czy Afryce. Decydujący wpływ na bieg wydarzeń wywrą zarówno naukowcy, jak i żołnierze czy szpiedzy, których nie brakuje w żadnym z antagonistycznych państw. Nowa Europa skrywa jednakże wiele tajemnic, a kampania prowadzona w innym świecie może okazać się trudniejsza od wcześniejszej wyprawy wojsk napoleońskich w głąb Rosji. Jeśli zaś dodamy do tego próbę okiełznania etheru i zrozumienia jego nieprzeniknionej natury, otrzymamy mieszankę prawdziwie interesującą i nowatorską.
Sposób funkcjonowania świata przedstawionego tłumaczony jest czytelnikowi stopniowo, by nie utonął on w nadmiarze nowych faktów. Dawkowanie informacji rozbudza ciekawość odbiorcy, a wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi także po zakończeniu lektury pierwszego tomu. Na nudę jednak narzekać nie sposób; wśród zasiedlającego świat grona barwnych postaci wyróżnić możemy dwóch głównych bohaterów – przedstawiciela środowiska naukowego oraz reprezentanta napoleońskiej armii. Ten pierwszy to Francuz Maurice Dalmont, umysł niedoceniany, acz błyskotliwy. Ten drugi to Polak Stanisław Tyc, podpułkownik ze zmobilizowanej przez cesarza Legii Nadwiślańskiej, weteran wojen napoleońskich. Ich losy, niepozbawione nagłych wzlotów i upadków, śledzić będziemy naprzemiennie z poczynaniami postaci mniej znaczących, ale jakże wzbogacających lekturę – poznamy szpiegów, skorumpowanych żołnierzy, cwanych rzezimieszków, przedstawicieli arystokracji, a nawet rdzennych mieszkańców Nowej Europy. Trudno orzec, na ile wprowadzenie niektórych z nich było zabiegiem uzasadnionym, jeśli bierze się pod uwagę jedynie pierwszy tom „Zadry”. Mam jednak nadzieję, iż autor wiedział, co robi, a druga część powieści zgrabnie splecie wszystkie wątki.
Postaci bohaterów wydają się w większości prawdopodobne i pełnokrwiste – jedynie Natalie Dalmont wybitnie się Piskorskiemu nie udała. Wątek, który jej dotyczy, wydaje się wciśnięty na siłę, a co gorsza prezentuje poziom godny telenoweli południowoamerykańskiej, a nie książki poziomu „Zadry”. Na dodatek motywacja kierująca tą postacią została przedstawiona w sposób zbyt lakoniczny, by zrozumieć sposób jej postępowania. Jest niewiarygodna i znacząco odstaje od pozostałych bohaterów.
Styl Piskorskiego jest potoczysty, potok słów rwący i wartki, a powieść pochłania się w mgnieniu oka. Pochwalić należy żywe dialogi, stylizowane na czasy dawniejsze, a przy tym w sposób logiczny odpowiadające postaciom – innym językiem mówi uliczny żebrak, innym arystokrata; innym Rosjanin, Polak czy Kozak. Na największe brawa zasługuje jednakże znajomość epoki. Narracja pełna jest fachowych określeń, zwłaszcza gdy mowa o działaniach zbrojnych. Pozostałe dziedziny również nie zostały potraktowane po macoszemu – autor z jednakową atencją opisuje naukowe eksperymenty, bogate wnętrza pałaców, jak i zdobienia na sukniach dziewiętnastowiecznych elegantek. Dodatkowym smaczkiem jest mieszanie rzeczywistości i fikcji. Przykładowo, wśród spisu naukowców badających ether natkniemy się na znajomo brzmiące nazwiska, jak Volta, Laplace czy Berthollet.
Przy tak wysoko ustawionej poprzeczce nie sposób nie zauważyć drobnych niedoskonałości, które kłują w oczy podczas lektury. Mowa o powtórzeniach, od których rzecz jasna w „Zadrze” się nie roi, ale ich obecność w kilkunastu zdaniach wystarczyła, bym nie uznała powieści za dzieło idealne. Boli też kilka źle umiejscowionych przecinków, które potrafią pojawić się w miejscach wyjątkowo nietypowych. Są to jednak drobne szczegóły, niedostrzegalne, kiedy wartka akcja i zmieniająca się sceneria porwą czytelnika.
Mimo tak wielu zachwytów, wciąż mam ochotę wstrzymać się z ostateczną oceną powieści do czasu poznania jej zakończenia. Rozdzielnie „Zadry” na wspomniane dwa tomy utrudnia ocenienie pod względem fabularnym jedynie pierwszego z nich. Niewiele w nim wyjaśnień, zdecydowanie więcej niedomówień. Książka pozbawiona jest właściwego zakończenia i można odnieść wrażenie, iż akcja została przerwana w losowym momencie. Wątki mnożą się i nie sposób ocenić, czy sam autor wie, dokąd zmierzają. Mimo to Krzysztof Piskorski zasłużył na kredyt zaufania z mojej strony. Dawno nie zachwyciło mnie równie mocno pióro współczesnego polskiego autora, a zabawa z historią w połączeniu ze znajomością realiów sprawia, że wnika się w świat przedstawiony z ogromną łatwością. Nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po drugi tom „Zadry”, licząc na to, iż autor nie zawiedzenie pokładanych w nim nadziei.
--- Zarówno tę recenzję, jak i wiele innych tekstów znajdziecie na moim blogu: http://oceansoul.byethost22.com/ Serdecznie zapraszam!
Aśumęczyam.... To nie jest lektura do tramwaju. Trzy główne wątki i parę pobocznych, przeplatające się z regularnością podkładów pod torami, nie sprzyjają szybkiemu wciągnięciu w tak obszerną, rozwlekłą i potoczyście opisaną materię fabularną. Podziwu godna sprawność językowa Autora kojarzyła mi się z twórczością XIX wieku, czyli czasów opisywanych - godna pochwały to spójność, ale ciężka w odbiorze (jeśli zazwyczaj łyka się rzeczy bardziej nasycone akcją, aczkolwiek i w Zadrze jej nie brakuje, choć raczej pod postacią intrygi, a nie dynamiki wydarzeń jako takich). Podobnie jak u Mistrza Verne'a - najgorzej przebrnąć przez początek, tj. zarysowanie wszystkich po kolei postaci i backgroundu, czyli świata przedstawionego. Poczucie więzi z losami najpierw Tyca, potem też trochę Dalmonta, zaczęło się we mnie kształtować około dwusetnej strony - kiedy już miałam ochotę oddać nieskończony pierwszy i nietknięty drugi tom z powrotem do biblioteki, z poczuciem, że to się nigdy nie rozkręci... A dwieście stron to dopiero połowa - no, nie powiem "koszmaru", choć wtedy tak myślałam - niech będzie, że porządnej, rzemieślniczej roboty. Może za bardzo nastawiłam się na steampunk, a za mało na czasy Pana Tadeusza i Małego Korsykanina, za którymi nigdy nie przepadałam. A paro-punku tu jak na lekarstwo i ledwie okrasza on całość, stanowi subtelną przyprawę tego dania - którego smakosze na pewno się znajdą, gdyż zaznaczam, że obiektywnie jest co poczytać w trakcie, a i na zakończenie dostajemy całkiem smaczny kąsek (chociaż nutą goryczy napawa porzucony wątek Nowej Europy). Ale ale... przeskoczyłam do drugiego tomu, nie wiedzieć kiedy. I w recenzji, i w rzeczywistości, bo podczas gdy jedynkę trawiłam ze dwa tygodnie, tak kolejną część - dwa dni, może trzy. Podsumowując zatem - wciąga, nie powiem, że nie. Ale nie jest to lektura do tramwaju ;)