Po przeczytaniu pierwszego rozdziału najnowszego Szczygła odłożyłam książkę na kilka tygodni. Strasznie mnie zmęczył i pomyślałam, że chyba nie chcę jej czytać. Rozdział ten, pod wiele mówiącym tytułem „Jak stałem się mężczyzną” nie tylko zawiera anegdotki, które autor powtarzał wielokrotnie przy różnych okazjach, ale jest też pokazem klasycznie Szczygłowego narcyzmu i megalomani, co zresztą jest bardzo spójne z jego wizją twórcy - w dalszej części pisze wprost, że każdy autor musi być narcyzem. Dla mnie straszne meh. Wrzuciłam ją jednak do bagażu jadąc na urlop, doczytałam i była całkiem spoko, choć momentami przegadana.
Esej Mariusza Szczygła to opowieść o tym z czego powinien składać się dobry reportaż, ile może mieścić się w nim fikcji, jakimi zasadami powinien kierować się reportażysta - bardzo praktyczne i konkretne wskazówki zarówno dla czytających literaturę faktu, jak i dla tych, którzy chcą spróbować własnych sił w tej sztuce. Przy okazji jest to świetny zbiór tytułów, którymi można wzbogacić swoje czytelnicze listy, a jednocześnie odniesienie się do kilku znanych nazwisk, które wzbudzały kontrowersje w kwestiach etycznych i warsztatowych. Świetny był rozdział o reportażu Gonzo, którego niemal w identycznej formie wysłuchałam na festiwalu w Miedziance, a mimo to znów mnie porwał. Za to zupełnie nie rozumiem złośliwego rozdziału o Trumanie Capote, pełnego brzydkich przytyków i próby zrzucenia z tronu książki okrzykniętej zjawiskiem 60 lat temu, stosując do tego współczesne standardy.
Czytając tę książkę warto pamiętać, że jest to przepis na reportaż według Mariusza Szczygła, czyli według polskiej szkoły reportażu, który to wcale nie jest jedyną słuszną drogą.
A im mniej Szczygła w jego książce, tym fakty bardziej tańczą.