Wciągająca powieść o demonach i Galicji przełomu XIX i XX wieku.
Gimnazjalista Stefan Zborski nie może pogodzić się z nagłą śmiercią ojca. Pragnie znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania, których nie zdążył zadać mu za życia. Choć nie wierzy w istnienie świata duchów, to jednak — pod wpływem irracjonalnego impulsu — organizuje seans spirytystyczny.
Nieśmiadom mocy, w jaką podczas seansu wyposażyły go demony, Stefan rzuca klątwę na żydowskiego chłopca. Szlomek w najmniej spodziewanych momentach wije się jak wąż i wydaje z siebie wwiercające się w umysł kocie wrzaski.
Oto początek śledztwa w sprawie demonicznej.
Rozmodleni Żydzi z Podgórza i orgie artystów młodopolskiego Krakowa, siła rozumu i moc wiary, niewinna miłość i bezduszne wyuzdanie.
Na granicy dwóch światów niedoszły egzorcysta Zborski szuka odpowiedzi na pytanie: "Czy dybuki istnieją?".
Wrocławianin. Wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.
Autor osiemnastu bestsellerowych powieści kryminalnych, filolog klasyczny. Laureat prestiżowych nagród literackich i kulturalnych (m.in. Paszportu „Polityki", Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Prezydenta Wrocławia, Śląskiego Wawrzynu Literackiego), odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jego książki przetłumaczono jak dotąd na osiemnaście języków. Zadebiutował w 1999 roku „Śmiercią w Breslau” - w 2019 roku obchodzimy 20-lecie jego twórczości. Miłośnik filozofii i logiki.
---
Marek Krajewski – socjolog, profesor zwyczajny, zatrudniony na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu. Autor licznych artykułów dotyczących materialności i wizualności, współczesnej kultury i sztuki oraz edukacji kulturowej. Opublikował też wiele książek poświęconych tej problematyce: Kultury kultury popularnej (2003), POPamiętane (2006), Za fotografię! (2010, wspólnie z R. Drozdowskim), Narzędziownia. Jak badaliśmy (niewidzialne) miasto (2012, wspólnie z R. Drozdowskim, M. Frąckowiakiem i Ł. Rogowskim), Są w życiu rzeczy… (2013), Incydentologia (2017). Współtwórca projektów badawczych, artystycznych i edukacyjnych: Niewidzialne miasto, Archiwum Badań nad Życiem Codziennym, Bardzo Młoda Kultura.
Książka skusiła mnie głównie z uwagi na miejsce akcji - krakowskie Podgórze, tuż przy drogiej mi ulicy Krzemionki. Najbardziej udana wydaje mi się jednak jej okładka. Mimo sensacyjnej, pełnej seksu, krwi i mroku fabuły, nie udało się tu moim zdaniem wykreować ani historii, ani bohaterów, ani atmosfery. Ciekawostki architektoniczne i folklorystyczne to trochę za mało. Na dokładkę powieść kipi mizoginią iście rodem z końca XIX wieku. Zamysł był ambitny, jednak realizacja okazała się kompletnym rozczarowaniem. Przyjemności z czytania było tu niewiele.
Nie jestem fanem motywu demonów ani tym bardziej rozwiązań fabularnych zastosowanych w tej książce, a już w szczególności sposobu poruszania się przez autora po sprawach związanych z seksem 💆🏻♂️ Jednak zdecydowanie jestem pod wrażeniem researchu i oddania klimatu Galicji👌🏻Poza tym ta powieść obudziła we mnie dziwną tęsknotę(?) i podziw dla przedwojennego poziomu edukacji licealnej. Ogóle to fajnie, że są polscy autorzy, którym się chce tworzyć coś co ma gdzieś swoje silne podwaliny i jest szeroko konsultowane z ekspertami.
Strasznie ten kamieniarz zbereźny, nie znałem go od tej strony. Muszę się jeszcze zastanowić nad jednoznaczną oceną. Początkowo spisałem ją trochę na straty ale z kolejnymi rozdziałami coraz bardziej wychwytywałem sens użytych środków. Myślę, że stylizacja historyczna i kulturowa była w punkt i bardzo przybliżyła mi zarówno judaizm jak i Galicję, co było w głównej mierze powodem sięgnięcia po tę lekturę. Dodatkowo styl pisania autora bardzo mi odpowiada.
Czasem zapominam, jak przyjemnie jest przeczytać współczesną powieść, przez którą naprawdę można przefrunąć jak ptak. Tę powieść aż chciałom czytać dalej, nie męczyłom się, to była zwyczajnie dobra zabawa.
Demonomachia wspaniale oddaje klimat Krakowa pogranicza wieków, czuć jego zapachy, widoki i dźwięki. Tematyka demonologii, tradycji żydowskich, egzorcyzmów i mistycyzmu była jakby skonstruowana specjalnie dla mnie😋
Fabuła wydała mi się miejscami zawiła, zbytnio zagęszczona, ale nie przeszkadzało to ostatecznie w odbiorze. Nie mam za to pewności co miało być głównym przesłaniem, jakie wnioski o folklorze mieliśmy po lekturze wysnuć.
Największą wadą tekstu było z pewnością poczucie, że nagromadzone seksualne motywy (same w sobie, wspaniała rzecz!) były przedstawione z widocznie męskiej perspektywy (male gaze), zwłaszcza lesbijska relacja dwóch bohaterek i w ogóle postacie kobiece.
Poza tym zakończenie wydało mi się zbyt przerysowanie dramatyczne. A jednak mimo to wszystko, proces czytania tej historii i odkrywania coraz to nowszych sekretów i szalonych detali był super zajmujący😇
Na starcie, jak większość osób wskazuje, trudno jest w tą książkę wejść, zapoznać z historią i czuć się z nią swobodnie także przez to, że została wystylizowana językiem na lata akcji, która akcja dzieje się w Krakowie. Zawiera dużo zweryfikowanych treści nawiązujących do żydowskich wierzeń oraz występujących w niej rytuałów, egzorcyzmów i demonów. Ostanie rozdziały zdecydowanie rekompensują "brnięcie" przez nią. Sporo brutalności, ale opisanej w tak genialny i satysfakcjonujący sposób, że po przeczytaniu wracałam do tych opisów kilkakrotnie. Rozwój fabuły był zdecydowanie nieprzewidywalny i wyzwolił ogrom emocji. Zdecydowanie polecam chociażby dla poznania warsztatu autora.
na początku jest fajnie, w miarę przyjemna lektura. później krajewski szybko gubi się we własnym pomyśle. wydaje mi się, że założenie miało większy potencjał niż wykrzesał z niego krajewski. podczas czytania coś mnie stale męczyło, nie jestem w stanie stwierdzić czy styl, czy to, że miałam wrażenie, że nic istotnego się nie dzieje, nawet jeśli wszystkie wydarzenia pod koniec łączyły się w jedną całość. turpizm i naturalizm turpizmem i naturalizmem, ale to jedna ze scen w pierwszym rozdziale najbardziej mnie obrzydziła, a późniejsze opisy nie wywierały na mnie najmniejszego wrażenia, więc jeśli tego szukacie w tej książce, to się pewnie zawiedziecie. szczególnie nieprzyjemny stosunek ta książka ma z seksem (haha), ale nie jest to groteska ani nic co można nazwać kontrowersyjnym i znaczącym, co mam wrażenie, że wynika z mizoginii autora.
Początek jest świetny, ale później mam wrażenie jakby autor sam nie wiedział w jaką stronę ta powieść ma iść i co ma być głównym wątkiem. Sam myślałem, że akcja potoczy się w nieco innym kierunku. Główny bohater potrafi być czasami bardzo irytujący ze swoją ciągłą zmianą zdania.
Za sceny z przeklinaniem prostytutek w imię demona, z masturbacją kotem, z waleniem się pięścią w genitalia, czy z opisem zwierzęcych odchodów na moście dałbym i 6 gwiazdek, gdyby mógł
Największym plusem książki jest zdecydowanie stylizacja języka, i to ona skłoniła mnie do dalszego czytania. Niestety cała reszta nie jest udana. Wydaje mi się że autor chciał stworzyć powieść modernistyczną typu "Mistrza i Małgorzaty", "Ferdydurke "czy "Sklepów cynamonowych", tyle że nie ma tu misternie utkanej fabuły która jest w dziele Bułhakowa, ani niesamowitych przemyśleń Gombrowicza, ani klimatu i emocji Schulza. Została sama awangarda i elementy mające szokować.
To moja pierwsza książka autora: Marek Krajewski, i raczej nie będzie ostatnią. Po tę pozycje sięgnęłam akurat z powodu jej opisu - przypominał mi "vibe" i nawet ciut ciut tematykę Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli. Również mamy tu Galicję (i to zaledwie 50-60 lat później niż u Radka Raka), i zamiast "mitologii" mamy "demonologię", gdzie rzeczy realne mieszają się z tymi nadprzyrodzonymi...
Książka bardzo mnie wciągnęła (skończyłam ją w 3 dni). Ma bardzo piękny język, a styl autora, bardzo płynny i elokwentny przypominał mi troszkę Madame Antoniego Libery.
Ale dość porównań! Demonomachia była lekturą ciekawą, mroczną i krwawą. Opisy Krakowa i Podgórza z przełomu XIX i XX w. pomogły mi się "poruszać" po tej historii. Szczegóły dotyczące religii, rytuałów i kultury galicyjskich Żydów były fascynujące i na pewno wymagały sporo "researchu" od autora.
Niestety, książka miała totalnie niesatysfakcjonujące zakończenie - brakowało mi jeszcze jednego rozdziału, lub chociaż epilogu... Jakoś całkiem mi to popsuło przyjemność z ukończenia lektury :(
Czy to dobra książka? Zależy, co kto lubi. Mnie się podobała, ale raczej do niej nie wrócę. Z chęcią jednak zapoznam się z innymi kryminalnymi seriami autora :)
Ten, jak to sam opisał autor, literacki "skok na głęboką wodę", absolutnie niezwiązany z żadnymi wczesniej napisanymi przez Krajewskiego książkami wzbudzil we mnie dwojakie uczucia.
Z jednej strony czytając pierwsza czesc ksiazki kompletnie nie rozumiałam w którą stronę potoczy sie akcja czy nawet co jest główna osią fabuły. Tak, główny bohater chce walczyć z demonami, zostać egzorcystą, ale sama fabuła wydawala sie byc raczej ciagiem luźno zwiazanych ze soba scenek. Dopiero w dalszej części książki nabrała ksztaltu i poprzednie wydarzenia nabrały sensu. Odebrało mi to część przyjemnosci z czytania, bo ciężko bylo mi sie wciągnąć w akcje.
Z drugiej strony jak zwykle dostalam to co najbardziej cenię w tworczosci Krajewskiego - olbrzymią ilość wiedzy (tym razem o zwyczajach i folklorze żydowskim) okraszoną przemocą i perwersą. Graficzne opisy praktyk seksualnych oraz egzorcyzmu przeplatały się z lingwistycznymi i religijnymi dociekaniami na temat istnienia demonów.
Podsumowując, bardziej dla miłośnikow Marka Krajewskiego niż na rozpoczęcie swej przygody z twórczością pisarza.
"Ktoś za nim biegł, słyszał jakieś podśpiewywania, udawane jęki rozkoszy. lubieżne chichoty."
Czyli jak zwykle u Krajewskiego: orgie, morderstwa, tajemnice, fin de siècle... To tutaj świetnie pasuje, bo autor bardzo dobrze wybrał miejsce i czas na opowieść, w której pojawia się i spirytyzm, i młodopolskie środowisko artystyczne, i ludowy folklor. Czyż może być na to lepsze miejsce, niż żydowskie Podgórze pod Krakowem? Jak zwykle autor postarał się, by historia była dobrze zakorzeniona. Jestem niemal pewien, że odsiedział swoje w bibliotece, by poznać topografię Podgórza i Krakowa w tamtym czasie, nie wątpię także, że nazwiska profesorów czy rabinów mogą być autentyczne, choć malarza Stróżyka akurat nie znalazłem. Ale to może zbyta satanistyczna figura, by ją łączyć z realnym człowiekiem z przeszłości w jakiejś powieści rozrywkowej. Autentyczności narracji przydaje także stylizowany język opowieści. Zawsze też cenię sugestie odnoszące się do literatury - tu gł. naukowej z zakresu psychologii z tamtych czasów i do kabalistyki. W powieściach rozrywkowych to nieczęsta rzecz, a cieszy. Czyta (a jeszcze lepiej: słucha) się bardzo dobrze.
Fajna okładka, zamysł i... w sumie tyle. Chyba mój błąd w tym, że nie znając kompletnie twórczości autora, założyłam, że dostanę powieść historyczną z elementami demonologii, która wciągnie mnie szponami do swojego świata i nie wypuści aż do ostatniej strony. Tymczasem zmęczyłam się tą powieścią. Kraków, Podgórze, ogólnie spoko, tylko po co te tanie sensacje? Przez całą lekturę zastanawiałam się, co tu jest celem. Po ostatniej stronie ze smutkiem zdałam sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy nic. Nie ma intrygi na poziomie, zaspokajającego finału, jakichś nietuzinkowych zwrotów akcji. Ot, taka tam chwilówka. Słabe to.
Niepokoi mnie jakich książek ostatnio słucham, demony, morderstwa, opętania, zbrodnie, (tak samo poprzedni "Mortalista", który był o wiele lepszy swoją drogą), tęsknię za "Zwiadowcami" no ale puki mam za darmo to słucham co mogę ...
Trochę mi nie zagrała ta książka. Autor postawił na bardzo mocną stylizację, co przyczyniło się na pewno do ciekawego klimatu żydowskiej społeczności w dawnych czasach. Jednak mało to miało wspólnego z demonami i dopiero przy końcówce się wkręciłam. Wcześniej walczyłam ze stylizacją, zburzeniem, przydługimi opisami i fabułą, która nie wiedziałam do czego zmierza. Jednak to właśnie zakończenie mnie uwiodło. Tylko czy warto czytać dla samego zakończenia?
Zaciekawiła mnie okładka i tytuł. Niestety hasło „nie oceniaj książki po okładce” wyjątkowo się sprawdziło. Lektura ma ciekawą koncepcję, jest inna od reszty, ale to nie zmienia faktu, że nudziłam się i nie wiem czy nie przysnęłam 2 razy w trakcie czytania.
Najnowsza książka Marka Krajewskiego jest świetną propozycją dla tych, którzy lubią przenieść się w przeszłość.
Na mnie wywarła spore wrażenie, gdyż autor z niezwykłą skrupulatnością i dbałością o szczegóły prezentuje nam Galicję na przełomie XIX i XX wieku.
Jest to ten typ historii, który najpierw zasieje niepewność w Waszych umysłach, później mocno Wami potrząśnie, aby na koniec zostawić Was z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami...🤯
Przenosimy się do podkrakowskiego Podgórza, gdzie gimnazjalista Stefan Zborski wraz z kolegami organizuje seans spirytystyczny. Chce przywołać ducha swojego zmarłego ojca, aby uzyskać odpowiedź na dręczące go przez lata pytania.
Sprawa wymyka się młodzieńcowi spod kontroli, gdyż nieświadomy mocy, w jaką podczas seansu wyposażyły go demony, mimowolnie rzuca klątwy na osoby z najbliższego otoczenia.
Jesteśmy wciągnięci w niezwykle intrygujące śledztwo demoniczne i szukamy odpowiedzi na pytanie czy dybuki istnieją…?🕵️
"Ścigają mnie demony - szeptał Zborski, gdy zawrócił pędem na Planty Dietlowskie. Ten człowiek bez twarzy. Tamta kobieta. Pożądliwa jak Lilith z wiersza Langbeina…"
Zachwycił mnie w tej książce świat przedstawiony oraz stylizowana narracja. Realia epoki zostały przez autora zachowane z niezwykłą precyzją.
Rozmodleni Żydzi z Podgórza i orgie artystów młodopolskiego Krakowa, siła rozumu i wiara w kabałę, niewinna miłość i bezduszne wyuzdanie - to duch bijący ze stron powieści.
Dwa różne światy, które jak się okaże wzajemnie się przenikają...
Marka Krajewskiego miłośnikom kryminałów retro przedstawiać pewnie nie trzeba, gdyż za sprawą i Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego stał się niekoronowanym królem gatunku. „Demonomachia” nie ma jednak nic wspólnego z żadną z wcześniejszych serii i stanowi własny, odrębny byt. I chociaż klimat przedwojennego Breslau porzucony został na rzecz Galicji, to nie brak tu kolorytu pozwalającego na osadzenie fabuły w niej oczywistej lokacji. Tym razem miejscem akcji jest zarówno sam Kraków, jak i jego żydowska część – Podgórze, przy czym, jak to zawsze u Marka Krajewskiego bywa, wehikuł literackiego czasu przenosi czytelnika w przełom XIX i XX w. A że koniec jednego wieku i początek następnego rodzi zazwyczaj niepokoje to i tym razem odżyją dawno skrywane niepokoje, z mroków piekieł wyjdzie czarci pomiot, a zbłąkane dusze dręczyć będą Galicjan. W takiej oto atmosferze pewien młody gimnazjalista Stefan Zborski, po nagłej śmierci swego ojca, w poszukiwaniu kontaktu ze zmarłym, uruchomi mroczną materię, za sprawą seansu spirytystycznego, w którym bierze udział. Od tej pory, nieświadomy faktu, nawiedzenia jego ciała i duszy przez demony z piekła rodem, staje się narzędziem w rękach piekielnych mocy, co sprawia, że rozpoczyna śledztwo, które ma przynieść odpowiedź czy dybuki faktycznie istnieją? Chociaż klimat tej książki był zupełnie inny niż tych, z którymi do tej pory miałam do czynienia w wykonaniu autora, nie ukrywam, że mimo zmiany konwencji i tym razem trudno było przejść obok niej obojętnie. Aby jednak zachwycić się „Demonomachią” trzeba powoli i stopniowo dawać jej możliwość wejścia w posiadanie i dopuścić do tego, aby demony wpisane w powieść zawładnęły czytelnikiem i wzbudziły jego ciekawość. Jest to bowiem wymagająca lektura, która z uwagi na zmienne tempo może czasem sprawiać wrażenie nieco rozwleczonej, a nawet przegadanej. Do mnie ten momentami spowolniony rytm odpowiadał, gdyż rekompensowały go następujące po nim zwroty akcji, w których nie zabrakło demonic, klątw, a nawet egzorcyzmów. Autor z pietyzmem dba wręcz o najmniejsze detale, tak w opisie postaci, topografii dawnego Krakowa, czy starych żydowskich wierzeń i przesądów, okultystycznych praktyk i duchowego zgłębiania zakamarków ludzkiej duszy. Jak dla mnie eksperyment udany, chociaż niewątpliwie wzbudzający kontrowersje, ze względu na swą odmienność od dotychczasowej twórczości Autora. Czy zawsze trzeba jednak iść utartą drogą? Z pewnością nie, zatem ja zachęcam do przeczytania, tym bardziej, że w ramach listopadowej akcji Woblink CzytajPL dostępny jest darmowy ebook i audiobook.
Nie brak dobrze znanych motywów. Po Wrocławiu i Lwowie pierwszej połowy XX wieku pojawia się Kraków, a dokładnie Podgórze przełomu XIX i XX wieku. Stefan Zborski, podobnie jak Mock i Popielski, prowadzi śledztwo, choć motywy jego postępowania, wykształcenie, wiek i to czym zajmuje się na co dzień, daleko podobne są do dwóch pozostałych bohaterów.
Kraków Krajewskiego jest zupełnie inny niż chociażby w “Panny z Wesela”, bowiem dotyczy pogranicza: wieków, dwóch światów – narodowościowych i religijnych, pojawiają się wątki młodopolskie, okultystyczne czy związane z dojrzewaniem, wkraczaniem w dorosłość. Nie brak też szczegółowości i precyzji w opisywaniu prozy dnia codziennego, szczegółów związanych z miejscami wydarzeń.
Powieść grozy z młodopolskim Krakowem, spleenem i żydowską kulturą w tle. Ciekawa poznawczo, bo u Krajewskiego jak zawsze research był solidny. Pierwsze 100 stron bez dynamiki i przyznam, że się nudziłam, trochę też trudno było zrozumieć, o co chodzi autorowi i ku czemu prowadzi odbiorcę, czy to jakaś duchowa odmiana powieści inicjacyjnej czy obraz obyczajów i okultystycznych praktyk z przełomu wieków? Ostatecznie to jednak jest rzeczywiście powieść o demonach dobrze podparta wierzeniami żydowskimi, choć bohaterem jest racjonalny goj. Drugą połowę powieści czytałam z rosnącym zainteresowaniem, a symultaniczny finał naprawdę ma moc.
Całkiem przyjemnie się czytało jednak mam wrażenie, że to nie jest to czego do końca oczekiwałem. Historia wydaje się być mocno przesadzona i trochę niespójna. Rozumiem, że miało to wykreować taki właśnie nieciekawy w swoim założeniu świat. Coś jednak tutaj nie gra i ciężko powiedzieć co. Przeczytać można ale na pewno nie będzie to lektura, którą w jakikolwiek sposób zapamiętacie albo będziecie się zachwycać. Czekam na Mocka albo Popielskiego a eksperymenty chyba warto odkładać jednak na bok.
Trzy-trzy plus. Z jednej strony, miło czytać Marka Krajewskiego i jego krągłe zdania, z drugiej mało przekonująca, choć mająca jakiś potencjał fabuła (ale te dwie panie R., ten ksiądz Trawiński - jakoś bez większego sensu i ładu); demon, który nie straszy; powierzchowna znajomość kultury żydowskiej (nie lepiej byłoby zamknąć księgę w genizie, a nie w ohelu, zwanym tu "grobowcem cadyka"? Czemu nieużywana przez nikogo "szafka ołtarzowa", a nie aron ha-kodesz? itd.). Lepiej jednak wrócić do Mocka i Popielskiego.
Nie znałem wcześniej twórczości Pana Krajewskiego. I błędem było, że z tą twórczością zapoznałem się czytając najpierw „Demonomachie”. Zaciekawił mnie opis dawnego Krakowa i natury ówczesnych demonów. Natomiast reszta nie przypadła mi do gustu. Książkę czytałem bardzo długo, zupełnie nie wzbudziła mojego zainteresowania. Jedynie ostatnie strony wniosły trochę emocji. Mimo to, chce koniecznie zapoznać się z innymi książkami tego autora.