1,5*/5* – DNF 45%
Zacznę od mojego standardowego stwierdzenia: nie lubię nie kończyć zaczętych książek. Nie lubię, ale jednocześnie uważam, że życie jest za krótkie, by czytać książki złe lub takie, które nam się nie podobają.
Przygodę z Kociołkiem i jego drużyną porzucam po niecałej połowie, bo po prostu szkoda mi czasu i moich oczu.
Wszystko to już było – mamy drużynę, składającą się, a jakże, z ludzi, elfa, krasnoluda i goblina. Wszyscy stanowią funkcjonujące w literaturze potwierdzenie stereotypów swoich ras. Drużyna dostaje kolejne zadania do wypełnienia i… na tym polega cała fabuła.
Nasza drużyna jest przerzucana z miejsca w miejsce jak pionki na planszy. Coś tam im się przytrafia, z kimś tam muszą pogadać, tu z kimś walczyć, po czym rozwiązaniem walki jest stare, dobre deus ex machina. Uratowani i uradowani, mogą ruszać na kolejną pozbawioną większego sensu misję. Niemożliwy do wykonania quest, deus ex machina, quest… i powtórka z rozrywki.
O świecie przedstawionym nie wypowiem się zbyt obszernie, bo przedstawiony jest również niezbyt obszernie. Mamy kraj podzielony na księstwa, rządzone przez skłócone rodzeństwo. Parę nazw geograficznych, imiona wszystkich rządzących, jakieś nieznane Zło, które choć powinno być tajemnicze, nie wzbudziło we mnie ciekawości. Słowem, ten świat nie wyróżnia się niczym spośród innych książek tego typu.
Do żadnego z bohaterów nie można się przywiązać, bo wszyscy są tylko nakreślonymi kilkoma zdaniami chodzącymi stereotypami, w których nic nie zaskakuje. Pierwszoosobowa narracja doprowadzała mnie do szału, bo co i raz dostajemy szczegółowe sprawozdanie z tego, co akurat robi dany towarzysz Kociołka, albo wgląd w myśli tego ostatniego, które są równie głębokie jak kałuża po leniwie padającym kapuśniaczku. Przeczytałam połowę książki, ale w tej połowie co najmniej tuzin razy Kociołek zwraca się do czytelnika w następujący sposób: „Nie zrozumcie mnie źle, ale…”.
Nie zrozumcie mnie źle, ale Kociołek jest żonatym mężczyzną, z trójką dzieci, szanowanym karczmarzem… a miałam wrażenie, jakbym czytała myśli i wynurzenia jakiegoś nastolatka. Niby jest taki inteligentny (w końcu jest dowódcą drużyny), a co i raz miałam ochotę palnąć go w łeb, żeby oprzytomniał.
Cała ta książka jest jedną wielką męską przygodą. Do połowy książki postaci kobiece są ograniczone do następujących osób:
1) Księżniczki, którą nasza drużyna ratuje z rąk porywaczy przed „zerżnięciem i zarżnięciem”.
2) Żony Kociołka, Sary, która sprowadzona jest do czepliwej, humorzastej przeszkody, która przez wzgląd na bezpieczeństwo swoje i dzieci nie pozwala Kociołkowi rozbijać się z drużyną po całym kraju. I oczywiście, gdy Sara wychodzi z pokoju, to musi „kręcić tyłeczkiem”. No, bo kobiety inaczej nie potrafią chodzić.
3) Teściowej Kociołka, której nie poznajemy, ale z rozmyślań Kociołka możemy wywnioskować, że jest ona zrzędliwą jędzą. Stereotypowo okropna teściowa, ha ha, jakie to zabawne i oryginalne, aż boki zrywać!
4) Księżnej Yanny, kobiety o niezaspokojonym popędzie, która podczas rozmowy z Kociołkiem zapewne intensywnie o czymś myśli (co Kociołek poznaje po tym, że „twardnieją jej sutki”).
Och, jakże się stęskniłam za tą polską, typowo męską literaturą fantastyczną, w której kobiety nie mogą być pełnowartościowymi postaciami, a jedynie obiektami.
Tyle się naczytałam, że ta powieść aż kipi humorem. Może moje poczucie humoru rozmija się z tym pana Mortki, ale nie zaśmiałam się ani razu. Miałam jedynie momenty, w których myślałam: tu według autora powinnam się roześmiać. O dobrym, wysmakowanym humorze zapomnijcie, chyba że bawią was przeciągnięte do niemożliwości żarty o sraniu. Generalnie nie mam nic przeciwko żartom tego typu, ale cóż – trzeba wiedzieć, kiedy zakończyć nawet najlepszy żart. Pan Mortka tego nie wie.
Styl pisania jest bardzo dziwny, słowa stylizowane na archaiczne przeplatane są ze współcześnie brzmiącymi zwrotami. Wszyscy, niezależnie od statusu społecznego, wypowiadają się w ten sam sposób, czyli okraszając swoją wypowiedź rozlicznymi przekleństwami. Książę, rycerz, księżna, pijany typ rzucający się z pięściami – po wypowiedziach nie da się poznać, kto jest kim.
Dziwi mnie, że pan Mortka napisał i wydał już tyle książek, bo po „Nie ma tego Złego” uznałabym, że to ktoś początkujący. Kila lat temu czytałam „Listy lorda Bathursta” tego samego autora, i choć nie miałam po nich aż tak negatywnych odczuć, po inne książki autora nie sięgnę w przyszłości. Chyba, że będę miała akurat ochotę poczytać coś nieudolnie napisanego, irytującego, nieśmiesznego i trącącego seksizmem.