Recenzja z dedykacją dla zespołu redakcyjnego, który absolutnie zaimponował mi swoją pracą nad tym tytułem, nie mam pojęcia, jak dokonał tego wielkiego czynu, ale zazdroszczę i podziwiam. Też chciałbym brać kasę za redakcję i korektę książek, do których prawdopodobnie nawet nie zajrzałem. Bo że Rytm Wojny 1 nie uświadczył ani redakcji, ani korekty, nie mam szczególnych wątpliwości. Błędów jest masa, od drobnych (pominięte spacje; z zamiast ż; dziurawe, czy też raczej dziur we, słowa) aż po fatalne (zamienione słowa, nieistniejące słowa, bezsensowne słowa... o czym więcej na końcu 😊). Wiem, że każda książka Brandersona liczy po tysiąc stron, ale jednak po przetłumaczeniu jakiegoś zdania (czytaj: jakiegokolwiek zdania) wypadałoby je przeczytać jeszcze raz i sprawdzić, czy brzmi dobrze, czy nie występują powtórzenia w akapicie, czy wszystko ma sens. No to cóż, tyle teorii. W praktyce powtórzeń jest masa, wyrażenia nie pasują do świata przedstawionego (chociaż trzeba oddać, że w poprzednich częściach problem był większy; przynajmniej tym razem nikt nikogo na Rosharze nie ocyganił), a niektóre dialogi brzmią co najmniej made of wood.
No i straszny wstyd dla Wydawnictwa MAG, że dopuszcza taką jakość swoich produktów. Czytelnictwo w Polsce szoruje po dnie, na książkę trzeba się wykosztować, a Szanowny Wydawca serwuje swoim klientom gigantyczną wydmuszkę. Okej, wiem, to najdłuższy roast na polskie wydanie tej serii, jaki urządziłem w jakiejkolwiek recenzji, ale mam wrażenie, że znacznie za mało ludzi zauważa ten stan rzeczy i o nim mówi. A to naprawdę są podstawy.
Co do treści: nie było źle. Ale czy dobrze? Nie wiem. Mam zaskakująco mało do powiedzenia o tej części. Nie nudziłem się, ale nie ekscytowałem. Właściwie nieco mi ta książka ciążyła, chociaż za niniejszy stan rzeczy odpowiada raczej moja sytuacja życiowo-egzystencjalno-filozoficzna (nie do pozazdroszczenia). Wiele się nie wydarzyło, wątki znowu czekają na rozwinięcie w następnym tomie. Chętnie czytam o Adolinie jako o człowieku i przyjacielu (Awwdolin!), ale jako o mężu? Ta relacja jest gruuubymi nićmi szyta. Wątek Kaladina, wbrew początkowym obawom, poszedł w całkiem ciekawą stronę. Shallan i jej własny rząd koalicyjny najlepiej sprawdzają się w działaniu. Bardzo dużo uwag technicznych na temat działania magii i wynalazków, przez co powieść zamieniała się miejscami w podręcznik gry RPG (nie wszyscy powiedzą, że to wada; mnie utrudniała immersję). Z uwag niższego rzędu muszę zauważyć, że niedobór królowej odczuwalny, ale królewska mamuśka też hot 🔥. Tylko Cieniomorza, Cieniomorza, Cieniomorza żal. Serio, miejsce z takim potencjałem, tak skandalicznie zwyczajne. Boli niezmiennie od Dawcy Przysięgi. Najciekawsze z całego tomu okazały się dwa ostatnie interludia: Zwinka i Tara...rara! Powrót w wielkim stylu, muszę przyznać.
Okej, a teraz coś, na co zacierałem rączki od początku lektury, czyli największe tłumaczeniowo-redaktorskie porażki tej odsłony.
1. Galinar. Kim jest? Czego chce? Jakie są jego prawdziwe intencje?
2. – Chirurgowi nie wolno płakać – powiedział cicho Lirin. – Chirurg nie może pozwolić sobie na płaszcz. Pisowskie TVP miało taki nagłówek o lekarzach: Narzekają na zarobki. Jedzą kanapki z kawiorem. Więc nie łżyj, Lirin, nauczyciele mają w tym kraju gorzej.
3. Ojcowi. Tu nawet nie mam z czego kpić, po prostu ordynarny byk.
4. Dzień dzisiejszy. Ja wiem, że w tej serii zdarza się, że Jasność Jasnah narzeka na burzowe burze, ale jednak co za dużo, to niezdrowo.
5. Fabrial umniejsza pobliskie cechy. No zdanie bez sensu. No bez sensu, no. Jest tak koszmarne stylistycznie i leksykalnie, że ała, ała, dobijcie mnie Ostrzem Odprysku. Mogłem się jedynie domyślać, o co chodzi, a jeśli domyślam się poprawnie (bo nie wiem), to powinno być (chyba) osłabia powiązane właściwości (a może wcale nie).
6. Przekonywująca. Ja wiem, że w Milionerach chłopina z rodzinnego Bytomia dostała pytanie o to słowo za 125 tysięcy i przegrała, ale profesjonalna tłumaczka mogłaby chociaż zmarszczyć brwi, gdy napisze coś podobnego.
7.
Wszyscy popełn ają błędy.
Ironic.
8. Kartka papieru. Sam się niedawno nauczyłem, że to pleonazm, ale teraz wiem, więc mogę legalnie szydzić.
9. CHRZĄKANIE. Mój absolutny faworyt, no kocham. Ilekroć ktoś zostanie dźgnięty mieczem w okolice żołądka, chrząka. Podczas walk bohaterowie ciągle chrząkają. To bardziej uwaga ogólna do tłumaczenia całego Archiwum. Siadając do tej części, zawczasu obiecałem sobie liczyć wszystkie chrząknięcia podczas bitew. I jak na złość, od razu fabuła odbiła od pojedynków, żeby skupić się na innych wątkach. W sumie na jakieś 3 walki pojawiło się 7 chrząknięć. Nieźle, ale stać nas na więcej. Trzymam kciuki w następnej części.
Dobra, chyba tyle z tych najpoważniejszych wpadek. Pewnie były takie, których nie zauważyłem. Przynajmniej tym razem nikt nie spadł z wierzy.