"Gdyby tęsknota była dyscypliną olimpijską, już dawno zdobyłabym dla nas złoto."
Od pewnego momentu wiemy już jaki będzie finał tej historii - bo nie może być inny - ale końcówka i tak rozpieprzyła mnie emocjonalnie. Dawno nie zalewałam się tak mocno łzami nad żadną książką, a zobaczenie na ostatnich stronach listu z datą 24 sierpnia doprowadziło mnie dosłownie do zanoszenia się płaczem. To nie jest żadna odkrywcza powieść, która pokazuje nowe spojrzenie na jakąkolwiek sprawę dotyczącą śmierci czy żałoby, ale niesamowicie celnie trafiła prosto w moje serce, rozdzierając je na mnóstwo kawałków i jakimś cudem sklejając na nowo.
Paula to młoda kobieta, która, mimo upływu czasu, nie potrafi pogodzić się ze śmiercią młodszego brata. Zmaga się z depresją, a terapia nie przynosi efektów - może dlatego, że z terapeutą rozmawia głównie o makaronie i kluskach? Idąc za jego radą, wybiera się na cmentarz po zmroku, gdy nikt nie będzie jej przeszkadzać i w spokoju będzie mogła odwiedzić grób brata. Jak się okazuje nie tylko ona wpadła na szalony pomysł włamania, bo na cmentarzu poznaje Franka, który fantazję miał jeszcze większą - postanowił wykopać swoją przyjaciółkę. Wspólna ucieczka przed cmentarnymi ogrodnikami pełniącymi obowiązki po zmroku to zaledwie początek drogi, jaką Paula i Frank razem przejdą.
To piękna opowieść o przyjaźni nieznającej granic, o godzeniu się ze stratą i miłości głębszej niż Rów Mariański. Zachwyca mnie to, jak autorce udało się sprawić, bym pokochała bohatera, który w tej książce w ogóle nie występuje. Jest zaledwie wspomnieniem, ale jakże żywym, barwnym i pełnym charakteru. Choć Tima w powieści nie ma, wypełnia wszystkie jej kartki i nadaje jej cudownej lekkości. Niemal do końca sądziłam, że to kolejna historia jakich wiele, powtarzalna i niespecjalnie wciągająca - ostatnich pięćdziesiąt stron uderzyło we mnie jednak z mocą buldożera i całkowicie odwróciło moje spojrzenie na tę książkę. Jest cudownie absurdalna, trudna do uwierzenia i nierzeczywista, ale przyjmuję to wszystko i patrzę przez palce na wszelkie dziwactwa, bo w ostatecznym rozrachunku liczą się dla mnie emocje.
"Nigdy nie cechowałam się dynamizmem i ruchliwością i już jako dziecko nie chciałam się nigdzie wybierać, mam na myśli cieleśnie. Jeśli już, to podróżowałam tylko w mojej głowie, traktowałam fantazję i literaturę jako wehikuł, którym uciekałam w świat, tam mogłam być dzielna, silna, uosabiać wszystko to, czym nie byłam w rzeczywistości. Książka może być doprawdy ostatnią deską ratunku - kiedy ocean życia jest zbyt burzliwy, człowiek chwyta się historii i pozwala im doprowadzić się do bezpiecznej przystani."