2,5/5
Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam taki problem z jednoznaczną oceną książki. W tym przypadku najchętniej oddzieliłabym swoje uczucia związane z tematyką i ważnością poruszanych wątków od sfery technicznej, czyli stylu autorki i języka (być może także tłumaczenia i redakcji), bo ta część niestety leży.
Zdaję sobie sprawę z tego, że "Łapiąc oddech" to opowieść, która rządzi się nieco innymi prawami, ponieważ jej pierwsze wydanie powstało dawno temu (posłowie głosi, że opublikowano ją trzydzieści lat temu, a wszystkie inne źródła podają dwadzieścia lat, więc dziwna sprawa), dlatego sposób pisania mógł być nieco inny, ale jednak co tu dużo pisać - dawno nie czytało mi się książki tak opornie. Brnęłam przez nią jak przez największe bagno i to bez kaloszy. Zdania są dziwnie skonstruowane, narracja jest niemiłosiernie chaotyczna, a istotne wątki ledwie muśnięte, po czym zostawione na pastwę losu i domysłów czytelnika. Bardzo ciężko się to czyta.
Przy tym wszystkim jest to bardzo ważna historia, o której powinno być głośniej. Porusza temat depresji poporodowej, prób samobójczych, uzależnienia od leków, a także walki pomiędzy tym, co czuje i myśli człowiek, a tym co powinien czuć i myśleć według społeczeństwa. Kiedy człowiek w końcu zacznie chłonąć tę lekturę, zapominając o tym, jak jest koszmarnie napisana, to naprawdę dochodzi do wniosku, że szkoda tego zmarnowanego potencjału, bo to wartościowa rzecz.
Wejście w umysł bohaterki, która po prostu jest chora, to niesamowite doświadczenie. A zakończenie idealne, takie jakie powinno być, chociaż łamie serducho, a co wrażliwszym zapewni płacz na dłuższy czas. Dla samego finału warto sięgnąć po tę historię, bo świetnie pokazuje, jak wiele złego może się wydarzyć, gdy depresja przejmie stery. Bądźcie czujni, miejcie oczy dookoła głowy i wspierajcie, ale tak naprawdę, a nie od przypadku do przypadku.