„Wszedłem z nim do sklepu, choć jemu kazałem poprosić o wazelinę. Zarumieniłem się, nie mogłem podnieść wzroku. On załatwił to bez cienia zażenowania, poprosił nawet o słoiczek średniej wielkości, zanim zdecydował się kupić najmniejszy. Ten mały, okrągły słoiczek wazeliny powiedziałby wszystko mojemu ojcu albo ojcu Kevina, gdyby go znaleźli. Co gorsza, świadczył, że do seksu zastosowaliśmy metodę: był zewnętrzną oznaką zdrady tego, co chciałem uznać za miłość, czyli pewnego wewnętrznego stanu. W końcu słońce zaszło, jezioro stało się chłodniejsze, jakby większe. I wydawało się, że oboje zostaliśmy osieroceni.”
„Zuch” to pierwsza z autobiograficznej trylogii Edmund’a White’a. Największym błędem będzie czytać ją z odniesieniem do dzisiejszego, bardziej tolerancyjnego, świata i stwierdzić, że niczego nie wnosi do życia czytelnika. Taką krótkowzroczną opinię przeczytałam na lubimyczytac - co ta książka niby wnosi i po co została napisana? Absolutnie nieuzasadnione pytania i niesprawiedliwe spłycenie wagi tej książki.
Do „Zucha” przylgnęło przyrównanie go do gejowskiego „Buszującego w zbożu”, i choć rozumiem to porównanie, to White tworzy swój odrębny głos w prozie. Akcja dzieje się w latach 50-tych, długo przed wybuchem zamieszek w Stonewall, w których notabene brał udział sam autor.
To bezpardonowy portret dorastania w pogardzie do samego siebie, które jednak nieśmiało raczkuje, by się wyswobodzić, uciec od konwenansów i oceny bliskich. Wszystko po to, by spróbować żyć w zgodzie ze sobą. White nie boi się nagiej szczerości, opisuje najbardziej intymne chwile pierwszych zbliżeń. To tutaj przeczytałam bodajże najodważniejszą scenę seksu pomiędzy młodymi chłopcami, jaką czytałam w życiu. Choć czy „najodważniejszy” to najlepszy przymiotnik w tej sytuacji? Po chwili pomyślałam, że to smutne, że to te określenie przyszło mi do głowy przy opisie sceny, która mnie zachwyciła, bo wiem, że kogoś innego może obrzydzić, dlatego staje się odważna. Dla mnie jest po prostu krystalicznie szczera. I ta niewinna szczerość jest piękna.
„Zuch” w moich oczach jest jedną z najpiękniejszych, szczerych, a zarazem smutnych książek opisujących życie młodego homoseksualisty. Jest tu tak wiele. Pragnienie miłości i akceptacji ojca, wiecznie brzemię bycia innym, „lalusiem”, próba leczenia u psychoanalityka, bezpardonowy obraz tego, jak nieosiągalne jest małżeństwo. „Zuch” jest wielopłaszczyznowym obrazem tego, ile nietolerancji mieszka na świecie na długo przed jakimkolwiek ruchem praw społeczności LGBT+.
Ta niezwykła powieść składa się dla mnie z małych fragmentów stających się kamieniami milowymi dojrzewania w pragnieniu. W pragnieniu, które społeczeństwo będzie nienawidzić a rodzina gardzić. Zerkając na niektóre oceny na portalach, tym bardziej polecam. Taka książka nieustannie jest potrzebna, jej tematyka wciąż jest rzeczywistością wielu, a nie tylko częścią autobiografii chłopca dorastającego w połowie ubiegłego wieku, w czasach, kiedy homoseksualizm wciąż był klasyfikowany jako choroba. Póki istnieją ludzie, którzy wciąż ją za taką uważają, to takie książki wciąż będą potrzebne.
tłum. Jerzy Jarkiewicz