Dlaczego koci katar może być śmiertelny? Kto jest królem anoreksji wśród zwierząt? Kim są pacjenci z pudełka?
Odbierał poród alpaki, przebiegło po nim stado krów i został napadnięty przez królika. Łukasz Łebek, lekarz weterynarii i autor bloga „Nie zadzieraj z weterynarzem”, w fachowy, ale przystępny sposób przybliża tajniki swojej pracy. Opisuje rozmaite przypadki, z którymi zetknął się w swoim gabinecie – od szczurów, chomików, szynszyli, przez psy, koty, a nawet udomowioną świnię czy gęś. Nie stroniąc od humoru, wyjaśnia, czego lepiej nie mówić weterynarzowi, dlaczego praca w terenie nie jest dla wszystkich i czym nie karmić naszych zwierząt, jeśli naprawdę je kochamy. Przybliża także ekonomiczny aspekt swojego zawodu oraz porusza trudne tematy eutanazji i radzenia sobie z odejściem czworonożnych przyjaciół.
Dzięki tej książce lepiej zrozumiesz swoje zwierzę i jego lekarza!
Lekarz weterynarii i autor bloga „Nie zadzieraj z weterynarzem”. W 2013 roku ukończył Wydział Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie. Na co dzień pracuje w jednej z Tarnogórskich przychodni weterynaryjnych. Zawodowo zajmuje się psami, kotami, królikami oraz innymi puchatymi stworzeniami. Interesuje się szeroko pojętą interną, nie lubi natomiast chirurgii. W pracy ceni sobie szczerość w kontaktach z opiekunami zwierząt. Na blogu dzieli się historiami z gabinetu weterynaryjnego, starając się jednocześnie przemycić treści edukacyjne. Napisał również dwie książki dla dzieci. Prywatnie mąż Weroniki i tata Antosi oraz Tadzia.
Cóż, na pewno można powiedzieć, że tytuł bardzo dobrze oddaje treść tej książki. Okazuje się, że weterynarza gryzie bardzo dużo. I w sumie się nie dziwię - moja praca też polega na kontakcie z ludźmi i zdaję sobie aż nadto dobrze sprawę, jacy ci ludzie potrafią być. Mimo to, taką listę żalów na 300 stron czyta się średnio. Chyba, że ktoś lubi się po prostu pośmiać z ludzkiej głupoty. Jest się z czego śmiać i nad czym płakać, to fakt. Jak gdzieś w jednej trzeciej książki autor stwierdził, że "gorzki wyszedł ten rozdział" przed oczami stanęła mi klasyczna sowa ORLY? No bo... serio? Tylko ten? 🙄
Dziwi mnie jak wiele recenzji mówi o ogromie informacji zawartych w tej pozycji. Chyba coś źle szukałam bo znalazłam tylko strzępki tu i ówdzie, wplecione w niezbyt składny słowotok. Styl, który działa na blogu niekoniecznie przekłada się na formę książkową, szczególnie jeżeli, jak mniemam, autor próbuje wykorzystać wcześniej napisane fragmenty - bo tylko tak chyba można wytłumaczyć fakt, że ta sama informacja podana jest raz a po kilku stronach wytłumaczona jeszcze raz tak, jakby poprzedniego wyjaśnienia nie było. Ewentualnie plaśnięte tylko coś w stylu "jak już mówiłem" - no mówiłeś jakieś trzy strony temu, jeszcze pamiętam, ale rozumiem, że wyrobić odpowiednią ilość słów w jakiś sposób trzeba...
Najbardziej chyba jednak zirytowało mnie płynne przejście z kilku rozdziałów typu "ilu to idiotów wydzwania do mnie w nocy i w weekendy z błahostkami albo bo nie byli pewni, czy w ogóle przyjść" (parafraza) do "Jeśli dzieje się coś, co w waszej opinii może zagrażać życiu zwierzęcia, to nie obserwujcie. Jedźcie do weterynarza. Chociażby w nocy." (cytat) No ja wiem, że fajnie by było, gdyby każdy wiedział, kiedy zadzwonić, kiedy przyjść a kiedy poczekać do otwarcia przychodni ale jednak nie każdy ma te pięć i pół roku wykształcenia weterynajnego. No i ta pogarda dla obserwowania zamiast przyjeżdżania natychmiast - owszem, istnieją idioci, którzy wyhodują guza wielkości grejpfruta a potem przyjdą i będą mówić, że go wczoraj jeszcze nie było. Ale na drugim biegunie wygląda to tak, że gdybym miała chodzić do weterynarza z każdą mniej ciekawą kupą, rzygiem czy ogólną niepewnością, to widziałabym moją weterynarkę częściej niż rodzinę. Nie jest łatwo znaleźć ten złoty środek i wiedzieć, kiedy pójść po poradę ale ta książka zdecydowanie nie nauczyła mnie nic nowego w tej kwestii.
No może ewentualnie nauczyła mnie tego, żeby przypadkiem nie obrazić majestatu i nie nazwać weterynarza weterynarzem. Bo musicie wiedzieć, że jedną z rzeczy, które weterynarza gryzą jest to, że ludzie go właśnie weterynarzem nazywają. Co prawda w którymś miejscu książki mówi nawet, że już łaskawie przestał ludzi poprawiać i wymuszać adresowanie per "lekarz weterynarii" ale na samym końcu jednak stwierdza "Mała dygresja. Zdecydowanie nabieram cieplejszych uczuć względem klienta, gdy dzwoni do lekarza weterynarii, nie do weterynarza" 🤦♀️ Proponuję zacząć od zmiany tytułu własnej książki, bo może niestety utrwalić ten jakże nieprzyjemny trend 🙄
Z innych kwiatków, sądząc po kategorycznie negatywnej opinii autora na temat porad przez telefon wydaje się, że jakimś cudem ominęła go pandemia. Aż sprawdziłam jeszcze raz czy książka aby na pewno wydana w tym roku, ale tak. Rozumiem, że nie zawsze da się zadecydować przez telefon czy pacjent ma przyjechać już teraz czy czekać na otwarcie przychodni, ale ostatnie półtora roku pokazało, że są rzeczy, które można jednak skonsultować w ten sposób i nawet niektórzy weterynarze dokładnie tego od klientów wymagają 🤷♀️
Tak więc ogólnie - zdecydowanie nie polecam tej książki chyba, że ktoś ma wielką ochotę pośmiać się z ludzi głupich czy po prostu starych, wychowanych w innym stosunku do zwierząt. Dziwi np. że autor dopiero w trakcie wykonywania zawodu dowiedział się, że kilkadziesiąt lat temu stare, schorowane psy na wsi zabijało się strzelając do nich. Dziwi szczególnie, że akurat relatywnie dobry rozdział o eutanazji jest głównym powodem dla którego daję jednak te dwie gwiazdki tej książce. Tylko zgrzyta, że w tym dobrze napisanym rozdziale autor mówi, że "trzeba głośno i wyraźnie mówić, że [eutanazja] nie jest morderstwem" a spytany przez starszą osobę o zastrzelenie psa (o którego kondycji i ewentualnej kwalifikacji do eutanazji nic nie jest napisane) mówi, że "ktoś sprowadza mnie do roli kata wykonującego egzekucje na geriatrykach." Bardzo się cieszę, że mamy teraz bardziej humanitarne sposoby na pozwolenie psu odejść - warto o tym ludziom starszej daty po prostu powiedzieć bez wyśmiewania się z nich. No ale takie nieszydercze podejście pewnie nie nabijałoby odpowiednio licznika odwiedzin bloga.
Jeżeli jesteście właścicielami jakichś zwierząt, to pewnie często zdarzają wam się rozmowy z innymi zwierzolubami. Dzielicie się wtedy swoimi obserwacjami, zmartwieniami i zabawnymi historyjkami. "Mój pies zrobił coś takiego...", "a mój to jest taki, że..." - mniej więcej tak to wygląda w moim przypadku. Nie sposób się nudzić w towarzystwie futrzaków (i nie tylko), zawsze są z nimi związane jakieś przygody. Wyobraźcie sobie, że w trakcie takiej żywej dyskusji, podchodzi do was sympatyczny weterynarz i mówi coś nieprawdopodobnego w rodzaju "a ja znałem psa, który miał w żołądku piłkę tenisową". W pierwszym momencie opadłaby mi szczęka, ale zaraz potem nakłaniałabym nowego znajomego, żeby opowiadał dalej!
Według mnie "Co gryzie weterynarza" to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego miłośnika zwierząt, nie żartuję. Książka jest świetna od początku do końca, napisana lekko i z humorem, a jednocześnie przekazuje czytelnikowi wiele istotnych informacji. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że to co robimy, może zaszkodzić naszemu przyjacielowi albo odwrotnie, niepotrzebnie martwimy się błahostkami. Ten tytuł pozwala nam spojrzeć z innej perspektywy na zwierzę, ale również na siebie i na nasze zachowanie w gabinecie weterynaryjnym.
Ogólnie jestem zdania, że książka jest udana, jeśli wywołuje w odbiorcy jakieś emocje. Jak było w tym przypadku? Podczas czytania na przemian głośno się śmiałam albo zamierałam z przerażenia. Odgłosy obrzydzenia i odkładanie książki na stolik z silnym (całym jednominutowym) postanowieniem, że "nie, nie będę tego czytać" też były. Jak widać emocje się pojawiły i to spore. Miałam też ochotę każdemu opowiadać, co tym razem wyczytałam.
To nie tylko historie o psach i kotach, mniejsi przyjaciele oraz zwierzęta gospodarskie też mają swoje 5 minut. Oprócz opowieści dotyczących pacjentów autora jest też trochę o studiowaniu weterynarii i jego życiu w otoczeniu zwierząt po godzinach pracy. Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz i książkę oczywiście polecam, bardzo miło się to czytało!
To istna kopalnia wiedzy o weterynarzach, zwierzęcych dolegliwościach, historie, które czasem bawią do łez, a czasem wywołują ogromne przerażenie. Dostałam w niej kilka praktycznych wskazówek, które z pewnością pozwolą mi lepiej rozumieć dolegliwości mojego pieska i ułatwią te znienawidzone przez niego wizyty u weterynarza 😋
Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy mają zwierzęta (raczej domowe, choć sypiająca na kanapie świnia też się już panu doktorowi trafiła), będą mieć zwierzęta, lubią zwierzęta. A już na pewno dla planujących wykonywać zawód weterynarza. Bardzo dużo rzetelnej wiedzy, sporo anegdot, czyta się świetnie, można się pośmiać w głos, a czasem i wzruszyć.
Internetowe poczynania Łukasza Łebka, autora strony „Nie zadzieraj z weterynarzem”, obserwuję od dłuższego czasu, dlatego sięgnięcie po jego książkę było dla mnie naturalnym kolejnym krokiem.
Bardzo lubię zaglądać do światów różnych grup zawodowych, a do zawodów związanych z medycyną mam szczególną słabość. Dlatego wtrynienie się do głowy lekarza weterynarii było przyjemne i ciekawe. Być może „Co gryzie weterynarza” zdziwi czytelników rozległością wątków, które w ogóle nie są zabawne – przecież do lekkiego stylu autor zdążył nas już przyzwyczaić – ale dla mnie dopiero ten słodko-gorzki obraz weterynarii jest spójny, prawdziwy i wartościowy. Z samej lektury sporo można się dowiedzieć (może nieco mniej, jeśli regularnie czytacie blog Łukasza) – nie w formie poradnika, tylko pomiędzy anegdotami. Wchodzi bardzo dobrze.
Na co dzień służę królowi Goranowi, dlatego szczególnie ciepło wspominam wspaniały rozdział o kotach, które Łukasz bardzo lubi, a jednocześnie z całą swoją sympatią opowiada o ich niepodważalnej dziwności ;).
Książka napisana jest stylem blogowym, mówionym, takim, do jakiego autor przyzwyczaił nas na swojej stronie. Niestety, nawet taki styl wymaga redakcyjno-korektorskiej obróbki, a tego w „Co gryzie weterynarza” mi zabrakło. Dziwi mnie to, bo książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, a nie jakiegoś szemranego self-publishingu. Poza tym uwag brak. Czytało się świetnie.
Jest tu kilka fajnych momentów, sam audiobook też jest zgrabnie zrobiony wiec słucha się tego przyjemnie. Ale! Sama treść już nie jest zawsze taka przyjemna. Ja wiem, że właściciele zwierząt potrafią być ciężcy w kontakcie, że weterynaria to ciężki kawałek chleba i na prawdę trzeba się namęczyć nie tylko z leczeniem zwierząt ale i z ich właścicielami, ale tu momentami miałam wrażenie, że to jeden wielki żal wylany na papier.
Dużo sprzecznych informacji, dużo stereotypów, dużo narzekania. Trochę tych przyrodniczo- zwierzęcych książek już przerobiłam i zdecydowanie wole inne podejście do tematu i inny rodzaj krytyki. Bo moim zdaniem wylać żale to tez trzeba umieć.
O matulu, dawno nie czytałam nic tak fatalnie napisanego. Wymęczyła mnie ta książka i postękiwania autora na każdym kroku. Tak źle, tak głupio a tak to już do czcigodnego lekarza weterynarii na pewno nie można. Autor bardzo chciałby być zabawny, ale przez większość czasu jest po prostu straszną jęczybułą. Powinien zmienić zawód, to pewne (tylko niech to nie będzie coś związanego z pisaniem, litości!).
1) Jedno wielkie wylewanie żalu 2) generalnie śmianie się z niewiedzy wszystkich i zaprzeczanie sobie na każdym możliwym kroku 3) absolutnie ABSURDALNE wątki, typu - ludzie mnie nie słuchają i zawsze źle podadzą lek- bo zdarza się że ja wydzielam do strzykawek porcje, ale nie mam zatyczek i zatykam je igłą- i mówię klientom- to doustne, nie do wstrzykiwania, a oni zawsze wstrzykują. HALO. KUP SOBIE ZATYCZKI DO STRZYKAWEK, ALBO INACZEJ WYDZIELAJ LEKI?! Skoro wiesz, że tak to ludzi myli 4) „Ludzie to tak przekarmiają zwierzęta…” „Oh mój pies KLUSKA całe życie był gruby bo się okazało że go źle karmiłem” 5) „Ale ci ludzie nieodpowiedzialni, zwierzęta to trzeba z szacunkiem” - „nie spakowałem dokładnie torby i na wizycie domowej nie miałem rękawiczek jednorazowych ani trzymacza do igły, hehe, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma 6) ludzie dzwonią do weterynarza z takimi głupotami! Przestańcie dzwonić” - „ dzwońcie zawsze, jesteśmy od tego żeby rozwiać wasze obawy, lepiej być przewrażliwionym niż odwrotnie” 7) denerwuje mnie gdy mówią do mnie weterynarz. Jestem LEKARZEM WETERYNARII, skończyłem studia MEDYCZNE. Poprawiałem ludzi kiedy źle się do mnie zwracali.
I wiele wiele innych 🤡🤡🤡
Generalnie temu panu już podziękujemy. Dramat.
Ps. Autor momentami łapał się na tym, że przesadził i musi posłodzić czytelnikowi fraza pt. „ nie wszyscy są tacy” „ trzeba tłumaczyć i rozmawiać”, ale szybko mu przechodziło xd
Jedyny dobry moim zdaniem rozdział to ten o eutanazji (kolejny po nim też zapowiadał się super ale oczywiście autor wrócił na poprzednie tory 🤡). Wyniosłam też coś dla siebie z rozdziału o gryzoniach, bo był to dla mnie zupełnie nowy temat. I całkiem ciekawie poruszony temat wypuszczania kotów na dwór.
Miłe zaskoczenie. Między historiami zwierzaków i ich właścicieli, przeplatane są rady na co zawracać uwagę by naszym pupilom żyło się lepiej. Idealnie zachowana równowaga, przez co nie miałam przesytu żadnym tematem. Nie obyło się też bez łez w rozdziale o eutanazji…
Autorem jest lekarz weterynarii, więc z początku opowiada skąd wziął się jego plan na życie, by zająć się medycyną weterynaryjną i poznajemy jego ciekawe perypetie studenckie.
Autor zamieszcza multum przykładów z jego praktyki klinicznej o najczęstszych i najgroźniejszych przypadkach. Świetne jest to, że każdy przypadek jest okraszony dawką wiedzy teoretycznej, przez co każdy wyciągnie masę nowej wiedzy! Ponadto przekrój pacjentów jest ogromy, od gryzonia, po krowę😊 Możemy dowiedzieć się m.in o zjadaniu ciał obcych (ciała cieniujące i niecieniujące) i zagrożeniach wynikających z dawania ludzkich leków. Wszystkie te aspekty są obrazowane przypadkami z pracy autora, co uzmysławia powagę sytuacji. Cały rozdział, poświęcony jest również godnemu odchodzeniu zwierząt za Tęczowy Most, najtrudniejszy moment, pożegnania swego przyjaciela😢 Opowiada też historie z nocnych i weekendowych dyżurów oraz różne anegdoty z gabinetu. Autor, pisze bardzo przyjemnym językiem. Wyjaśnia wszelkie terminologie medyczne i przez to, książka trafi do każdego!
Polecam tę książkę każdemu opiekunowi zwierzaka, gdyż autor daje rady, na co zwracać uwagę w zachowaniu zwierząt, czego nie wolno bagatelizować i jak ważna jest współpraca lekarz-właściciel.
2.5 audiobook przyjemnie sie sluchalo nawet i to troche uratowalo ten rejting bo widac ze pan nie jest pisarzem ❤️ ale oki ksiazka choc niczego nowego za bardzo sie nie dowiedzialam raczej i wiecej narzekania tu bylo niz czegokolwiek innego ale getuje bo ja tez lubie duzo narzekac to moze nie bede hejtowac
Czego oczekiwałam? Czegoś ciepłego, zabawanego i jednocześnie pouczającego. Możliwe, że oczekiwałam za dużo. Po tej książce jestem zmęczona czytaniem marudzenia autora. Jestem zmęczona samym autorem i jego ego. Jego opinie o właścicielach i ich pupilach są naszpikowane pogardą. Wypowiedzi są uszczypliwe, zgryźliwe i momentami sarkastyczne. Bardzo źle czyta się tekst, w którym okazuje się innym brak szacunku. Zrozumiałe jest, że praca z ludźmi do łatwych nie należy, a w społeczeństwie istnieją jednostki, od których mózg się lasuje. Jednak nie wszyscy są tacy, a sprowadzanie każdego napotkanego człowieka do poziomu tej najgorszej jednostki, jest po prostu słabe. "Żeby nie było, że jestem bezdusznym, czepiający się typem, który minął się z powołaniem" - właśnie takie odniosłam wrażenie czytając tę książkę. Wielu może powiedzieć, że nie mam poczucia humoru, być może. Chociaż osobiście uważam, że autor próbował zatuszować swoje chamstwo nieudolnymi żartami. "Oczywiście nie odpuszczę sobie zrobienia im solidnej porcji wyrzutów, że czekali, i następnym razem mają przyjść od razu". Przychodzisz od razu - źle, przychodzisz później - źle, dzwonisz - źle. Autor niejednokrotnie wspominał o zemście za zachowanie właścicieli pacjentów. Jednym z powodów była (UWAGA) prośba o innego weterynarza. Sposób w jaki przedstawił swoją pracę, sprawił, że poczułam się problemem, bo nie studiowałam weterynarii i sama nie potrafię leczyć swojego pupila.
Po przeczytaniu książki uważam, że tytuł powinien zostać zmieniony, ponieważ może wprowadzać w błąd. "Co gryzie LEKARZA WETERYNARII" chyba bardziej pasowałoby do wywodów szanownego autora.
W książce znajdowały się nowe dla mnie informacje, jednak ich sposób ich przedstawienia sprawił, że nie była to przyjemna lektura.
Mam pewność, że nie będę czytać niczego co wyjdzie spod pióra tego Pana.
Dzisiaj przychodzę co Was z książką, którą mogę polecić każdemu właścicielowi psa, kota czy innego futrzaka, ale także tym, którzy zwierząt nie mają... 👩⚕️"Co gryzie weterynarza" to pozycja dla ludzi, którzy zastanawiają się jak ten zawód wygląda od kuchni. Autor opisuje w niej swoje zabawne anegdotki z pracy klinicysty, z nostalgią wspomina czasy studenckie oraz to z czym spotkał się jako właściciel. 👩⚕️Myślę, że sporo ludzi ma mylę wyobrażenie, że zawód potocznie zwanego weterynarza bądź weta to tylko głaskanie piesków i kotków. W tej książce opisane jest po krótce z czym mierzy się lekarz weterynarii każdego dnia swojej pracy. 👩⚕️Ja jeszcze jako studentka bardzo cieszę się, że takie książki powstają po pierwsze dlatego, że coraz bardziej zwiększa się świadomości społeczeństwa co to znaczy być wetem, a po drugie dlatego, że w chwilach zwątpienia czuję, że każdy miewa chwilę słabości, szczególnie w tak trudnym zawodzie jaki sobie wybraliśmy.
Jeśli choć kilka osób znajdzie w tej książce coś dla siebie, to naprawdę świetnie. Bo autor poruszył bardzo ciekawe i ważne kwestie, zaznaczył, na co powinien zwracać uwagę właściciel zwierzęcia, by opiekować się nim jak najlepiej, zwłaszcza żeby jego współpraca z lek wet przebiegała sprawnie. Ja jako studentka weterynarii oraz dziecię lekarzy weterynarii nie znalazłam tu nic odkrywczego, ale podejrzewałam, że tak będzie. Jednak jeśli jedyny wasz kontakt z lek wet to wizyty ze zwierzęciem raz na pół roku to polecam. I anegdoty też bywają zabawne, choć niektóre bardziej poważne.
Mam mieszane odczucia - sama książka okay, mnóstwo anegdotek, czasami trochę informacji, fajnie wywarzona (chociaż jak na początku sugerował podawanie psom kości nośnych do gryzienia to aż się we mnie zagotowało...). Ale sama postać pana doktora? Sprawia niestety wrażenie egocentryka i buca i rozumiem, nie lubi pan ludzi, ale to czasami zakrawało pod plucie jadem, a weterynaria to jednak praca z człowiekiem. Z napięciem wyczekiwałam aż padnie nazwa miejscowości i cieszę się, że znajdujemy się na dwóch krańcach kraju i nigdy do niego nie trafię (swoich weterynarzy bardzo lubię i szanuję jakby kto pytał). Nie wiem też dla kogo miałaby być ta książka, bo laik mógłby się poczuć zagubiony, gdy rzuca się medyczne zagadnienia, a patrząc z perspektywy kogoś, kto w gabinecie swoje przesiedział i przeszedł walkę o życie ukochanego zwierzaka (i ją przegrał), to ta książka w ogóle nie jest zabawna, bo chore zwierzęta nie są zabawne.
Dla mnie, jako przyszłej techniczki weterynarii książka była ciekawa. Poleciłabym każdemu właścicielowi zwierząt/zwierzęcia, ale bez problemu zrozumiałabym, gdyby książka się danej osobie nie spodobała, między innymi przez humor i styl pisania autora 😅
Ciekawa książka opisująca doświadczenia weterynarza w codziennej pracy. Sytuacje smutne, ale też wesołe, autor opisuje w sposób przystępny, choć chwilami przegadany. Mimo wszystko polecam wszystkim, którzy mają pod swoją opieką zwierzaki, ale też tym, którzy ich nie mają.
3,5 słuchane w audio, lektor bardzo ułatwił odbiór, bo przeczytał ją tak, jak została napisana - trochę głupiutko, trochę żartobliwie. i choć nie jestem pewna, czy wkręciłabym się w nią w papierze, to słuchało się bardzo przyjemnie. miła pozycja, chociaż bardziej anegdotyczna, niż niosąca za sobą dużo treści.