Twórczość Hiroko Oyamady znalazła w Annie Wołcyrz wspaniałą sojuszniczkę. Angielskie tłumaczenia dwóch poprzednich książek, „The Factory” i „The Hole”, czytałam już kilkakrotnie, za każdym razem zastanawiając się czy ten niepokojący rytm, ta podstępna mgła oblepiająca codzienne czynności i swobodne zabawy z poczuciem zagrożenia, to sprawka samej autorki, czy może raczej efekty uboczne przepisania powieści na inny język. Po przeczytaniu „Ogrodu” stało się dla mnie jasne, że Oyamada z premedytacją urządza w swoich tekstach pokazy psychologicznego absurdu, podszyte wielowątkową tajemnicą i bliską obecnością świata przyrody. Tym bardziej podziwiam mistrzów językowej mimetyki Davida Boyda i Annę Wołcyrz, którzy w pracach Oyamady udają fałszywie nieobecnych, podczas gdy w rzeczywistości notują pełnowartościowy współudział w każdym punkcie, w którym czytelniczka nie może zwolnić wzroku. Bo czytelniczka Oyamady chce wiedzieć, jak zakończy się wyprawa do bankomatu w sklepie, albo czy właśnie oglądany dom zostanie wynajęty przez bohaterów, z którymi można współodczuwać bez pretekstów w postaci imion i cech szczególnych, ale którzy z drugiej strony są wolni od pretensjonalnej anonimowości.
Polski przekład „Ogrodu” czyta się z niemałą satysfakcją. Tłumaczka zadbała o to, żeby dawno niewyciągane ze słownika rupiecie na moment zrobiły wrażenie na gościach. Przez chwilę „żabsko” wygląda tak, jakby nie było na nim kurzu, jakbyśmy codziennie mówili ze znajomymi o żabskach. Pojawia się też „wróżeganie”, sprzęt leksykalny specjalnego przeznaczenia, swojski acz elegancki, aż szkoda, że fikcyjny.
Na każdą książkę Oyamady czekam z większą niecierpliwością. Nieczęsto przychodzi mi czytać tak niespiesznie komponowane prace, jakby autorka dokładnie podążała za niezawodnym planem własnej ewolucji. Nie mogę odeprzeć od siebie wrażenia, że pełna, ostateczna i monumentalna postać rozwojowa Oyamady jeszcze przed nami. I nie chcę przez to powiedzieć, że autorka przygotowuje do wielkiego finiszu siebie. Raczej chodzi tu o przygotowane mnie, nas: zapamiętaj to sobie, jeszcze ci się przyda, zobaczysz. Jeszcze nie wiesz o co chodzi, ale dowiesz się, obiecuję. Każda książka to kolejna transgresja w mrocznym kierunku oznaczonym tylko orientacyjnie słowami „przyroda” i „intuicja”.
Tym bohaterom, którzy cenią zapach mokrej ziemi, kroją się w prozie Oyamady piękne rzeczy. Ten i ta, którzy zjednają sobie świat w jego przedbetonowej formie, przechodzą na bezpieczną stronę ciemności i uwalniają się od strachu. Znów dla tych, którzy o przyrodzie myślą w terminach ujarzmienia i dominacji, los nie jest już tak łaskawy. Choroba czy śmierć może i są dla człowieka nieszczęściem, ale prawdziwym powodem do niepokoju jest się zapomnieć w pogoni za życiem na akord i przez kilka lat nie odkryć studni we własnym ogrodzie.
Liczę na to, że o „Ogrodzie” będziemy rozmawiać jeszcze długo. Co raz wyłowimy sobie nowo zauważony, a silnie zarysowany motyw. Każda i każdy znajdzie w tej książce swój najjaśniej błyszczący temat. Wiadomo, że na piękne rzeczy najprzyjemniej pogapić się razem. Jeśli przeczytałyście, dajcie znać, co widać po waszej stronie w „Ogrodzie” albo innej książce Hiroko Oyamady. Kto wie, co jeszcze do tej pory ukrywa się przede mną w jej tekstach?