Ponad siedemdziesiąt tysięcy polskich dzieci objętych jest pieczą zastępczą. Mieszkają w domach dziecka i rodzinach zastępczych. Większość nie ma szans na znalezienie prawdziwego domu – są za duże, mają zbyt wiele problemów zdrowotnych, ich biologiczni rodzice nie zostali pozbawieni praw rodzicielskich. A nawet jeśli dojdzie do adopcji, nie zawsze jest to historia z happy endem. Rodzina adopcyjna mierzy się z wyzwaniami, które osobom z zewnątrz trudno sobie wyobrazić. Nie wszystkim udaje się ten ciężar udźwignąć.
Marta Wroniszewska słucha historii adoptowanych dzieci – dziś już dorosłych – oraz rodziców adopcyjnych, rodzin zastępczych i dawnych wychowanków domów dziecka, zmagających się z codziennością, do której nikt ich nie przygotował. Rozmawia z osobami poszukującymi swoich biologicznych rodziców, matkami, które utraciły prawa rodzicielskie, wreszcie pracownikami instytucji i działaczami społecznymi. Osobiste dramaty przeplatają się problemami niewydolnego systemu. I choć w tej historii jest wiele głosów, najdonośniej wybrzmiewa ten, którego zwykle nie słychać – głos dzieci.
Tym razem będzie bardzo osobiście (może za bardzo?), mało kompetentnie i rzetelnie, za to z ogromem emocji. Chciałam napisać o stylu, statystykach i innych faktach, ale nie mogę, bo palce na klawiaturze idą w inną stronę niż zamierzałam…
Odkąd pamiętam, chciałam pracować w domu dziecka. Niejednokrotnie rozważałam nawet zostanie rodzicem zastępczym bądź adopcyjnym. Jak na szpilkach oczekiwałam na program "Kochaj mnie", przy którym płakałam jak bóbr. Moim pierwszym i jedynym wyborem była pedagogika opiekuńczo-wychowawcza, aby móc pracować z dziećmi po przejściach. Już na pierwszym roku podjęłam się wolontariatu w domu dziecka w grupie maluchów (od trzeciego dnia życia do trzeciego roku życia) – trwało to dwa lata i zmieniło moje postrzeganie wszystkiego. Dowiedziałam się, że nie mogę pracować w takiej placówce…
Ten czas przeczołgał mnie emocjonalnie, uświadomił wiele – marzenia i wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością, a ja obiłam tyłek i doszłam do wniosku, że za miękka buła jestem, która za bardzo się przywiązuje, aby móc pracować z dziećmi w placówce opiekuńczo-wychowawczej. One potrzebują ciepła, ogromu miłości, poczucia bezpieczeństwa – dałam to jednej dziewczynce, którą po kilku miesiącach przekazano rodzinie. Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość, bo każde dziecko zasługuje na największe szczęście, ale… nie zdążyłam się z nią pożegnać, przytulić, pogłaskać po główce. Popłakałam się, przeżyłam to, tęskniłam i każde kolejne odwiedziny nie były już tym, co czułam wcześniej. Może to źle o mnie świadczy, może nie powinnam tego pisać, jednak tak bardzo przywiązałam się do jednego dziecka, iż nie potrafiłam obdarzyć takim uczuciem kolejnych.
Nie chcę zagłębiać się w to, jak wyglądała rzeczywistość tych dzieci, bo do tej pory łamie mi się serce. Po prostu nie chciałam stać się w pewnym momencie zgorzkniała, zdystansowana i nieczuła na ramiona pragnące czułości, na główki potrzebujące głaskania, na policzki gotowe do całowania. Nie mogłabym znieść, gdybym stała się taka, jak wiele innych wychowawczyń, a z drugiej strony zaczęłam je rozumieć, bo nie da się zdrowo pracować i normalnie funkcjonować poza placówką, jeżeli człowiek nie rozgraniczy tych dwóch sfer. Bałam się, że nie będę umiała tego dokonać. Nie chciałam skrzywdzić ani tych dzieciaków, ani siebie, ani swojej przyszłej rodziny, na której na pewno odbiłaby się moja praca.
Wiele ludzi ma totalnie zaburzone postrzeganie placówek zajmujących się porzuconymi dziećmi, a także rodzin adopcyjnych i zastępczych. "Tu jest teraz twój dom" zdejmuje zasłonę okrywającą temat, który w naszym kraju jest jeszcze tabu i pewnie długo tak pozostanie. Wszyscy, totalnie WSZYSCY powinni przeczytać ten solidny, mięsisty i bardzo prawdziwy reportaż przedstawiający każdą ze stron systemu opiekuńczo-wychowawczego. Mnie niczym nie zaskoczył – tylko dlatego, że zetknęłam się z tą rzeczywistością, ale innym może, a wręcz powinien otworzyć oczy. Wszystkim rodzicom zaprzyjaźnionym, zastępczym adopcyjnym i pracownikom placówek, którzy oddają całe swoje serca potrzebującym dzieciom – czapki z głów. Wszystkim małym, większym i dorosłym osobom, pozbawionym matczynej i ojcowskiej opieki oraz miłości – jesteście wspaniali, wartościowi i WIELCY. Pamiętajcie o tym.
Bardzo ważna i uświadamiająca książka, dobrze napisana bez oceniania a z drugiej strony bez otoczki heroizmu. Nie jest to obraz świata w różowych okularach ale twarde "mięso". Różne perspektywy: byłych wychowanków, rodzin adopcyjnych, zastępczych (również tych nieudanych), osób z domów dziecka, działaczy społecznych, daje wielowymiarowe spojrzenie i może stanowić zarzewie do zrozumienia głębi tematu.
Dla osób które zastanawiaja się nad adopcją bądź inną formą wkroczenia do systemu sprawowania pieczy, pozycja jest absolutnie obowiązkowa. Zwłaszcza, że jak dowiedziałam się z tej książki, ośrodki apocyjne roztaczają przed adopcyjnymi rodzicami idylliczny obraz sielankowej przyszłości, a potem w wypadku niepowodzeń i ewentualnych rozczarowań rodziny są pozostawione same sobie. Rzeczywistość rzadko okazuje się bajką.
Nie jest to pozycja, która ma zniechęcić do decyzji o adopcji, ale raczej uświadomić, pokazać niuanse, na które warto być przygotowanym. Wiedza jest ważna, pozwala uniknąć rozczarowań, zapobiegać problemom a w przypadku ich wystąpienia szukać rozwiązań.
Ocena: 4+ Wrażenia: Porządny reportaż. Sytuację w kraju znam z opowieści znajomych i trochę z pracy, ale i tak znalazło się w tej książce kilka faktów, które jeszcze bardziej mnie utwierdziły w przekonaniu, że ten kraj nienawidzi dzieci (narodzonych oczywiście). Dla kogo: Dla rozważających adopcję przede wszystkim. Że to nie jest jak w bajkach.
bardzo doceniam rozmowy z ludźmi patrzącymi na to wszystko z różnych perspektyw i pełniących w systemie adopcji różne role – udana próba pokazania, że sporo nam jeszcze brakuje do rozwiązania problemu patologii w nim panującej
To całkiem dobry reportaż. Brakowało mi jedynie jakiegoś wprowadzenia i wyjaśnienia tych wszystkich procedur prawno-administracyjnych. Sam słowniczek na końcu książki to trochę za mało.
Spodziewałam się, że ten reportaż wywoła we mnie większe wrażenie. Przez większą część czytania trochę się nudziłam, jak dla mnie mogło by być jeszcze więcej opowieści i mniej danych. Cholernie przykre są tragedie tych dzieci ( w każdym wieku tak naprawdę ) i to cudowne, że są ludzie chętni do tak ogromnej pomocy. Mi raczej ten reportaż nie zapadnie w pamięci, natomiast jeśli kogoś bardzo interesuje ten temat, to warto przeczytać.
„Chroni się rodzica biologicznego, a nie myśli się o dziecku. A zła opieka nad dzieckiem jeszcze niestety przestępstwem w Polsce nie jest. Z naszych podatków utrzymujemy całe rodziny i ich dzieci. To grupa ludzi, którzy uważają, że zasiłek im się należy, to po co mają iść do pracy? Jeżeli tatuś zapisze się jako bezrobotny, dostanie sześćset czy siedemset złotych, coś mu tam jeszcze zasiłku skapnie i już ma tysiąc. Pójdzie do jadłodajni, za darmo dostanie obiad, na czarno gdzieś dorobi na flaszeczkę. Tak myślą rodzice naszych dzieci. Utrzymujemy patologie i uczymy kolejne pokolenia sposobu życia w systemie pomocy społecznej, bo spora grupa dzieci opuszcza placówkę i niestety wraca na łono patologicznej rodziny. Koło się zamyka.”
adopcja to nie tylko szczęśliwi rodzice, którzy w końcu spełnili swoje marzenie o posiadaniu dziecka, czy właśnie dzieci, uśmiechnięte, bo znalazly dom swoich marzeń to często mnóstwo łez, niezrozumienia, bólu, nieprzepracowanych traum, które ciągną się latami
dzięki temu reportażowi dowiedziałam się jak szczegółowo wyglada proces adopcji, jakie ośrodki oferują pomoc dzieciom i poznałam historie rodzin, których życie nie zawsze jest kolorowe
jeśli interesuje Was ten temat, szczerze polecam, sama dowiedziałam się bardzo dużo - cenna lekcja
O takie reportaże czytałam! Ta pozycja omawia praktycznie wszystkie główne aspekty adopcji i rożnego rodzaju pieczy zastępczej, w tym ośrodki opiekuńcze. Pomaga też zrozumieć polski system, który ma wiele do poprawienia. Najcięższy, jako dla matki adopcyjnej, jest brak dojrzałości tego polskiego systemu w podejściu do adopcji. Niestety powielany jest stygmat „popsutych” (=niepłodnych) ludzi, którzy biorą „popsute” (=niechciane) dzieci i ot, mamy takie „popsute”, ale jakoś tam działające rozwiązanie, gdzie ludzie wychowują „obce” dziecko. Jak takie podejście wpływa na dzieci i rodziców w systemie? Trudno spodziewać się dojrzałości społecznej w tej kwestii, gdy stygmaty powielane są systemowo. Oczywiście to wynika z nacisków religijnych i społecznych na reprodukcje, związanego z tym paradygmatu o wyższości więzów biologicznych nad innymi i uznawania spraw rodzinnych za prywatne, nawet jeśli dziecku dzieje się krzywda. W związku z tym, mimo że wielu specjalistów, jak przedstawiono w książce, rozpoznaje, że adopcja czy rodzina zastępcza jest najlepszym rozwiązaniem dla samego dziecka w przypadku dysfunkcyjnej rodziny biologicznej to rodzicom biologicznym dają tyle szans, że często kończy się to tragedią dla dziecka z powtarzaną traumą powrotu to dysfunkcyjnej rodziny i przebywania w tym środowisku, a czasem jego maltretowaniem, molestowaniem seksualnym czy śmiercią. W kraju, gdzie mieszkam i adoptowałam dziecko podejście systemu (bo społeczeństwa często nie) jest zupełnie inne. Liczy się przede wszystkim dobro dziecka, więc są liczne ułatwienia by dziecko mogło trafić do rodziny zastępczej lub zostać adoptowane. Dziecko nie jest też traktowane podmiotowo i od 10 roku życia na trafienie do danej rodziny samo musi wyrazić zgodę. Jest też zrozumienie, że jakkolwiek ludzie doszli do decyzji o adopcji to czekają na swoje dziecko. Nie biologiczne, z minimum traumą separacji od matki biologicznej, a często z innymi, ale swoje. Co więcej jest spora grupa ludzi, którzy adoptują z tzw. pierwszego wyboru - pary bez problemów z niepłodnością, single czy pary jednopłciowe. Mimo wielu wad tego systemu ze względu na ograniczone środki finansowe czy papierologię ta dojrzałość emocjonalna robi ogromną różnicę dla wszystkich zainteresowanych.
Bardzo dobrze napisany reportaż. Autorka świetnie łączy historie osobiste z tłem merytorycznym, pokazuje kwestię pieczy zastępczej z wielu różnych punktów widzenia. Przeczytałam z zapartym tchem, nierzadko ze łzami w oczach.
Książka, która zagwarantowała mi mnóstwo emocji i łez, nieograniczonego żalu i niepohamowanego gniewu. Na system, na przepisy, a przede wszystkim na ludzi. Rzetelny opis adopcji w Polsce ujęty z wielu perspektyw. Poznajemy intymne historie rodzin adopcyjnych, rodzin zastępczych, rodzin biologicznych, wychowanków, domów dziecka i organizacji, które starają się pomagać dzieciom wrzuconym w ten wir bolesnych i trudnych wydarzeń. Na końcu znajdziemy również wyróżnione najważniejsze pojęcia i skróty, najważniejsze akty prawne regulujące sprawy przysposobienia i liczną bibliografię. Marta Wroniszewska rozmawiała z ludźmi rozrzuconymi po całej Polsce, ze zróżnicowanymi historiami i doświadczeniami, a jednak na podstawie jej książki można wysnuć kilka podstawowych stwierdzeń na temat adopcji w naszym kraju. Przede wszystkim to, że rodziny zastępcze częstokroć są niedofinansowane, nieprzygotowane, państwo zrzuca na nich odpowiedzialność, nie dając żadnego zaplecza i wsparcia. Jeśli coś idzie nie tak – winna jest tylko i wyłącznie rodzina zastępcza. Gdzie natomiast w tym wszystkim są ludzie, którzy powinni wspierać te rodziny, doglądać ich sytuacji, oferować swoją pomoc? Często dzieci przerzuca się od jednej rodziny zastępczej do drugiej, zabierając im jednocześnie prawo do bezpieczeństwa i stabilności. W dodatku rodziny zastępcze muszą tolerować rodziny biologiczne, które często są patologicznym środowiskiem. Jeśli dzieci robią postępy – takie spotkania z rodzicami wielokrotnie sprawiają, że na powrót się cofają. Muszą się także mierzyć z hejtem w Internecie (najczęściej sprawa dotyczy pieniędzy – 500 plus), choć większość z tych osób nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak wygląda praca takich rodzin i z czym muszą się one zmagać. Przez zawodowe rodziny zastępcze przewija się czasami po kilkanaście dzieci jednocześnie, często dochodzą też własne i adoptowane, a jednak osobom postronnym wydaje się, że jak na każde dziecko otrzymają jakieś środki, to żyje im się jak pączkom w maśle. Kolejnym problemem okazuje się nieuregulowanie sytuacji prawnej dzieci. Okej, pomaga się sprawcom wychodzić z uzależnień i przemocy, ale to tylko dowód, że szanse daje się rodzicom, nie dzieciom. Te dzieci muszą krążyć po domu dziecka lub rodzinie zastępczej bez szans na adopcję, by jego biologiczny rodzic miał szansę się ogarnąć. I czasami Ci rodzice faktycznie wychodzą z tego kręgu patologii. A czasami trwa to wiele lat i na nic się zdaje. A wiadomo – im dziecko starsze, tym trudniej będzie znaleźć dla niego rodziców adopcyjnych. Sama adopcja jest rozległym tematem z nawarstwiającymi się problemami i niedomówieniami. Przede wszystkim wymaga od przyszłych rodziców dużych pokładów cierpliwości, by najpierw skompletować stertę dokumentów z przeróżnych urzędów, a później, by latami czekać na decyzję. Dodatkowo kursy, które odbyli i testy, które przeszli okazują się wielokrotnie nieprzydatne. Nie otrzymują praktycznych wskazówek, pomija się niektóre wrażliwe kwestie. Karmi się ich obietnicami, że wystarczy dać dziecku miłość i rodzinę, a pomija fakt, że dzieci z przeszłością są dużo bardziej wymagające. Bawi mnie hipokryzja ludzi, którzy zawsze są chętni do komentarzy, cmokania z niezadowoleniem i oskarżeń, a sami nie potrafią nic dać od siebie. Niestety to jest w Polsce powszechne, że każdy służy dobrą radą, a nie pomocną dłonią. I przy okazji tej książki bardzo to wychodzi. Generalnie poruszonych problemów jest więcej niż te opisane wyżej, a kłopoty z jakimi mierzą się zarówno dorośli, jak i dzieci mnie przerastały. Bardzo podziwiam osoby, które starają się, by wnieść do serca tych skrzywdzonych ludzi trochę ciepła.
4.5, bardzo solidny reportaż, poruszający, trudny i ukazujący problem adopcji w Polsce z bardzo różnych perspektyw. Miejscami tylko odrobinę nierówny, ale nie zepsuło mi to w ogóle czytania.
Sięgnęłam po ten reportaż, ponieważ w poprzedniej książce, którą skończyłam był właśnie motyw adopcji. Lubię czytać tego typu reportaże, bo nawet jeśli nie zapamiętuję wszystkich informacji, to zdecydowanie poszerzają mój światopogląd i rozwijają empatię. Moimi głównymi przemyśleniami podczas czytania była refleksja nad tym jakie to szczęście urodzić się i wychowywać w rodzinie bez alkoholizmu, przemocy, narkotyków i libacji. Tyle osób w Polsce i na świecie ma utrudniony start i musi się mierzyć z takimi traumatycznymi wspomnieniami przez całe życie. Po drugie, dowiedziałam się jak wygląda adopcja w Polsce- na przykład nie wiedziałam wcześniej że jest więcej rodzin czekających na dziecko niż dzieci gotowych do adopcji! Poza tym, opowieści bohaterów tego reportażu uświadomiły mi, że utrwalony mit smutnego i strasznego domu dziecka nie jest do końca prawdziwy. Dla wielu dzieci jest to dużo bezpieczniejsze i bardziej komfortowe środowisko niż ich dom rodzinny. To że polskie prawo i formalności powiązane z adopcją nie pomagają, a raczej utrudniają ten proces, niestety mnie nie zaskoczyło, ale i tak smutno się o tym czytało.
Książka napisana z dużą wrażliwością i pokazująca, że nie wszystko jest czarne lub białe, a każda historia to suma różnych czynników i nie można powiedzieć, że tu ktoś był tym dobrym lub tym złym. Przede wszystkim jednak doceniam bardzo wiele różnych perspektyw, przez co reportaż jest bardzo przekrojowy i na relatywnie niewielu stronach można się wiele dowiedzieć.
Książka napisana z wielu perspektyw i w sposób nieoceniający rozmówcę autorki. Myślę, że z pewnością otwiera oczy na temat niszowy, który raczej nie przewija się w mediach czy przestrzeni publicznej a jedynie w czasie świąt czy w okresie powrotów do szkoły, gdy organizowane są zbiórki na domy dziecka
„Dzieci adopcyjne to nie są dzieci, które wskakują na miejsce nienarodzonych dzieci. One mają swoją rodzinę, historię […] Adopcja czy piecza zastępcza to przyjęcie pod swój dach i pokochanie dziecka, do którego serca klucz leży w ręku innej osoby.”
Fantastyczny reportaż!! Jedynie co, to mam zastrzeżenie do tego, że w zasadzie nie było historii dzieci bez FAD czy spoza rodzin alkoholowych, a takie na pewno tez są i fajnie by było poznać tez taką stronę
4.25 ⭐️ Odczuwam lekki niedosyt po przeczytaniu. Książka jest trudna, ma w sobie wiele emocji, przekazuje ogrom wiedzy, ale czegoś mi brakowało, czegoś tu było za mało…
Jest to książka, która przedstawia bardzo dokładnie funkcjonowanie system adopcyjny w Polsce (który jak można się domyślać, pozostawia wiele do życzenia) odbiega od pokazywania adopcji tylko w sposób kolorowy i bajkowy. Jednak nie mówi, że adopcja jest czymś pozbawionym sensu oraz że nie warto. Uświadamia i edukuje ewentualnych przyszłych rodziców adopcyjnych na różnego rodzaju niepowodzenia.
Mamy tu perspektywę osób adoptujących, samych wychowanków , przez psychologów do osób pracujących w domach dziecka/rodzinach zastępczych . Nikogo nie ocenia, przedstawia fakty, opisuje wspomnienia i zostawia czytelnikowi przestrzeń do własnych refleksji.
Reportaż na pewno uwrażliwia i powstrzymuje od patrzenia stereotypowo na adopcje oraz zbędnego komentowania sprawy o której nie ma się pojęcia. Bo niejednokrotnie ludzie pragnący zaadoptować dziecko w momencie, kiedy sobie nie radzą są przedstawieni jako osoby złe i bezserca. Nie otrzymują oni wystarczającej pomocy od państwa, a są zostawieni praktycznie sami sobie.
Pozycja warta do przeczytania, aby być bardziej świadomym i mieć szerszą perspektywę jak działają pewne procesy