te opowiadania nie opowiadają — po prostu: nie brzmią, nie mówią, nie ruszają się, nie zawierają fabuły, która wykraczałaby poza zwykłe stwierdzenie faktu, że coś się zdarzyło
1. tył okładki mówi o wielorako stosowanej stylizacji językowej; większość pierwszoosobowych narratorów mówiła tym samym głosem; we własnej praktyce pisarskiej nauczyłem się drogą prób i błędów, że jeśli osoba pisząca ma jeden doszlifowany głos w zanadrzu, to nie powinna chwytać się za narratorską polifoniczność, bo to nie wyjdzie i skończy się smrodem przypalonych wypieków; autorka zbioru próbowała, to jej trzeba przyznać, stworzyć niepowtarzalne sytuacje, ale nie wystarczy rzucić potoczyzmem, przekląć siarczyście, powiedzieć coś po małomiasteczkowemu, jakkolwiek miałaby brzmieć taka gwara — jeśli stylizujesz, to stylizuj porządnie, z oddaniem personalnych niuansów językowych postaci, nie jakiejś kliszy, którą masz w głowie
2. skoro o kliszach mowa: cały tom się z nich składa; weźmy pierwsze opowiadanie; cała relacja bohaterki z babcią wygląda jak jedno wielkie (i równie powierzchowne, co wielkie) odegranie motywu kobiecego pokoleniowego dialogu; coś tu zgrzyta, coś smakuje gorzko — nieszczerze albo nieprzemyślanie; kolejna klisza to cała koncepcja małomiasteczkowości; autorka tworzy postacie pod niedopieczoną tezę (bo co chce pokazać? brak perspektyw wywołany systemową przemocą, spiętrzonymi rodzinnymi traumami czy to, że małe miasta wypełniają nudni i głupi ludzie zupełnie bez powodu?); komentarz na jakikolwiek temat społeczny kończy się na zaznaczeniu grubymi nićmi czegoś, co wydaje się autorce problemem — bez pokazania zrozumienia, bez opowiedzenia historii, jakby pokazanie palcem miało wystarczyć, żebyśmy zaczęli bić brawo i mówić "jaka ona zdolna, jak fajnie napisała, ja też znam takich ludzi, haha, Młodszy i Cygan totalnie brzmią znajomo!!"
3. jedno formalnie ciekawe opowiadanie mówi właśnie o Młodszym i Cyganie, dwóch kombinatorach, przedsiębiorcach (słowo zastosowane z najwyższym stopniem pogardy — i takie zastosowanie ma mój szacunek); składa się z policyjnego raportu i komentarza anonimowej osoby narratorskiej; dowiadujemy się o grupie nieudolnych przestępców, do której należy także burmistrz; osoba komentująca brzmi jak największa fanka burmistrza (a może to sam burmistrz); próbuje dementować informacje zawarte w akapitach opowiadania; to jedyny tekst, przy którym zatrzymałem się na chwilę i pomyślałem, że wypadł interesująco — ponieważ miał jakiekolwiek ramy; działo się w nich coś więcej, wreszcie czułem, że stałem się świadkiem tej legendarnej zabawy formą
4. opowiadaniom brak skupienia; sceny rozgałęziają się, zanim zdążą się zawiązać; akapity spieszą z wyjaśnianiem wszystkiego, tak, że nawet zaplanowane niedopowiedzenia wydają się zbyt wyjaśnione; czyjaś wypowiedź przywołuje wspomnienie; wspomnienie zostaje wytłumaczone; emocje postaci podane na tacy; autorka, przy całym szafowaniu kliszami, wydaje się równocześnie nie ufać osobie czytającej; czułem, że prowadzi mnie, nawet jeśli prostoty opowiadanych historii nie da się bardziej rozcieńczyć
polecam edukacyjnie — jako przykład złego warsztatu