Rzadko piszę cokolwiek pod książką, ale przy tej nie przejdę obojętnie. Skończyłam czytać wczoraj (a w zasadzie dzisiaj nad ranem), a jeszcze kłębi się we mnie tyle emocji, że mam mętlik w głowie i pewnie to co napiszę będzie chaotyczne. Boję się, że co bym nie napisała, będzie zbyt banalne. Jest to historia o potrzebie akceptacji, o posiadaniu nadziei, że miłość można znaleźć w najciemniejszych miejscach. Dla mnie jest to niesamowita, niebanalna, głęboko poruszająca, naszpikowana różnego rodzaju emocjami historia, której długo nie pozbędę się z głowy. Bohaterowie złamani, pokiereszowani na wiele sposobów, obaj tak wiele przeszli i to z powodu osób, którym zaufali, które nie miały prawa, by im to zrobić. Tak bardzo przeżywałam to co spotkało tę dwójkę, jak walczyli. Zawsze podchodzę bardzo emocjonalnie do książek, przeżywam z postaciami, ale tu… łzy za łzami.
„Obaj przeżyliśmy. Teraz nadszedł czas, aby żyć”.
Tak nadszedł czas, by żyć. Los połączył te dwie złamane dusze, by dać im szansę. Dać im nowy start. Serce mi krwawiło, ale cały czas żyłam nadzieją, nadzieją na lepsze jutro dla nich, zresztą autorzy tę nadzieję skutecznie we mnie zakorzeniali z każdym fragmentem. Że ci dwaj złamani mężczyźni będą swoimi kotwicami. I walczyli, obaj chcieli być silniejsi dla siebie, ale nie było to proste. Mimo że nie jest to łatwa historia, mimo wylanych wielu łez, uwielbiam opowieść o Sliasie i Corey’u. Czytałam ostrzeżenie autorów odnośnie książki i jej zawartości, ale muszę przyznać, że nie byłam w pełni przygotowana na to.