Kończę w połowie. I tak daleko dotrwałam. Aby była jasność: nie polecam. Lepiej patrzeć w ścianę, niż się za to zabrać.
Wyobraziłam sobie, że idę do jakiejś kawiarni i zamawiam ciastko. Czekam chwilę, aż uśmiechnięta kelnerka przyniesie coś słodkiego, ale zamiast tego dostaję szklankę mąki, surowe jajko, mleko i cukier wanilinowy. To są składniki na ciastko, które zamówiłam, więc co za różnica, prawda? Taka właśnie jest ta książka: niby ma wszystkie potrzebne składniki, ale trzeba umieć piec, aby wyszło z tego coś jadalnego (cóż za zgrabna metafora, jednym z zadań bohaterki z tytułowej listy jest upieczenie biszkoptu!).
Fabuła (chyba) miała być przepełniona humorem. Nie wyszło. Serio, nie wiem, co tam jest zabawne. Gdyby było, fabuła miałaby pewne sens, a tak jest momentami po prostu absurdalna. No bo, cóż, np. jest taka szalona, haha, szefowa, która chce mieć na swoim ślubie niedźwiedzie, więc Georgia (główna bohaterka) jedzie do zoo, by zapytać, czy może je wypożyczyć, no i okazuje się, że nie (któż by się spodziewał!). Haha, to takie zabawne, haha, bo Georgia jest takim typowym nieprzystosowanym do życia millennialsem, który nie wie, jak założyć prześcieradło albo rozwodzi się nad tym, że w sklepie sportowym sprzedawca zechce sprawdzić technikę biegania (technika biegania, co to???), aby dopasować buty, a ona się poci przy tym przystojnym facecie, uups. Georgia jest w ogóle tą osobą, która przecież nie ma kondycji, źle wygląda, mało zarabia i musi kupować w Lidlu, a chciałaby co najmniej w Sainsbury's. Głowna bohaterka miała być obrazem kobiet w podobnej sytuacji życiowej, aby się z nią utożsamiać, takie dziewczyny 25+ w dużym mieście, ale trafił się zakalec, któremu trudno kibicować. Nawet jeśli ktoś utożsamia się z brakiem umiejętności kulinarnych i zadyszką po dwóch minutach biegu, nie, po prostu nie sposób Georgii polubić. I jasne, nie każda bohaterka musi być słodko pierdząca, ale Georgia jest tak nieprzyjemna, że nie ma ochoty się z nią przebywać, nawet jeśli jest tylko postacią fikcyjną. Miałam ochotę kazać jej się zamknąć, a to przecież pierwszoosobowa narracja…
Oprócz tego jest jeszcze wątek siostry, u której zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. W sumie cieszę, że przerwałam książkę w połowie, bo trochę się boję, jak ten wątek został rozwinięty. W każdym razie punktem wyjścia do fabuły jest przekazanie listy rzeczy, które Amy (siostra) miała zrobić przed trzydziestką, ale z racji choroby prosi Georgię, aby zadania wykonała za nią. To ma Georgii wyjść na dobre, wiadomo, takie otwarcie się na nowe, hehe, odtwórz się na świat, a świat się odpłaci, jak to głosi poduszka z Pepco. No bo po drodze na przypadkowej randce poznaje brata swojej szefowej (oczywiście o tym początkowo nie wie), a w trakcie biegania znajduje nić porozumienia z bezpośrednią przełożoną. Mam nadzieję, że przy wykonywaniu skoku ze spadochronem (tak, jest na liście skok ze spadochronem) Georgia rozbija się o ziemię, ale pewnie ostatecznie po pokazaniu swoich projektów szefowej (też na liście), wszystko dobrze się kończy i Georgia może wreszcie kupować w Sainsbury's. W sumie nie wiem, nie obchodzi mnie to wcale.
Podsumowując: przepis był całkiem prosty, ale fajny, tylko samo wykonanie ujowe, co sprawia, że nie ma się do czynienia z czymś wyjątkowym. Zajeżdża grafomaństwem. Nie daję oceny, bo nie doczytałam, ale pewnie byłaby jedynka.