Bardzo trudno mi oceniać książkę o obcym kraju. Tzn. o wielu by się zapewne dało, ale historia Słowacji jest dla mnie pewną nowością. To i owo się z historii zna, zna się zarys -- Wielkie Morawy, Koronę św. Stefana, nawet coś się słyszało o buntach Węgrów przeciwko Habsburgom, o Czechosłowacji, Masaryku i Tisie nie wspominając. Ale jednak to ciągle spojrzenie z innego punktu widzenia, gdzie Słowacy są przedmiotem, a nie podmiotem.
Zresztą, czy są podmiotem w tej książce? Bardzo ciekawy jest kontrast między historią polską, a słowacką. Bo tyle słyszymy, że walka o niepodległość, że powstania, że gdyby nie to, czy tamto, to Polska by nie przetrwała, albo się nie odrodziła.
Słowacy tego, praktycznie, nie mają. Bunty szlachty były antyhabsburskie, więc czy pro, czy antysłowackie trudno powiedzieć. (Nawiasem mówiąc, największym bohaterem narodowym jest Janosik, "odprysk" takiego buntu właśnie.) W czasie "rewolucji węgierskiej" Słowacy walczyli po obu stronach (choć ci, przebudzeni narodowo, po stronie Habsburgów jednak, notując pierwszy militarny sukcesik Słowacji, jako Słowacji, w dziejach). W Czechosłowacji wciąż czuli się marginalizowani, bo nie było łącznika w nazwie (aż go wywalczyli od Havla, choć tylko do stosowania na Słowacji...), bo za mało budowano autostrad, bo nadmiernie industrializowano jednocześnie lokując za mało przemysłu...
(Przepraszam, ale dla autora wciąż mamy "struggle for survival": rządzą Habsburgowie -- naród słowacki walczy o przetrwanie; rządzą Węgrzy -- naród węgierskie tym bardziej walczy o przetrwanie; powstaje Czechosłowacja, ojej, naród musi jeszcze bardziej walczyć o przetrwanie, bo jak tu istnieć z demokracją i partiami; nadchodzi Hitler -- wreszcie ktoś walczy za niego o przetrwanie, można spocząć i wysłać wojska na podbój Polski; ale oto zwyciężają Alianci i wpychają w "łapy Benesza" i znowu walka o przetrwanie; komunizm -- walka o przetrwanie; niepodległość -- tym bardziej walka o przetrwanie, bo się trzeba nauczyć rządzić... Ech...)
Nie chcę nadmiernie iroznizować -- szukam jakiegoś obiektywnego spojrzenia, a autor wciąż patrzy na Słowaków jako na zmarginalizowaną i prześladowaną mniejszość. Tymczasem Polacy czuli się zawsze większością. My możemy sobie narzekać, że jesteśmy małym narodem w porównaniu do wielkich Niemiec, czy Rosji, ale w porównaniu ze Słowacją, czy Rumunią, wychodzi zupełnie inne oblicze Polski -- państwa i narodu dużego i pewnego siebie, swojej mocy i pozycji. Nawet pod zaborami mieli poczucie pewnej Polski, w której byli większością. A Słowacy prawie całą swoją historię czuli się mniejszością. (I, z drugiej strony, jak to w tej Europie Środkowej bywa, wydobywający sie na niepodległość nie znajdują empatii dla słabszych od siebie walczących o niepodległość; a mniejszości dla mniejszości wśród siebie -- tak Słowacy mają problem z odnoszeniem się do Węgrów, czy Romów.)
A człowiek potrzebuje punktu odniesienia. Historia Słowacji może być więc pouczająca dla Polaka, bo pokazuje, że można przetrwać bez instytucji politycznych, koncentrując się wokół języka i kultury (i to chłopskich, bo szlachta się zmadziaryzowała); walcząc o edukację we własnym języku i tworząc literaturę.
Sympatyzuję ze Słowakami w wielu sprawach, ale jest coś takiego, co i w Polsce widać -- że pewne postawy nacjonalistyczne utożsamia się z patriotyzmem. Bo właściwie cały opór Słowaków przeciwko Czechosłowacji, to trochę jak protesty naszych nacjonalistów przeciwko UE, czy "liberalnym elitom": prawa są równe, możliwości awansu też (autor narzeka co prawda, że próby odgórnej "czechizacji" Słowacji przez wysyłanie urzędników; ale jak przychodzi co do czego, to wygląda na to, że więcej Słowaków wraca z urzędów w Pradze na Słowację; niż Czechów ze Słowacji); z jednej strony jest poczucie wspólnoty, nawet jeśli część tej wspólnoty czuje się lepsza (bardziej zaawansowana, powiedzmy); z drugiej strony opór konserwatystów przed modernizacją (w końcu opór nacjonalistów słowackich przeciwko Czechosłowacji Masaryka, to głównie kwestia szkół katolickich i sprzeciwu wobec prawa do rozwodów...) i poczucie, że jest się gorzej traktowanym i pogardzanym.
Autor bardzo cieszy się z wejścia do UE, co sugeruje jego raczej niekonserwatywne podejście (nawet potrafi bez złośliwości skomentować spacyfikowanie Maticy slovenskej -- ostoi nacjonalizmu -- w związku z wchodzeniem do UE i NATO; mimo jej zasług dla obrony tożsamości przed madziaryzacją); niemniej nie potrafi tych postaw odróżnić od słowackiej racji narodowej i patriotyzmu, co jest szczególnie rażące w przypadku epizodu Słowacji ks. Tiso, gdzie przymyka oko na wszystkie grzechy władzy, bo to wreszcie "niepodległa Słowacja". (Co może też -- bez riserczu, ale zbieżność nazwisk to sugeruje -- być kwestią rodzinnych związków z urzędnikiem rządu ks. Tiso.)
Co nie znaczy, że książka nie jest wartościowa. Jest, bo wiele rzeczy uświadamia; pokazuje też pewne ciekawostki (choćby znaczenie luteran -- mniejszości na Słowacji -- dla przebudzenia narodowego; początki idei "czechosłowackości" na przełomie XVIII i XIX wieku itp.); ale chciałbym czegoś więcej.