To nie będzie specjalnie mądra recenzja.
Nie będzie, bo nie jestem historykiem ani socjologiem ani historykiem kultury. Trudno mi będzie zweryfikować dane, na których autor się opiera.
Ale jeżeli założyć z góry, że ja się nie znam, że mam problem z weryfikacją, czy autor ma podstawy do takich twierdzeń, czy nie - zostaje ciągle fascynująca, moim zdaniem, intelektualna propozycja.
Leder stawia dwie hipotezy podstawowe, przy pomocy których próbuje znaleźć odpowiedź na niezwykle ambitnie podstawione pytanie: pytanie o marną kondycję polskiego życia i polskiego dyskursu politycznego tu i teraz.
Zapewne bardzo upraszczam, ale zaryzykuję. Autor zwraca uwagę na dwa zjawiska historyczne - zarządzoną przez hitlerowców zagładę ludności żydowskiej, co zostawiło pustkę w miejscu dawnego mieszczaństwa (oraz, na przykład, pozbawione właścicieli majątki) oraz następnie zarządzoną przez ZSRR radykalną i wymuszoną zmianę stosunków własnościowych (wypędzenie z majątków ich szlacheckich właścicieli, nacjonalizacja ziemi). W oparciu o te dwa fakty Leder stawia tezę, że lata 1939-1956 były w Polsce latami rewolucji, odpowiednika w polskich realiach tych, które zdarzyły się na przykład we Francji (od 1789) i w Rosji/ZSRR (od 1917). Jednocześnie, sięgając do kulturoznawczych i psychoanalitycznych koncepcji, Leder stawia drugą część swojej tezy: że ta rewolucja, owszem, dokonała się, ale w praktyce - cudzymi rękami. W dosłownym tego słowa znaczeniu wymordowanie polskich Żydów i pozbawienie majątków szlachty i arystokracji (oraz innych posiadaczy, oczywiście, upraszczam dla zwięzłości) nie zostało wykonane przez Polaków, a przez najeźdźców, hitlerowskich i komunistycznych. Ale - i tu jest to psychoanalityczne "ale" - to nie jest tak, że my (bo Leder bardzo wyraźnie podkreśla konieczność uznania, że to było wspólne doświadczenie przodków dzisiejszej, powiedzmy, klasy plus minus średniej i generalnie przodków sporej części Polaków) tak całkiem tego nie chcieliśmy. Tezą Ledera jest, że oba te czyny były po cichu i półświadomie pożądane przez tych, którzy w końcu na nich skorzystali: tych, którzy summa summarum weszli na miejsce wymordowanych i wypędzonych; i że jednocześnie, jakkolwiek zaakceptowali profity płynące z tej rewolucji, jej beneficjenci ją "prześnili" - odepchnęli od siebie, wyparli jak zły sen ze świadomości. Stąd, jego zdaniem, słabość i chwiejność sfery symbolicznej dzisiejszej Polski, stąd brak wspólnej sfery symbolicznej, stąd szlacheckie fantazmaty i wymyślone genealogie z małych dworków.
Dla mnie osobiście Leder najciekawszy jest tam, gdzie teoretyzuje na temat rewolucji, jej sensu, tego, co jest jej zadaniem; gdzie jego (i nie tylko jego, on się tu w dużym stopniu opiera na koncepcjach już istniejących) intuicje mają na celu objaśnienie, skąd się bierze przemoc w buntach chłopskich, skąd - rewolucyjny terror, jak je na planie kulturowym wyjaśnić. I druga rzecz - że jak dla mnie, wbrew temu, co się zdaje wielu krytykom, Leder unika tak naprawdę moralnej oceny tego, co się stało. Owszem, pisze o okropnościach, owszem, używa często budzących emocje obrazów, owszem, oskarża przodków sporej części z nas o współudział, przynajmniej w sferze symbolicznej, w zbrodni - ale też mówi, w zakończeniu swojej książki: "[ważne jest] uświadomienie sobie, że to nasi ojcowie czy dziadowie brali, wchodzili, przymykali oczy, ba, zabijali, donosili, zdradzali. Ale też podejmowali decyzje i wyzwania, wędrowali myślami w przyszłość, budowali zręby nowego społeczeństwa".
Generalnie i najkrócej mówiąc: nie podejmuję się osądzić, gdzie, historycznie rzecz biorąc, Leder ma rację, gdzie nie. Niemniej jednak: 1. Dała mi ta książka do myślenia, i to dużo. 2. Dobrze mi się ją czytało, a nie wiem, czy mogę tak naprawdę wymagać więcej od pracy spoza mojej sfery kompetencji.