Jeśli zetknęliście się już z literaturą autorów azjatyckich to wiecie, że te poruszające historie, skupiające się na trudnych tematach, niosące także ukojenie i skłaniające do refleksji nad ludzką naturą, zdobywają serca czytelników nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Skradły też moje, a „Ostatni telefon” Lee Su-yeon jest jedną z nich.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej książka o tak trudnym temacie potrafiła jednocześnie nieść tyle światła, czułości i cichej nadziei. Wchodząc w świat Ji-an, prowadzącej Centrum Autopsji Psychologicznej, które wspiera osoby po nagłej utracie najbliższych, czułam się, jakbym zaglądała do serc pełnych niezabliźnionych ran ludzi próbujących ułożyć się z życiem na nowo. A mimo to, w każdej historii czułam ciepło, jakby bohaterowie, choć pogubieni, przygnieceni ciężarem wyrzutów sumienia i nieodwracalnością rzeczywistości, wciąż trzymali się promyka światła, który prowadzi ich przez ciemność. Bo szukali pomocy, pozwolili sobie pomóc.
Punktem wspólnym tych historii jest zwyczajna, zniszczona budka telefoniczna, wciśnięta między niepozorne uliczki Seulu. Dla Ji-an, jako dziecka, była jak latarnia morska, bezpieczna, stała, dająca pewność, że zawsze może zadzwonić do ojca. Po latach powraca w rodzinne strony jako dorosła kobieta, by wraz ze współzałożycielem Centrum, Sang-u, prowadzić analizy przyczyn popełniania samobójstw. Prowadzą miejsce, gdzie każdy telefon to czyjaś śmierć. Czyjaś historia. Czyjś ból.
To, co początkowo wygląda jak emocjonalny zapis terapeutycznych historii pacjentów Centrum, przeradza się w opowieść osobistą bohaterów, która porusza jeszcze mocniej i przynosi zrozumienie wybranej przez nich drogi.
Autorka snuje opowieść z niezwykłą delikatnością, nie epatując dramatem, ale pozwala, by emocje rozchodziły się w nas jak kręgi na wodzie po wrzuconym kamieniu. Ta odrobina realizmu magicznego, niczym szept między światami, jest tym, co każdy z nas chciałby przeżyć w podobnej sytuacji. Pytanie tylko, czy można jeszcze raz usłyszeć tych, którzy odeszli? I czy to, co usłyszymy, wystarczy, by iść dalej? Bo to nie tylko książka o tych, którzy zniknęli z naszego życia, ale przede wszystkim o tych, którzy zostali.
Żałuję, że w życiu nie możemy liczyć na mały cud, jak ten rozgrywający się w seulskiej budce telefonicznej. Najczęściej zostajemy z wyrzutami sumienia, że nie zauważyliśmy symptomów, doszukując się winy w sobie i z pytaniem, na które nigdy nie otrzymamy odpowiedzi – dlaczego?
"Ostatni telefon" nie tylko boleśnie poruszył moje serce. On je odrobinę posklejał. Pokazał, że każda strata jest jak rozbity kubek, który po sklejeniu nadal będzie trzymał ciepło. Choć będzie wyglądał inaczej, może krzywo, ale będzie. Ta powieść otula jak miękki koc w zimną noc, a jednocześnie zostawia ślad jak dotyk czyjejś dłoni na sercu. Dajcie się ponieść tym emocjom i Wy!