[Współpraca reklamowa]
Kochani, ależ ja przepadłam dla Podniebnego Królestwa. W przeciwieństwie do Fallon nie potrzebowałam do tego dojrzeć i zdecydowanie szybciej odkryłam swoją miłość do Wron. Druga księga podobała mi się bardziej niż pierwsza, chociaż ciężko jest mi je do siebie porównać. Pierwszą część określiłabym jako ryzykowną wędrówkę, ważną misję i wielką niewiadomą, natomiast drugi tom skupia się na rozwijaniu relacji głównych bohaterów w nieco spokojniejszych warunkach. Ale nie dajcie się zwieść, bo w "Domu bijących serc" temperatura chwilami wzrasta bardzo, hm, gwałtownie.
W tej książce czytelnik ma okazję poznać Królestwo Wron
oczamj Fallon, która początkowo postrzega nowe miejsce jako więzienie, a samego władcę jako kogoś, kto ją zdradził i oszukał. Jak w poprzedniej części dziewczyna, o dziwo, mnie nie irytowała, tak przez pierwszą połowę książki kręciłam z politowaniem głową na jej chwilami dziecinne, "buntownicze" nastawienie i lekkomyślne zachowanie. Z drugiej strony w przypadku tej bohaterki widać, jak bardzo zmienia się na przestrzeni całej historii i stopniowo zaczyna akceptować zarówno swoje pochodzenie, jak i przeznaczenie.
"Dom bijących serc" nareszcie ukazuje Lorcana w jego pełnej postaci. Czekałam na to odkąd skończyłam czytać "Dom trzepoczących skrzydeł" i dokładnie tak wyobrażałam sobie króla Podniebnego Królestwa. Bawiło mnie jego pogrywanie z Fallon, imponowała inteligencja i przebiegłość, wzruszały relacje z innymi Wronami. Natomiast magiczne zdolności przyprawiały o szybsze bicie serca.
Uważam, że w Królestwie Wron jest jeden z lepiej przedstawionych wątków enemies to lovers. Mamy słowne potyczki, przejawy buntu, testowanie granic i całą masę napięcia między przeznaczonymi. Żyłam dla tej relacji i piszczałam z ekscytacji, bo naprawdę... Nie napisałam o testowaniu granic bez powodu. Fallon to przebiegła bestia i jeśli ktoś może jej w tym dorównać to tylko Lore. A co się dzieje, kiedy w końcu przestają się kryć z uczuciami? Pozostawiam to Waszej wyobraźni. Jedno jest pewne: jeśli w pierwszym tomie narzekaliście na brak scen zbliżeń, tutaj powinniście być usatysfakcjonowani.
Książka nie obfituje w ogromne plot twisty, ale posiada parę asów w rękawie. Jednym z nich jest wprowadzenie do fabuły kilka nowych postaci i rozwinięcie historii tych, które pojawiły się już wcześniej. Phoebus to mój numer jeden, ale każdy na swój sposób zdobył moją sympatię i stanowił świetne dopełnienie książki.
Samo Królestwo Wron oraz panujące w nim zasady, zwyczaje czy skomplikowany język były dla mnie szalenie interesujące i Olivia wykreowała świat, który można pokochać od pierwszych stron. Kiedy akcja książki przenosiła się właśnie tam, moje podekscytowanie potrafiło drastycznie wzrosnąć i absolutnie nie jestem tym faktem zaskoczona.
Nie zamierzam wspominać o kluczowych zdarzeniach i postaciach, aby nie zdradzić zbyt wiele, ale znajdzie się tutaj parę tajemnic do odkrycia i bohaterów, których znienawidzicie. Miejcie jedynie na uwadze, że drugi tom kończy się cliffhangerem i zaczniecie z niecierpliwością wyczekiwać kolejnej części. Ale jak kocha to poczeka, prawda? Więc czekam.🤭