Nie wiedząc nic ani o autorze ani o książce (projektantka okładki bardzo postarała się, by była ona możliwie najbardziej nijaka), sięgnąłem po powieść rumuńskiego pisarza tylko i wyłącznie ze względu na osobę tłumaczki. Każda przygoda z prozą w przekładzie Joanny Kornaś – Warwas była dotychczas bardzo, ale to bardzo interesująca, toteż zawierzyłem w intuicję i gust literacki tłumaczki – wszak z mojego czytelniczego doświadczenia wynikało, że wymieniona tłumaczka nie przekłada złych książek. Nie mogę powiedzieć, że po lekturze jestem rozczarowany czy zawiedziony – to byłoby z mojej strony grubym nadużyciem. Moje odczucia są pozytywne, bo ta rumuńska powieść miała swój potencjał i momentami ociera się o geniusz. Cały ambaras tkwi w tych „momentach” i w „ocieraniu się”. Stanowczo za rzadko się one przydarzały.
Początek (nomen omen, zważywszy na jej tytuł) powieści rumuńskiego pisarza przypomina mi bardzo udaną próbę wskrzeszenia klasycznego noir przez Briana de Palmę. Chodzi mi oczywiście o jego Femme fatale. Film de Palmy rozpoczyna sekwencja obrazów z festiwalu filmowego w Cannes, podczas którego dochodzi do spektakularnej kradzieży jubilerskiego cacuszka. De Palma, który nie jest pieszczochem krytyków ani ulubieńcem festiwalowych jury, jako miejsce filmowej akcji wybrał jeden z najsłynniejszych festiwali. Sporo było dociekań, czy to była z jego strony prowokacja, czy też puszczenie oka – do krytyków? Do widzów? Do obojga? Rumuńską powieść otwiera scena pokonkursowego bankietu literackiego, podczas którego uhonorowany pośrednią nagrodą piszący po francusku ekspiat z Rumunii (o biografii dziwnie zbieżnej z losami samego autora) spotyka zażywnego staruszka, który tłumaczy mu, jak istotną rolę odgrywa pierwsze zdanie powieści. Czyżby miejsce akcji powieści rumuńskiego pisarza było również prowokacją lub puszczeniem oka? Skojarzenia z filmem de Palmy były natychmiastowe. Ów zażywny staruszek okazuje się członkiem literackiego stowarzyszenia, które służy ratunkiem, podpowiadając literatom… początki powieści. Stowarzyszenie działa w ukryciu i to ono wybiera sobie „klientów”, a nie na odwrót. Rumun ma być ich ostatnim podopiecznym, ale zanim podpowiedzą mu początek powieści, muszą go lepiej poznać. Tak z grubsza prezentuje się preludium.
Rumuńska powieść wyrasta z głębokiej odautorskiej wiary w moc słowa pisanego. Zażywny staruszek bowiem jest człowiekiem starej daty – można się z nim kontaktować wyłącznie w formie listownej i koniecznie przy pomocy wiecznego pióra. W tych momentach powieści, w której autor oddaje głos staruszkowi, reanimacji ulega powieść epistolarna, a więc gatunek który dziś całkowicie odszedł do lamusa. Starszy jegomość z racji profesji dużo podróżuje, zazwyczaj po miastach, które zostały unieśmiertelnione na kartach niejednej powieści i w których jeszcze przed kilkudziesięcioma laty kwitło intensywne życie literackie, głównie po kawiarniach, w których dyskutowano, krytykowano, wynoszono na piedestał lub strącano z parnasu. Ileż to kapitalnych powieści rodziło się wśród knajpianych oparów alkoholu lub kolejnych filiżanek kawy! Od kawiarnianego życia dzieli nas krok od literackich salonów, gdzie kwitło kulturalne życie w czasach, w których sama kultura miała jeszcze posmak elitarności. Wraz z nadejściem dyktatury proletariatu, również i literatura, a przede wszystkim ludzie ją uprawiający, musieli zostać poddani kontroli, stąd życie okołoliterackie koncentrowało się w domach pracy twórczej. Nie inaczej było w komunistycznej Rumunii. Listy zażywnego jegomościa są więc w gruncie rzeczy małymi esejami, w których refleksja nad kulturalnym dniem wczorajszym pozwala zrozumieć sztukę dnia dzisiejszego.
Zetknięcie z tajemniczym jegomościem i jego stowarzyszeniem daje narratorowi powieści okazję spotkania enigmatycznej kobiety, która podobnie jak on, para się literaturą. Spore momenty powieści poświęcone są ich zalotom. No właśnie, jakże istotną rolę w każdej większej czy mniejszej miłości odgrywa small talk! Kiedyś bowiem mężczyzna musiał mieć naprawdę dobry bajer, aby zainteresować swoją osobą niewiastę. Bajer musiał być tym większy, im mniej urody dała mu natura. Nieprzypadkowo flirt w czasach minionych zaliczany był do rangi sztuki. Dodajmy, sztuki niełatwej, skoro panowie (panie zresztą też) niejednokrotnie potrzebowali czytelnych wskazówek, jak się za to zabrać – Owidiusz ze swoim Ars amandi bywał nader pomocny na Zachodzie, na Wschodzie zaś radzono sobie za pomocą Kamasutry. I my, Polacy dorzuciliśmy swoje parę groszy do skarbnicy tej wiedzy – jedna z ksiąg Pana Tadeusza nosi tytuł Umizgi. Zakochany chłop musi jakoś zwerbalizować swoje uczucie – nie ma na to lepszego sposobu niż słowo, zwłaszcza rymowane. Choć poetyckie partie rumuńskiej powieści są grafomańskie, to nie zmienia tego, że przez szereg stuleci panowie wabili panie za pomocą pięknie dobranych słów. Te wszystkie pieśni, hymny, sonety, ody, ballady – nasza kultura obfituje w zapisy uczuć, które dziś zastąpione zostały nudesem. Ot, znak czasu, słowo pisane ustępuje piktogramowi. Kto przy dzisiejszej gonitwie ma czas czytać? Nudes jest paradoksalnie czytelniejszy.
Narrator powieści, w oczekiwaniu na idealny początek, który wyniesie go na szczyty, w międzyczasie nie próżnuje, tylko tworzy. A to historię człowieka, który budzi się w wymarłym mieście, a to opowieść o parze, której samochód psuje się na środku pustyni, a to wspomnienia faceta żyjącego w cieniu (a może blasku) bardziej zdolnego starszego brata, a to historię pisarza, który umiera i za którego sztuczna inteligencja próbuje dokończyć zaczętą powieść (tutaj moje ukłony w stronę autora za garść kapitalnych myśli na temat „powieści przemysłowej”, w stronę której zmierza niestety literatura anglo-amerykańska, masowo produkująca wyroby prozatorskopodobne). Wziąwszy pod uwagę taką konstrukcję tej powieści, autor posłowia – Jakub Kornhauser – nazwał ją „powieścią patchworkiem”. Sęk w tym, że kolejne fragmenty tego patchworku nie składają się na pomysłową narzutę. Będąc w mniej więcej połowie książki zacząłem się zastanawiać, dokąd rumuński pisarz i ta cała historia zmierza – okazało się, że donikąd. Autor zszywał kolejne fragmenty swego patchworku, ale w jakim celu – tego niestety nie wiadomo. Ten miks gatunkowy i mozaika fabularna nie złożyły się na sensowną całość. Stąd amplituda moich uczuć względem tej powieści była zróżnicowana: od początkowego zaintrygowana, przez zaciekawienie po znudzenie, gdy po przeczytaniu około ¾ książki wiedziałem już, że ten pomysł przerósł autora, który zwyczajnie przekombinował i nie ma pomysłu na sensowne zwieńczenie całości.
Dzięki złotoustemu elektrykowi z Żyrardowa wiemy, że mężczyznę poznaje się po tym nie jak zaczyna, ale jak kończy. Aby jednak skończył, musi wszak zacząć. Rumuński pisarz zaczął interesująco. Skończył zaś bardzo nijako.