Po naprawdę fajnym trzecim tomie, spadku formy przy okazji Wrath, oczekiwałem ponownie naprawdę dobrej intrygi. W końcu dorobku Laymana jest The Chew, ale widać, że autor niezbyt dobrze "czuję" Batmana przez co następny tom powierzono już komuś innemu (a to nie ostatnia zmiana). Takie podmienianie autorów z jednej strony zapewnia różnorodność stylu, ale i stawia pod znakiem zapytania ogólną jakoś, a seria Detective Comics pod egidą New 52 do tych z najwyższych lotów nie należy.
Początkowy zeszyt to chyba najlepsze co ma do zaoferowania cały tom. To historia Jamesa Gordona, z czasów kiedy dopiero zaczynał pracę i wszędzie miał pod górę. Jako jedyny nieprzekupny glina musiał się zmierzyć z ogólną niechęcią, z jaką darzyli go zarówno współpracownicy czy przełożeni. Tu też zaczyna się współpraca z Batmanem i Bullockiem. Niemniej praworządność doprowadzi tutaj Gordona nad przepaść... którą zobaczy z mostu.
Potem jest mniej ciekawie. Kontynuacja zamieszania jakie wywołał Man-Bat swoim serum jest zwyczajnie nuda. Coraz częściej w mieście dochodzi do makabrycznych znalezisk, przyjmujące formę wysuszonych z krwi zwłok. Trop wiedzie do żony naukowca, co też nie jest spoilerem, gdyż przy okazji poprzedniego tomu wiadomo, iż łyknęła ona nieco zmodyfikowane serum i bawi się z ludźmi nieco inaczej niż mąż. Z ulgą przywitałem clue tomu, czyli tytułową Gothtopie.
Niestety dobrze zapowiadająca się fabuła okazała się tak przewidywalna jak myślałem. Utopijna wizja miasta, w którym nie ma zwariowanych przestępców, a odsetek występków sięga prawie zera, była czymś świeżym i interesującym, zwłaszcza że herosi wyglądają nieco inaczej, a i noszą inne imiona. Bawiła mnie ta zmiana barw z czerni na biel, ale jak zwykle to bywa, dalszy rozwój fabuły poszedł w sztampę. Twórca ponownie sięga po Stracha na Wróble (który był już nadużyty w serii The Dark Knight), co było moją pierwszą myślą, jeżeli chodzi o to kto mógł za całą hecą stać.
Pojmanie Batmana, rola Poison Ivy, wygląd sidekicków Wayne'a w szatach "Stracha". To były plusy reszty zeszytów i aż mnie dziw bierze, dlaczego nie zabito tu Batka, mimo przewagi jaką mieli Ci źli. Naprawdę, taka okazja się nie trafia w zasadzie, aby Wayne był bezbronny, ale w trakcie lektury oczywiście dowiemy się, iż większość zajść była już z góry zaplanowana. Naiwne było też "użycie" Batka do pozyskiwania esencji strachu od randomowych ludzi (w ciemno zakład poszedł, że to byli jacyś przestępcy...) i nie zakładanie, że Batman nie oprze się działaniu nowej toksyny Stracha...
Takie naiwności fabularne psuły mi odbiór, tym bardziej że w końcu następuje ta prezencja Gothtopia jako jednego z ważniejszych wydarzeń, ale Nocy Sów to butów nie czyści nawet. Czułem zawód i to spory. Nawet fajne, króciutkie historyjki nawiązujące do klimatu przygód Batmana na przełomie dawnych lat (75 rocznica "urodzin " postaci) nie są w stanie wywindować oceny na lepszą. Graficznie bywa naprawdę różnie. Były momenty naprawdę fajne, ale w większość była to zwykła "wyrobnicza" krecha. Fabok się nie popisał.
Gothtopia rozciąga się też na kilka innych serii, ale jest tam równie nudna jak w omawianym tomie. Można to przeczytać, ale po co skoro zaraz obok mamy serię Batman i będę rekomendował o sięgnięcie po tamte zeszyty, przynajmniej do siódmego tomu. 2.5/5