Die Welt, in der wir leben, verändert sich rasend – gleichzeitig driften die Realitäten innerhalb einer Gesellschaft auseinander, nicht mal der einzelne Mensch lebt noch in einer kohärenten Welt. Mit Scharfzüngigkeit, aber auch viel Mitgefühl fängt Dorota Masłowska genau dies ein, komisch und gleichzeitig todernst. Ihre Figuren – ein Macho-Banker auf Aufreißtour, ein Werbefilmer im Koksrausch, ein angelnder Junge und eine Schwimmerin in Seenot, zwischen denen eine magische Verbindung entsteht, eine Frau, die in einem schäbigen Hotel in totaler Selbstentblößung zu sich findet – leben in einer Welt voller Schein und Einsamkeit, und doch werden sie im «Paradies» zu tiefen Charakteren.
Kaum jemand beschreibt die Gegenwart so wie Dorota Masł Alles ist ganz nah und zugleich unerreichbar und zersplittert. Auf einzigartige Weise spürt sie kulturellen Mustern und Klischees nach, die eine künstliche Welt erschaffen. Und zeigt diese Welt mit ihrer Sprache, erst schmerzhaft, dann tröstend erkenntnisreich.
Masłowska was born July 3, 1983 in Wejherowo, and grew up there. She applied for the University of Gdańsk's faculty of psychology and was accepted, but left the studies for Warsaw, where she joined the culture studies at the Warsaw University. She first appeared in the mass-media when her debut book Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (translated to English as either White and Red in the UK or Snow White and Russian Red in the US) was published. Largely controversial, mostly because of the language seen by many as vulgar, cynical and simple, the book was praised by many intellectuals as innovative and fresh. Among the most active supporters of Masłowska were Marcin Świetlicki and Polityka weekly staff, most notably renowned writer Jerzy Pilch. A notable example of post-modernist literature, her book became a best-seller in Poland and won Masłowska several notable awards as well as general support among the critics. It was almost immediately translated onto several languages, including French, German, Spanish, Italian, Dutch, Russian, English, Hungarian and Czech.
Her second novel Paw królowej (The Queen's Peacock) did not gain similar popularity and remained largely unnoticed. Currently Dorota Masłowska lives in Cracow, collaborating with a number of magazines, most notably the Przekrój and Wysokie Obcasy weeklies, as well as Lampa monthly and the quarterly B EAT magazine.
Her first play, "A Couple of Poor, Polish-Speaking Romanians" has been translated by Lisa Goldman and Paul Sirett and is due to be performed for the first time in the UK at Soho Theatre from 28 February - 29 March 2008 with a cast featuring Andrew Tiernan, Andrea Riseborough, Howard Ward, Valerie Lilley, Ishia Bennison, John Rogan and Jason Cheater
Disclaimer: nie czytajcie tej książki przy jedzeniu.
Nasza Dwoistość ( czyli ja i przyjaciółka, bo to za dużo, żeby jeden człowiek sam udźwignął) przeczytała „Magiczną ranę” Doroty Masłowskiej, abyście wy już nie musieli. I żeby potem nie było, ostrzegałyśmy! Nasza Dwoistość uważa, że cesarz jest nagi. Sorry not sorry. Po pierwsze. Nie mamy pojęcia o czym jest „Magiczna rana”. Nie wiemy. Czytałyśmy obie książkę, czytałyśmy wywiady. W jednym z nich M. mówi, że ona nie zdradzi, bo każdy musi się dowiedzieć sam. No to myśmy się niestety nie dowiedziały. Po drugie. To naszym zdaniem nie jest powieść, tylko zbiór opowiadań. Jest tam co prawda klamra, i niektóre postacie się przewijają albo spotykają, ale żeby tam była jakaś fabuła, to nie zauważyłyśmy. Może być tak, żeśmy są niedowidzące. Ale może tez być tak, że jest to po prostu chwyt marketingowy, bo opowiadania się słabiej sprzedają. Po trzecie. Empatia i celne obserwacje, które zostały w wywiadach wielokrotnie podkreślone wg. nas tutaj nie występują. Narrator bohaterów nie lubi, nie lubi postaci drugoplanowych, chyba w ogóle nikogo nie lubi. Zaś jeśli chodzi o obserwacje – nawet przy założeniu, że wszystko jest celowo przerysowane, rozdmuchane i przesadzone, to w dalszym ciągu te obserwacje to naszym zdaniem byłyby BYĆ MOŻE aktualne 20 lat temu. Cały świat opisany istnieje w głowie autorki. Co jest spoko oczywiście, ale do obserwacji współczesności się ma nijak. Nie udawajmy, że to jest jakaś objawiona prawda, do której Dorota udziela nam łaskawie dostępu. Po czwarte. Surrealizm i post-ironia, które są w opisie to pic na wodę. Trashowa – tak – ale postironiczna? Czym właściwie jest post-ironia? Tak ironiczne, że aż nieśmieszne? Dobrze, ale to wtedy zaczyna wyglądać na pogardę i dissowanie absolutnie wszystkiego. Niech będzie, że to kolejny zabieg pisarski, ale nie rozumiemy po co on tu jest. Surrealizm też spoko, ale też – on jest chyba tylko po to, żeby w tych nic nieopowiadających opowiadaniach cokolwiek się działo? A i tak nie za bardzo on ratuje. Mnóstwo scen jest po prostu niewiarygodnych – nie dlatego niewiarygodnych, bo są surrealistyczne – są po prostu głupie. Po piąte – ta książka jest obrzydliwa. Główny zabieg stylistyczny to szokowanie czytelnika obscenicznymi metaforami rodem z drugiej klasy liceum. Generalnie jest tam dużo penisów, kału, narośli, wydzielin i tematyki obozowej odmienianych przez wszystkie przypadki. Wszystko śmierdzi, lepi się i żuli. Ten język nie jest w naszej opinii nowatorski, chyba, że nowatorskie jest umazanie tych 160 stron kupą, a potem wejście w wywiadach w stylu „cała na biało”. Dodajmy – 160 stron (a w ebooku 125) za jedyne 60 złotych polskich. M. w jednym z wywiadów mówi, że „to jest taka dorosła, a nie figlarna literatura” – jeżeli poziom 15-letnich chłopaków to dorosła literatura to my nie mamy pytań. Po szóste – postaci są sztampowe, płaskie, jednowymiarowe, bezrefleksyjne, niewiarygodne i nieciekawe. Czy to Polska właśnie, jak twierdzi Masłowska? No nie. Ona mówi, że oni wszyscy (w domyśle: my wszyscy) mówią o niczym - ale tak naprawdę to ona nie ma nic do powiedzenia. Jeżeli język bohaterów miał tu być manifestem przeciwko poprawności politycznej rozjeżdżającej wszystko jak buldożer – to coś tu ewidentnie nie pykło. Jest on po prostu chamski i ordynarny, to nie jest kwestia nienadążania za zmianami, tylko pogarda – bohaterów do innych, a może nawet autorki wobec bohaterów.
Jakbyśmy były złośliwe (dobra, jesteśmy), to napisałybyśmy, że M. pojechała na rezydencję do Szwajcarii i że musiała coś napisać, więc napisała cokolwiek, okrasiła to mnóstwem wyszukanych metafor fekalno-pornograficznych, a potem dorobiła do tego ideologię. I jak nie zrozumiemy, to znaczy, że to dla nas za trudne. Powtórzymy się – król jest nagi, i tego zdania będziemy się trzymać, nawet jeśli to znaczy, że się nie znamy i jesteśmy za głupie. So be it. A to jak się czułyśmy, gdy czytałyśmy tę książkę najlepiej powie wam sama autorka (już w pierwszym opowiadaniu): „Idę do kibla i zaczynam srać. Suche gówno jednak utyka mi w dupie; muszę długo siedzieć, czekając, aż się odczepi, i słyszę, że w pokoju jest niezręczna cisza.” Na szczęście tą recenzją udało nam się ostatecznie zakończyć defekację, spuszczamy wodę, niech płynie. Żeby nie było, że tylko krytykujemy – okładka jest prześliczna <3
Są dwie sprawy, które mi w "Magicznej ranie" wadzą i nie pozwalają w pełni cieszyć się powrotem Masłowskiej. Jedna to brak oryginalności, bo nie znalazłam w tym zbiorze ani jednego spostrzeżenia, na które nie natknęłabym się wcześniej w jednym z topowych w ostatnich latach tytułów (tu się uruchamiają głównie te zagraniczne, Pauzowe, ale nie tylko). Druga, że jednak, po tych latach, mocno razi, jak bardzo z góry Masłowska zerka na swoich bohaterów. Z jaką wyższością ogląda ich nieco śmieszne zabiegi, by życie było choć trochę znośniejsze. Z perspektywy swoich zasobów i kapitału kulturowego ogląda tych, co to PKSem ze wsi do miasta, z wózkiem i całą rodziną, telepią do się do centrum handlowego z bliska zobaczyć internetową gwiazdę i przez moment poczuć choć namiastkę ekscytacji. Tu się uaktywnia złośliwa spostrzegawczość, za którą jednak nie podąża próba rozgryzienia tego wszystkiego bardziej. Zostaje powierzchowna ocena i przydatne, również dla czytelnika, poczucie, że jesteśmy przecież better than that.
Jednak oczekiwałabym od Masłowskiej więcej. Głębszego zerknięcia w głowy (i zrozumienia) tych telepiących się i marzących o lepszym, pozłoconym życiu, ale też przyjrzenia się własnemu pejzażowi wewnętrznemu - czasem taka wiwisekcja jest potrzebna, by zrozumieć, dlaczego tak chętnie bierzemy się do oceniania i skąd to złudne poczucie wyższości.
Ale poza tym fraza Masłowskiej cieszy jak dawniej. Ze świecą szukać pisarki czy pisarza z tak dobrym literackim słuchem.
Karakter reklamuje tę pozycję jako długo oczekiwany powrót Doroty Masłowskiej do prozy, więc od razu po lekturze na usta ciśnie się pytanie, czy warto było tyle czekać? Według mnie niekoniecznie. Jeśli myślicie, że Magiczną raną Masłowska was czymś zaskoczy, to jesteście w grubym błędzie. Cały zaprezentowany tu sztafaż to literackie sztuczki i kuglarstwo, które stały się jej znakiem rozpoznawczym. Znów oferuje nam sporo ironii i groteski, zarówno w warstwie języka, jak i budowanych obrazów, aby szyderczo obśmiać i wykpić swych bohaterów i ich perypetie. W tekstach wchodzących w skład tego cyklu opowiadań (nie drogi wydawco, to z pewnością nie jest powieść) ludzie z Karakteru doszukali się komentarza o współczesności i jeśli to zapewnienie wziąć za dobrą monetę, to jest on bardzo rachityczny i archaiczny. Serio. Gdyby nie obecność w opowiadaniach tych wszystkich smartfonów, uberów, Instagramów, fejsów i influenserów, to gotów byłbym się założyć o grube dolary, że ta proza streszcza mi życie z połowy lat 90. Pytanie, co autorka miała na myśli i co chciała za pomocą Magicznej rany zakomunikować, jest pytaniem bardzo dobrze postawionym. Bo ja nie mam zielonego pojęcia. Ta książka naszpikowana jest randomowymi historiami o randomowych ludziach, a wszystko w niej jest podporządkowane wyszydzeniu korpomowy, marketingowego bełkotu, pudelkowych newsów i mądrości życiowych mówców motywacyjnych. Jedyne, co zaskakuje, to dobrane przez autorkę proporcje. W tekście widać, że Dorota dojrzała. Minęły już te czasy, gdy co drugie zdanie musiało obowiązkowo kończyć się stylistyczną petardą lub sztosowym porównaniem, które miało zmieść czytelnika bądź czytelniczkę z powierzchni ziemi.
Obawiam się, że Magiczna rana okaże się faktyczną raną na pisarskim wizerunku Masłowskiej, bo jakościowo te opowiadania są bardzo słabe. Jej przypadek niebezpiecznie zaczyna przypominać przypadek raperki, która kiedyś świeciła światłem własnym, a teraz jedynie odbitym od kuponów, które z własnej sławy bezlitośnie odcina. Wydaje się jej, że w dalszym ciągu jest MC Doriss, że ma nadal dobrą zajawkę i rzuca wersy, lecz młodzi kiwają głowami nie dlatego, że mają dobre flow, lecz z politowania dla źle starzejącej się gwiazdy. Przypuszczam, że gdyby debiutant lub debiutantka zapukali do drzwi wydawcy z takimi opowiadaniami, to od Przemka Dębowskiego i spółki usłyszeliby: „Pracuj dalej”. Ale że to Masłowska, to wydawca wydaje, żeby zarobić. Bo powiedzmy szczerze: przy policzeniu 60 zeta za 160-stronicową książkę polskiej autorki (odpadają koszty nabycia praw autorskich do oryginału i koszty tłumaczenia) nie da się nie zarobić.
Skończyłam czytać „Magiczną ranę” parę dni temu i od tamtej pory noszę się z zamiarem wyrażenia zdania na temat tej książki. Ale problem polega na tym, że chyba go nie mam. Bardzo lubię Masłowską, jestem raczej w fanbazie, ale ostatnia jej książka mnie ni to grzeje, ni to ziębi. Sądzę, że jest niezła (jak ktoś ma taki warsztat pisarski, jak autorka „Wojny polsko-ruskiej…” to trudno coś dokumentnie sknocić), ale daleko jej do ważnego dzieła. Tym, co wydaje mi się natomiast faktycznie interesujące, jest symptomatyczność „Magicznej rany”. Masłowska kanalizuje aktualne trendy na weirdowy realizm i fakt, że to żre, o czymś świadczy, ale nie jestem jeszcze na stówę pewna, o czym (zob. skrin z wywiadu, jaki Masłowska udzieliła dla magazynu „Mint”). W każdym razie zaprezentuję poniżej tejk związany z jej najnowszą książką:
- Masłowska celowała w smutną książkę z (jakoś-tam-się-łączącymi) opowiadaniami o relacjach i śmierci, w której do sportretowania interesujących ją kwestii posłużyły: weirdowa estetyka i charakterystyczny dla autorki humorek. Próbowała więc zrobić plus minus coś takiego, co zrobiła Natalka Suszczyńska w „Czipsach dla gości”, problem polega na tym, że zrobiła to gorzej. Wydaje mi się więc, że ten buzz, który obserwujemy wokół „Magicznej rany” powinien dotyczyć drugiej książki Suszczyńskiej.
- Jestem otwarta na zmianę zdania, jeśli ktoś przedstawi mi przekonującą propozycję interpretacyjną, dowodzącą, że ta książka ma inne stawki niż wskazane przeze mnie powyżej. Problem jednak z recepcją Masłowskiej polega na tym, że od razu mamy relatywny wysyp recenzji, ale żadna z nich nie pomaga skonceptualizować sobie lektury.
- (Oczywiście mamy do czynienia z „powieścią”, gdyż opowiadania sprzedają się znacznie gorzej, a słowa najwyraźniej nie mają znaczenia).
- (Jakoś mi to ujęcie śmierci w „Magicznej ranie” przypomniała Weronikę Murek z „Uprawy roślin…”).
Ech... To jest proza, która niby ma coś obnażać, ale nie obnaża w sumie nic, bo my to wszyscy wszystko znamy i Dorota Masłowska nie jest nam potrzebna do obnażania czegokolwiek. Do tego przytłacza negatywny wydźwięk tych opowiadań, z których wynika jednoznacznie: wszystko jest brzydkie, życie nie ma sensu, lepiej od razu pociąć sobie żyły.
Co ratuje Magiczną ranę? Plusem dla mnie jest styl Masłowskiej. Sprytnie bawi się współczesną polszczyzną, nie tracąc przy tym wdzięku. No, ale to tylko forma, podczas gdy treść ani nie szokuje, ani nie poucza, ani nie wzrusza. Za to dołuje człowieka dość mocno. W zasadzie wali mu po gębie bejzbolem z napisem "chujówka na sto dwa".
Połknięta na dwa kęsy! Ja wiem, że to frazes pojawiający się w każdej opinii o Masłowskiej, ale ona naprawdę ma świetne ucho i oko do obserwowania naszej rzeczywistości
i uwielbiam ten jej sarkazm i szyderę, to jak umie w niepoprawność, i jak umie bezpretensjonalnie o pretensjonalnym
jak mówi jedna z bohaterek „Naprawdę dobre, naprawdę spoko, naprawdę może byc” (choć ja to mówię w zgoła innym wydźwicku)
ksiazka mega slaba. „„„obserwacje””” polski ktore proponuje autorka zostaly spisane jakies 10 lat temu przez randomowa one direction fanke na twitterze. postacie i sytuacje kliszowe !!! ja nie polecam
pisarstwo doroty masłowskiej z założenia cechuje pewna eksperymentalna forma i pełno cynicznych spostrzeżeń, ale w tym przypadku jest to stylizacja, która zamyka potencjał całości. autorka narzekając na popkulturę i komercję zapętla się w tym na tyle, żeby zapomnieć, że jej książka również czemuś takiemu ulega - podatna na gust czytelników i sprzedaż, postawiła na zabiegi stylistyczne, które już przestały działać, choć wydawały się być pewniakiem. podzielona na kilkanaście opowiadań całość traci na głębi, wydaje się uwierająco powtarzalna i niecierpliwi odbiorcę. osadzona we współczesności miała ją trafnie komentować i z niej dziarsko szydzić, ale więcej tu zażenowania niż wspólnotowości. złośliwość zjada własny ogon, chciałoby się też napisać, że forma przerosła treść, ale o dziwo tym razem nie ma już ani tego, ani tego.
To taki cukierek w pięknym, złocistym i szeleszczącym papierku, który zamiast cukrowego ulepka, ma w środku kawałek kociego gówna, które próbuje robić za czekoladę, a ludzie mówią że wyborne lmaooo Ale nie powiem, w środku zaczęło NARESZCIE być trochę lepiej, also tak żałośnie mi się pod koniec zaczęło robić na jednym opowiadaniu, że aż mi się płaknęło dwie łzy nad zgniłymi pomidorami w sklepie. Masłowska to taka bardziej Margarynowska, nie do moich kanapek.
Nie wrzucę do ulubionych choć miałam ogromną frajdę czytając. Zapamiętam (wybitne) sceny, ale nie całośc. ale i tak bezgranicznie wielbię Dorotę Masłowską i jestem zakochana w jej mózgu, jej (niedobrze mi od powtarzalności tego) zmyśle obserwacji, jej umiejętności tworzenia tak różnych i choc przerysowanych to bardzo prawdziwych bohaterów.
Nikt (nawet mój mąz!) nie rozśmiesza mnie tak jak Dorota Masłowska ❤️
na myśl o tym, że muszę o tej książce napisać 8 tys. znaków recenzji na warsztaty krytyczne, zalewam sie łzami. cóż za monstrum, które otwiera swą paszczę i wieje kupą, seksem, sraniem, masturbacją i penisami prosto w twarz czytelnika. książka zapowiada nam się jako "kawał współczesnej rzeczywistości", "mistrzostwo Polski w obserwowaniu Polski oraz krajów zagranicznych", ale ja nie wiem, w jakiej rzeczywistości żyje Masłowska. w takiej, jak opisała? no to bardzo jej współczuję, bo w takim razie jej rzeczywistość napędzana jest przez straszne stereotypy, obrzydliwość, skatologię i co tam jeszcze. nic nowego Dorota też nie odkryła, a w dodatku wydaje się, jakby autorka Magicznej rany pastwiła się nad swoimi postaciami i patrzyła na to wszystko z góry, jakby tylko się zastanawiała, jak tu by upokorzyć tych moich bohaterów, jak by tu jeszcze bardziej pokazać, jaki ten kraj i świat jest gówniany. sprawna językowo, Masłowskiej nie można odmówić sprawnej i robiącej wrażenie zabawy polszczyzną (choć te karykatury językowe i makaronizmy, których to niby używają Warszawiacy... no nie), groteskowa (choć chyba tylko w moim odczuciu, to chyba niestety nie było intencją autorki), chciałabym powiedzieć że surrealizm się Masłowskiej udał, ale wg mnie surrealizm to jest jednak coś innego. przerysowanie też rozumiem, ale czemu podkreślane jest tylko robienie kupy i spółkowanie ze sobą? może to autoportret Masłowskiej, a nie obserwacja Polski i zagranicy?
edit 17.01, jakby ktoś był ciekawy jaką recenzję urodziłam (wstawiam właściwie na pamiątkę:)
Książka Doroty Masłowskiej Magiczna rana (2024), ukazuje w formie powieściowej zbiór obserwacji dotyczących rzeczywistości, pod wieloma względami wykorzystując narzędzia charakterystyczne dla literatury post-modernistycznej. Autorka za kategorię estetyczną obiera „trash” i wykorzystuje ją do diagnozowania, krytykowania i ośmieszania współczesnej Polski oraz krajów zagranicznych. Magiczna rana ma więc nie tylko ukazywać problemy dzisiejszego świata, ale także zaskakiwać formą – tę właśnie strategię obiera Masłowska w całej swej twórczości. I choć w dzisiejszej literaturze trudno jest przekraczać granice, to Masłowska cały czas próbuje to robić, choć z różnym skutkiem. Magiczna rana zapowiada się jako „trashowa powieść”, choć formą przypomina bardziej zbiór opowiadań, w którym bohaterowie przeplatają się, spotykają, są ze sobą w jakiś sposób powiązani. Estetyka trashu, choć nie jest bardzo popularna w Polsce, ma swoje miejsce w naszej literaturze, a Masłowska jest jej pionierką. Nadrzędną cechą literatury trashowej jest przekraczanie granic właśnie, a przede wszystkim granic dobrego smaku. Takie dzieła charakteryzuje brak kunsztu, wulgarność, ordynarność, nadmierne uproszczenie. Ten zestaw ma na celu budzić niesmak, szokować, prowokować, sprawiać, że jest nam niewygodnie, źle. Estetyka brzydoty jest wciąż czymś nowym i chętnie eksplorowanym przez twórców i wciąż tak samo spotyka się ona z różnymi reakcjami. Masłowska świadomie gra złym smakiem, po raz pierwszy szokując czytelnika już na 12. stronie swojej książki: Idę do kibla i zaczynam srać. Suche gówno jednak utyka mi w dupie; muszę długo siedzieć, czekając, aż się odczepi. Na 58. stronie, w rozdziale opowiadającym o dziewczynie z któregoś z bałkańskich (czytaj: uboższych pod względem gospodarki, ekonomii itd.) krajów, która próbuje się odnaleźć jako pisarka w Polsce, czytamy: Jeden z desperackich aktów masturbacji pod kołdrą w słodkawym zapachu nocnych pierdów matki zostawił ją z poczuciem niesmaku i przekonaniem, że cała sytuacja zmierza w niepokojącą stronę. Proza Masłowskiej nie szokuje tylko za pomocą opisów czynności wykonywanych przez bohaterów (i specyficznego wyboru tychże czynności), ale także poprzez stworzenie świata Magicznej rany odrealnionym: manipulowanie językiem, logiką, obrazami i strukturą narracyjną stwarza w czytelniku także poczucie zagubienia. W tej kreacji literackiej znalazły także swoje miejsce językowe chochliki, których zadaniem jest naśladować błędy, które Polacy popełniają używając mowy ojczystej (wziąść, włanczam). Do tego autorka dorzuca mieszankę złożoną z potocyzmów, słów zaczerpniętych z języka angielskiego i z mediów – zwłaszcza Internetu, slangu, reklamowych haseł. Każde opowiadanie, mimo że połączone w jakiś sposób z całością, jest tylko wycinkiem zawierającym wiele niedopowiedzeń: zdarza się, że nie poznajemy nawet imienia bohatera czy bohaterki. O kim więc jest ta książka, o czym opowiada, jaki problem porusza? Zaskakująco, ten niekonwencjonalny sposób narracji i trashowa forma łączą się z treścią, nadając Magicznej ranie spójny charakter i jasny przekaz. Na tyle okładki widnieje: Mistrzostwo Polski w obserwowaniu Polski oraz krajów zagranicznych. Autorka przede wszystkim za pomocą języka prześwietla współczesny świat, oddając nie tylko jego chaos i dynamikę, ale używa go także do ukazania problemów dzisiejszych ludzi. Zgrzyty językowe i połamania mają ukazywać świat wewnętrzny i zewnętrzny, zwłaszcza Polaków. Kim są bohaterowie Masłowskiej? To ludzie, których relacja z otaczającą ich rzeczywistością jest połamana, pogmatwana i trudna do naprawienia. Są to jednostki, które żyją w antyutopii składającej się z nieszczęśliwej miłości, kapitalizmu, biedy, uzależnień, konsumpcjonizmu, chorób, śmierci, niesatysfakcjonującego seksu, mediów i braku zrozumienia. Ich relacje z innymi są puste, często nieszczere, podszyte samotnością i potrzebą dopasowania się do otoczenia. A otoczenie dyktuje jasne zasady: liczy się pieniądz, młodość, sukces. Według Masłowskiej, w dzisiejszym świecie nie ma miejsca dla tych, którzy się nie wpasowują w świat dzisiejszych wartości, którzy odstają – to są właśnie jej bohaterowie. Są sfrustrowani i samotni, a język użyty do opisu ich życia oraz stanów wewnętrznych podkreśla jedynie ich beznadzieję i rozczarowanie życiem. Autorka tworzy swoich bohaterów różnorodnych, z którymi można się w jakiś sposób utożsamić: na kartach powieści występuje bankowiec (niedawno zwolniony zresztą), gorąca dziewczyna, samotna matka z synem w spektrum autyzmu, znarkotyzowane małżeństwo, nieszczęśliwa żona, aspirująca pisarka. Tych wszystkich bohaterów łączy jedno: porażka, której nie mogą przekuć na sukces, bo są bezsilni, nieudolni albo zwyczajnie nie mają do tego narzędzi, w przeciwieństwie do Masłowskiej. Świat wykreowany w Magicznej ranie oraz jego bohaterowie są przedstawieni w sposób na wskroś pesymistyczny, a autorka nie daje ani swoim postaciom, ani czytelnikom chociaż odrobiny nadziei, że będzie lepiej. Nie daje żadnych rozwiązań, co więcej – poprzez narrację trzecioosobową Masłowska wydaje się pastwić nad swoimi postaciami, czując się lepszą od nich. Tak, jakby za wszelką cenę szukała powodu, by wyśmiać każdego, niezależnie od jego płci czy zawodu. Wyśmiewanie ludzi, którzy mają problemy, którzy nie mają pieniędzy, ledwo wiążą koniec z końcem lub odczuwają skutki podjętych przez siebie decyzji lub po prostu nie są szczęśliwi, nie jest ani odkrywcze, ani szlachetne, ani potrzebne, jeśli nie niesie za sobą czegoś więcej. W kontrargumencie ktoś mógłby powiedzieć, że przecież kultura pełna jest wyśmiewania się z innych, karykatur i hiperbol dotyczących społeczeństwa – ale rzadko kiedy jest ono pozbawione sensu. A literatura, jeśli nie daje nadziei, powinna chociaż dawać poczucie sensu. W Magicznej ranie nie ma ani solidarności, ani współodczuwania. Owszem, forma Magicznej rany jest spójna z treścią, ale forma ta tylko dorzuca do pieca, czyniąc treść po prostu przykrą. Być może jest to efekt tego, napisała ją uprzywilejowana obserwatorka, która krytykuje klasę średnią z pozycji kogoś, kto osiągnął sukces i która uważa, że ma prawo śmiać się z ludzi innych od siebie, w jej mniemaniu gorszych. Dorocie Masłowskiej nie można odmówić sprawności językowej – jej porównania, metafory i składnia są cały czas świeże. Autorka połączyła swój talent z kategorią estetyczną trashu i stworzyła książkę, która ma diagnozować społeczeństwo. Sama diagnoza i ukazane w niej problemy nie są jednak świeże, a całość jest po prostu krzywdząca, klasistowska, uproszczona. Nie rozumiem, co jest złego w pracy w rzemieślniczej piekarni czy w barze, nie widzę w tym także niczego śmiesznego. A poza tym, przecież świat nie jest taki, jak w Magicznej ranie – ludzie doświadczają zarówno porażek, jak i sukcesów, smutku jak i radości. Oczywiście, „trash” zakłada wyolbrzymienie i przejaskrawienie, ale przeciętny odbiorca, który może znaleźć parę punktów wspólnych z przedstawionymi przez Masłowską bohaterami, może poczuć się źle, może zrozumieć, że nie ma dla niego wyjścia, że jest tylko godny ośmieszenia przez znaną i cenioną pisarkę. Z trudem mogę określić także, do kogo skierowana jest ta książka – ale coś mi podpowiada, że jest ona dla tych, którzy tak jak Masłowska mają nieco lepszą pozycję w społeczeństwie, niż bohaterowie jej pracy. Podsumowując, Masłowska z powodzeniem zrealizowała założenia, jakie wypisane zostały na tyle książki: trashowa opowieść – tak, chwyta kawał współczesnej rzeczywistości – tak. Z jednym się tylko nie zgadzam: że jest to mistrzostwo. Bo żeby książka była dobra, musi iść za nią coś więcej, niż zapis „obserwacji Polski i krajów zagranicznych” w sposób krzywdzący i nie mający celu, to znaczy donikąd nieprowadzący. Masłowska napisała coś niezbyt godnego pochwały, opakowała w papierek diagnozy społeczeństwa i estetyki brzydoty i wydała ludziom. Ale ludzie nie są głupi, w przeciwieństwie do tego, co jej się wydaje.
Powtarzając za moimi recenzenckimi przedmówcami – karakterowy opis nazywający tę książkę powieścią jest mylący, ponieważ błędny: jest to zbiór opowiadań. Owszem, smagających się wątkami, ale wyłącznie na zasadzie pewnych dopowiedzień, drobnych umieszczeń w szerszych kontekstach. W przeciwieństwie do wyżej przywołanych, nie uważam jednak, że Magiczna rana jest zupełnie bezsensowna i podobnie pozbawiona celu. Portretuje pewne zjawiska, obnażając wyzierający z nich pesymizm, zagubienie i społeczną degradację. I robi to w sposób językowo nienaganny, ale także opiniujący, czego nie posądzam ani o samowolkę, ani o przekroczenie autorsko-narracyjnej granicy. Bowiem dzięki temu zgrabnie wykonanemu unikowi przeciwko bezstronności konfrontuje nas, czytających, z punktem patrzenia, wobec którego ciężko przejść obojętnie, nie zawieszając na nim choćby oka. Pytanie o słuszność tego spojrzenia nie jest bezzasadne, jednak zaczyna nim być wtedy, kiedy nie pozwala Patrzącemu dojść do głosu i za wszelką cenę nie chce go wysłuchać, tj. – przeczytać.
tak jak we wcześniejszych pozycjach Masłowskiej i w jej muzyce się bardzo dużo miesza, jej język jest przytłaczający, dominujący i i n t e n s y w n y, to tutaj wrażenia „językowe” są takie… lekkie? I nie jest to dla mnie ani lepsza ani gorsza cecha w stosunku do wcześniejszych książek Masłowskiej. Po prostu inna.
Ku mojemu zdziwieniu, chyba zostanę fanką tej formy, jaką wybrała dla „Magicznej rany”, czyli czegoś zasadniczo pomiędzy zbiorem opowiadań a powieścią. Świat tej książki poznajemy z mnóstwa punktów widzenia, które nieoczekiwanie spinają kolejne klamry fabularne.
Jeśli chodzi o głębszy sens wynikający z tych opowieści, to… szczerze? Skończyłam to czytać pięć minut temu, więc jak się teraz wypowiem, to mogę żałować.
Ale warto, po raz kolejny warto sięgać po Masłowską. z tej nieco nowej formy wycisnęła naprawdę wszystko, co się da.
coś nowego w kompozycji ok fajnie, za to ta słynna językowa stylizacja maslowskiej już nie działa. nie dziwi, że odgrzewanie kotleta w takich kwestiach jak dobór tematów czy wykorzystane rozwiązania fabularne uszły autorce na sucho ze względu na samo nazwisko, ale z - imo bardzo jaskrawie - płytkich i pobieżnych obserwacji, do których dodaje (oczywiście wizjonersko pod warstwą tekstową) ULTRA głębokie i poważnym tonem wypowiedziane słowa „… ludzie się zabijają. tak… żyjemy w społeczeństwie… widzę to. dostrzegam...” to naprawdę nie wiem jak się udało wybrnąć.
podsumowując: okropnie się ta pozycja zestarzeje, bardzo szybko i wgl.
Strasznie dużo miałam do powiedzenia podczas słuchania tej książki w formie audiobooka, ale teraz jakoś mi się odechciało, bo nic specjalnego nie wniosła. Jedyne co to mam nadzieję, że ludzi myślących jak bohaterowie tych opowiadań jest jak najmniej, bo to musi być bardzo smutne i męczące życie taka krytyka wszystkiego dla samej krytyki.
Co ja przeczytałem?... W każdym razie - kiedy akurat nie było obrzydliwie, miejscami było zabawnie. Zmysł obserwacji rzeczywistości, także językowej, pisarka posiada.
Zbiór opowiadań, jednak losy bohaterów przeplatają się w nich, więc całość jest koherentna. To już drugi dla mnie przypadek w tym roku, po "Powiedzmy, że Piontek", kiedy mam do czynienia ze swoistym benefisem pisarki/pisarza. Jest tu taki koncentrat z twórczości Masłowskiej, ale podany w formie przyjemnego w odbiorze kremu. Całość jest tak dobrze zmiksowana, że przy konsumpcji nie stawia żadnego oporu, w takim stopniu, że dla mnie to lekko niepokojące. Nie posądzam ani Pani Masłowskiej, ani Pana Twardocha o takie zabiegi, ale tak właśnie wyobrażam sobie ich dzieła napisane przez jakiś rodzaj AI. 3 i 1/2 gwiazdki, ale z braku opcji, zaokrąglam nieco w górę
3,5 i to jest najlepsza rzecz masłowskiej jaką czytałam do tej pory. Trochę nierówna, momentami zabawna („Damn to po angielsku fuck” ładnie siadło i już nic tak później mnie nie rozbawiło jak to, a jest to cytat z pierwszej strony). Nie wiem, co autorka chce tu krytykować, wege wesela? Jej bohaterom nic nie pasuje, Masłowska nie lubi żadnego z nich (nic nowego) i pod tymi względami czułam, że czytam znowu jedną i tą samą książkę. Bo narzekanie, że influ noszą kolorowe buty i śmianie się z Chleboteki… można jak najbardziej, ale jaki jest cel? Jakiś przekaz? Oprócz tego, że hahahaahah głupi ludzie czytają Pudelka, nie widzę żadnego, a śmianie się z wegan, Pudelka (tworzenie over the top postaci geja tak, że wszystkie słowa muszą być zdrabniane, który mamy rok) są rzeczami, z których ludzie śmiali się 10 lat temu. Anglicyzmy na plus, nadal wiele razy używane były w dziwnym kontekście i raczej nikt tak nie mówi, ale było lepiej niż w poprzednich książkach Masłowskiej (poczułam się bardzo złapana na słowie „literalnie”). Tak więc ten aspekt wygląda bardziej naturalnie. Masłowska chce szokować sraniem, obrazowymi opisami penisów i obrzydliwych męskich myśli, seksem itd. No spoko, ciagle opisy srania nie wiem po co, chyba tylko dlatego, że można. Jak mówi klasyk -why? -why not? -why tho? Napisana tak, że czyta się szybko, bardzo płynna i rytmiczna. ŻADNA POWIEŚĆ, tylko zbiór połączonych ze sobą opowiadań i tak zalecam czytać, bo dostaniecie szewskiej pasji jak według myśli wydawcy założycie, że to powieść. No ale hajs się musi zgadzać. Naprawdę mnie zaskoczyła, nie sądziłam, że ocenię ją tak wysoko, póki co najdojrzalsza książka Masłowskiej
O rany, jestem pod wrażeniem jakie to było nudne. Magii w tym nie było ani grama. Nie czerpię niestety nic z literatury, która sprowadza się do opisu szarej, twardej rzeczywistości bez nadania temu opisowi ani ciekawej formy, ani ciekawego komentarza.