Młody Kapuściński daje przedsmak „Podróży z Herodotem”. Zabiera nas w podróż do Indii i Japonii, a po drodze plącze się Afganistan. I dobrze. Czytając lub przesłuchując te reportaże, warto pamiętać – nie tylko komentarze na temat przeszłości – ale same reportaże należą już do historii. Jesteśmy u progu ery Gomułkowskie, po stalinizmie, kiedy poluzowano m.in. właśnie podróże zagraniczne. Wielu ludziom wydaje się, że jeśli ktoś wtedy żył, albo zna kogoś wtedy żyjącego, to ten sam świat, da się go zrozumieć bez problemu i można podobnie oceniać. I są w błędzie. Tak, jak Kapuściński udaje się do ówczesnych krajów Azji, tak my udajemy się do obcego kraju – do Polskiej Republiki Ludowej lat 1956-1958.
Indie
Już Marks pisał o Indach w krótkim artykule zatytułowanym „Brytyjskie panowanie w Indiach” z połowy XIX wieku. Tak tylko stosowne wydaje się, że Kapuściński, podróżując z kraju demokracji ludowej, zaczął od tej byłej kolonii. Opowieść o kraju sprzeczności znamy, tak samo teoretycznie część o Ariach i klasach, czyli szybki kurs historii Indii w wydaniu Kapuścińskiego jest zwyczajnie ciekawy. Przedstawia on nam subkontynent jako kraj sprzeczności i z pewnością się nie myli. Ale historii nie wieńczy spełnienie przepowiedni ojca komunizmu i uzyskanie przez Indie niepodległości.
Opowieść od II Wojny Światowej zawarta w tej części wydaje się najmniej nowatorska i zaskakująca. Po ponad 60 latach, z czego połowa już pod wpływem zachodniej popkultury: głód w Bengalu, czy podział Indii (którego korzenie sięgają podziałów Curzona, tak TEGO) nie jest już dla nas niczym nowym. Słychać o tym w historycznym kontekście, kiedy ludzie przerzucają się argumentami, kto był gorszy. Doświadczamy tego też w popkulturze, choć zazwyczaj w waniliowej wersji, jak np. w „Ms. Marvel” (2022). Kapuściński z naszej perspektywy nie jest oryginalny, ale nadal potrafi udramatyzować i unamacalnić postkolonialne cierpienie.
Ciekawe jest też podejście, że świat Indii i świat Polski są zupełnie inne. „Mieszkać na ulicy” u nas jest metaforą, a w Indiach może znaczyć dosłownie to. Szkoda, że ta refleksja tak naprawdę ogranicza się tylko do tego miejsca reportaży. Ale stanowi dobry punkt wyjścia do tego, co napisałem wyżej – użycie zrozumiałych słów, nie znaczy, że się rozumiemy.
Afganistan
Wracając z Indii, Kapuściński przez przypadek trafił do Afganistanu. Jak się okazuje, w niektórych krajach na przesiadki samolotem potrzebne są wizy tranzytowe. Ten przypadkowy kryzys pozwolił chyba na napisanie najciekawszego reportażu z trzech załączonych. Możliwe też dlatego, że jest potencjalnie najbardziej nowy. Dzieje Indii i Japonii są do dziś bardziej medialne niż Afganistanu. A jedyną powracającą informacją na jego temat, to to że wszyscy próbowali go podbić, ale ostatecznie nikomu się nie udało.
I Kapuściński zawiera to w swej opowieści. Na szczęście dodaje kontekst, który ciekawie uzupełnia tę powszechną wiedzę. W sumie to dlaczego Afganistan jest taki ważny? Albo jak łączy się to z niechęcią Afganów do Brytyjczyków, porównywalną do ówczesnej i może dzisiejszej Polaków do Niemców. No i jak ta nienawiść może mieć nieprzyjemne konsekwencje dla wszystkich białych. Na nasze szczęście dla nas Kapuścińskiemu się upiekło.
A czemu? Bo wówczas Królestwo Afganistanu miało bliskie relacje z ZSRR. Wydaje się to nieintuicyjne, by państwo monarchiczne z tradycjonalistycznym prawem miało dobre stosunki ze Związkiem Radzieckim. Warto tutaj poznać kontekst historyczny i to, że tak jak USA przejęło rolę „lidera wolnego świata” tak kraje kolonizowane były do tego pomysłu sceptyczne. USA z jednej strony przejęła powinności kolonialne, jak w Wietnamie, a innym razem było arbitrem w sprawach niepodległości, jak w Indonezji. I dążyło do kompromisu. Europejczycy do kompromisów są przyzwyczajeni. Niestety, jeśli było się uciskanym, to kompromis nie wydaje się najprzyjemniejszą opcją. Dlatego tak jak w Wietnamie, ruchy lewicowe, a nawet związek z przeciwnikiem USA był punktowany. Nie z racji ideowych komunizmu, a z racji na swój bezkompromisowy antykolonializm.
Jednak wracając do Afganistanu – Kapuściński daleko zachodzi w swoich komentarzach. Ubolewa nad Indiami i Pakistanem, zachwyca się nad historią Indii, a Afganistan podsumowuje jako gorszy od średniowiecza. Czemu? Bo według autora jest tam niewolnictwo i kupuje się żony. Co do niewolnictwa nie jestem pewny, ale jestem pewny, że zjawisko opisane tak przez Kapuścińskiego nie było tą instytucją. Mamy tutaj ten problem patrzenia przez swój, mimo wszystko, utowarowiony system myślenia. To podejście nie wpływa tylko na odległe kraje, ale też podejście do naszej historii – jak nazywanie chłopów niewolnikami.
Stwierdzenie, że płacenie rodzinie żony za małżeństwo i że chłopi to niewolnicy bierze się z niezrozumienia podstawowych informacji na temat tych instytucji. I można z pewnością stwierdzić, że nie jest to instytucja bardziej zacofana niż średniowiecze. Nie mogę zagwarantować, że w krajach muzułmańskich jest tak samo, ale np. w „Barbarzyńskiej Europie” Modzelewskiego jest to opisane. Z racji na inne warunki kobieta tradycyjnie musiała mieć opiekuna, który miał ją chronić. Przyszły mąż, aby zagwarantować możliwość tej ochrony i odkupić tę zwierzchność (nie samą kobietę) musiał oczywiście zapłacić. I choć instytucje zwyczaju się zmieniają, to trudno zmienia się je siłą lub uprzedzeniami. A na pewno pozostaje pytanie: czy powinno się to robić, a nie dać ewoluować samemu?
Japonia
W trzecim i ostatnim reportażu Kapuściński zabiera nas do kraju kwitnącej wiśni. Dowiadujemy się tutaj przede wszystkim o ówczesnej Japonii, a szczególnie Tokio. Niestety ponownie więcej tutaj własnych perspektyw, opinii, niż wnikliwości.
I tak poznajemy monotonny widok Tokio, miasta, które jednakowo ciągnie się bez końca. Kapuściński oskarża o to konflikt nowoczesnego miasta i staromodnej wsi. Jednak, by to uznać, trzebaby zapewne zrównać nowoczesność z samochodami. Stolica Japonii to nie samochodowe utopie USA, czy Brasili (miasta). Odbudowywane po II Wojnie Światowej Tokio zostało zaprojektowane tak, by podstawowych środkiem transportu była komunikacja miejska. Dodatkowo, aby to zagwarantować, musiało stać się miastem wręcz wrogim samochodom. Bo jak to mówią zwolennicy samochodów – dziś płatne parkingi, jutro zakaz samochodów. Japończycy wiedzieli, jak wygląda równia pochyła i się przed nią zabezpieczyli. A jak ktoś chce oceniać wygodę transportu, zawsze ma wyżej wymienione przykłady. Tylko pytanie, w którą stronę równia pochyła jest lepsza – ta dająca korzyści nielicznym dla prestiżu, czy ta wszystkim.
Na koniec Kapuściński raczy nas polskim strachem wobec Niemiec. Tak, ponieważ zwyczajnie przenosi go na Japonię. Jeden z sojuszników Niemiec podczas II Wojny Światowej wydaje się idealnym żywicielem tego strachu. Z jednej strony autor opisuje młodych pacyfistycznych Japończyków, którzy albo nihilistycznie albo egzystencjalnie podchodzą do życia. Mówi on o literaturze i zwyczajnie zabrakło mi tu „Zatracenia” Dazaia Osamu, które niezwykle interesująco i depresyjnie opisuje dokładnie ten sam kontekst, choć wcześniej. Ten kontekst uzupełniony jest u Kapuścińskiego strachem przed powrotem do władzy wojennych polityków, ekstremistycznymi mniejszościami, które małymi kroczkami zdobędą władzę i wszystko się powtórzy. I to można zwyczajnie przykryć zasłoną milczenia.
Polska
W tych tekstach widać jeszcze świeżość Kapuścińskiego. Widać u niego nieco naiwności, czasem brak wnikliwości, a więcej gdybania. Nie powoduje to jednak, że powyższe reportaże nie są ciekawe lub nie dają nam jakiejś wiedzy. Jeśli nie dowiemy się czegoś o Indiach, Japonii lub Afganistanie, to na pewno dowiemy się czegoś o ówczesnej Polsce i samym Kapuścińskim.